Harry Potter i Insygnia Śmierci
Przedwczoraj obejrzałem na TVNie filmową adaptacje książki Joanne Rowling Harry Potter i więzień Azkabanu. Z kolei, wczoraj rano obejrzałem trailer najnowszej produkcji, Harry Potter i książę półkrwi i coś mnie tknęło, aby znów wrócić do lektury. Spojrzałem na półkę, pomiędzy powieściami Tolkiena i cyklem Dziedzictwo, stoi sześć książek. Gdzie siódma? Ano, pożyczyłem kiedyś Cioci i nie miałem jak jej przeczytać. Uwziąłem się jednak akurat na ostatni tom, Harry Potter i Insygnia Śmierci, więc napisałem szybko na Gadu-Gadu do Kuzynki, która pożyczyła mi hardcoverową wersję książki. Zacząłem czytać równo o 19:11.
Skończyłem o 0:29.
Ostatni raz siódmą część cyklu czytałem w dniu jej premiery, więc nikogo nie powinien zdziwić fakt, że zapomniałem co niektóre wątki poboczne, więc musiał sobie to wszystko odświeżyć. Czytałem pół nocy i uznałem, że p. Rowling napisała powieść genialną. Gdy teraz zestawimy ze sobą Harry’ego Pottera i kamień filozoficzny oraz Harry’ego Pottera i Insygnia Śmierci, zobaczymy jak w ciągu siedmiu książek można rozwinąć postać. Potter wydoroślał, stał się mężczyzną, postacią, którą nawet polubiłem. Nigdy nie wybaczę autorce zabicia mojej ulubionej postaci cyklu, Syriusza Blacka, jednak po Zakonie Feniksa, wreszcie przekonałem się co do samego Pottera. Jednak to nie Potter, Syriusz czy inna postać zachwyciła mnie w Insygniach Śmierci. Był to retcony. Czym jest retcon?
Retcon (ang. retroactive continuity – „wsteczna ciągłość”) – stworzenie dodatkowego, często fabularnego wyjaśnienia, które prowadzi do pogodzenia wydawałoby się sprzecznych tekstów. Retcon to zazwyczaj synteza informacji z kilku źródeł poszerzona o nowe elementy. (źródło)
W Gwiezdnych wojnach jest masa takich nawiązań. Najbardziej znany jest fakt, iż Vader był ojcem Luke’a, choć Obi-Wan zarzekał się, że Anakin nie żyje. Prawda zależy od punktu widzenia. Jest mnóstwo takich rzeczy, głównie pomniejszych, jak nazwa Imperialne Centrum = Coruscant, albo fakt, iż Kaleeshowie występowali w komiksach Marvela. A gdzie w Insygniach Śmierci pojawiają się te retcony? Wszędzie. Aha, tutaj małe ostrzeżenie przed spoilerami, choć nie wierzę, by ktokolwiek nie przeczytał jeszcze tej książki.
Pierwszymi i zarazem najważniejszymi retconami są oczywiście tytułowe Insygnia Śmierci, czyli Czarna Różdżka, Kamień Wskrzeszenia oraz Peleryna Niewidka. Ale co to? Przecież zarówno Peleryna Niewidka, jak i Czarna Różdżka pojawiły się w pierwszym tomie cyklu, jako peleryna Jamesa Pottera oraz różdżka Albusa Dumbledore’a. Kamień Wskrzeszenia to również nic innego jak pierścień Marvolo, który jest zobaczyliśmy w Ksieciu Półkrwi. Uwielbiam takie nawiązania, gdy przez wszystkie książki pojawiają się, czasami tylko wspominane, aż w końcu okazują się najważniejszymi przedmiotami, potężniejszymi nawet od horkruksów lorda Voldemorta. Zresztą praktycznie nikt nie wiedział o ich istnieniu, rzecz jasna oprócz Dumbledore’a, Grindelwalda oraz szalonego Ksenia Lovegooda. Rowling na pewno wszystkich zaskoczyła, bo nikt nie mógł pomyśleć o tym, że te trzy przedmioty, które pełniły funkcje drugo- i trzecioplanowe, przydadzą się do pokonania Czarnego Pana. Kolejnym przykładem jest medalion Slytherina, który pojawił się w Zakonie Feniksa, a dokładniej był wyrzucany podczas sprzątania domu Blacków. Ciekawi mnie tylko jedna rzecz: czy Rowling już od dawna planowała taki zabieg, czy tylko przejrzała stare skrypty, aby znaleźć ciekawe przedmioty?
A skoro już wspominałem Dumbledore’a i Grindelwalda, znalazłem bardzo ciekawą informację. Mianowicie, pani Rowling po premierze Insygniów Śmierci udzieliła wywiadu klasy C-Canon (tak, to już moje oznaczenie), gdzie odpowiedziała na kilkanaście pytań dziennikarzy. Takim sposobem wiemy, na przykład, jak nazywa się żona Dracona Malfoya. Ale nie chciałem o tym mówić. Autorka powiedziała, że Albus Dumbledore był homoseksualistą i kochał się w przyjacielu z dzieciństwa, Gellercie Grindelwaldzie. I teraz stawiam wam pytanie: jeśli szanowaliście i lubiliście postać dyrektora Hogwartu, czy dalej go lubicie, mimo, iż jest gejem? Tak, to taki test na waszą homofobię.
Tym miłym i optymistycznym akcentem kończę dzisiejszy wpis i zachęcam każdego do przeczytania (ponownie) całej książki, patrząc na wszystkie smaczki, które ukryła między wierszami p. Rowling. Niech Moc będzie z Wami wszystkimi.


- Autor: Krzysztof Rewak; 3 stycznia 2009
- w kategorii Fandom i inne przekleństwa, Szeroko pojęta kultura
Komentarzy do wpisu: 6
-
(Ok, a więc „powroty”.)
Temat dla mnie, tak więc na widelec, kroimy i oglądamy, cóż takiego tu się znajduje. O gustach się nie dyskutuje, fakt. Mimo to…
„Insygnia” są dla mnie powieścią na poziomie „jest średnio”. Rowling pisze lekko, ma świetny styl, dzięki któremu tak wiele osób jest wręcz oczarowanych wykreowanym przez nią światem – ale, na miłość boską, gdzie podział się tu jakikolwiek ‘rozkład’ wydarzeń? Początek jest wręcz przepełniony akcją, po czym czytelnikowi serwuje się kilkaset stron pod tytułem „obozujemy”, by, następnie, znów zmusić go do gonitwy za całym bałaganem – akcja biegnie, skacze, na główkę, na szyjkę. Po przeczytaniu miałam wrażenie, że szanowna JKR długo planowała ostatnie rozdziały (od samego początku?), wstęp być może od jakiegoś czasu, ale nad częścią „rozwinięcie” zastanowiła się nieco mniej, być może goniona terminami.
Ponadto, rozwiązanie historii niektórych postaci: Freda, Tonks i Severusa Snape’a – czyli całkowita porażka. Co do ostatniego: JKR, spłaszczyłaś tę historię, bezlitośnie. Żadnego pomysłu, amen, żegnajcie.
Jednym z największych grzechów powieści jest jednak nasz główny bad boy – geniusz zła, który… nie potrafi w żaden sposób opanować targających nim uczuć, skrzętnie omijając tabliczkę „taktyka”. Powiedzmy sobie szczerze: siódmotomowemu Fał brakuje wiele do intrygującego Czarnego Charakteru.
Mamy jeszcze epilog. Mniam, epilog! Wszyscy toniemy w lukrze! Łysiejący De, Lily, James, Albus Severus (!), wszystko-było-dobrze. Ok, kilkanaście stron do wyrwania.
Plusy? Przedstawienie opozycji, szmalcownicy, – spojler – wojna o Hogwart, opiekunka Gryfonów i jej „chaaarge!”, pomysł z insygniami, Dolina, włamanie się do Banku. Z pewnością znalazłabym jeszcze kilka.
Podsumowując: kanon? Jaki kanon?
Co do Dumbledore’a: nie, nie zdziwiło mnie to. To było dobre rozwiązanie. Uogólniłeś.
Btw, chyba mam skłonność do tragicznie długich komentarzy. :O -
Tak dla ścisłości: oceniłam je pod kątem rozrywki.
Kiedy jest się fanem, stajesz się osobą, która nie tylko popada w zachwyt, ale także wymaga. Ta konkretna książka, pomimo, że miewa dobre pomysły, nie satysfakcjonuje.
Nawiasem mówiąc, znam powieści, które spełniły się pod względem stania się fajną, ciekawą i miłą formą spędzenia czasu w o wiele lepszy sposób. Nie wspominając już o niejednym fan fiction, które przewyższyło pierwowzór. -
Myslałam, że będziesz krytykował HP a tu prosze niespodzianka. Faktycznie książka jest świetna












Książka jest faktycznie świetna, a owe retcony o których mówisz, są naprawdę świetne.
Pamiętam jak dziś, gdy czytałem „Insygnia…” i dowiedziałem się, że ten medalion z „Zakonu…” był horkruksem to się dziwnie poczułem. Oto taki przedmiot, w ogóle nieistotny, śmieć, o którym zapominamy 5min po skończeniu czytania, okazuje się megaważnym przedmiotem…:D uwielbiam takie smaczki:)
Co do tego, że Albus był gejem: tą informację dawno przeczytałem (nawet wrzuciłem na Bastion) i nie zmieniłem stosunku do dyrektora Hogwartu. Chyba to dobrze o mnie świadczy. :P Ale co do Dumbledore’a – Siódmy tom wywraca jego wizerunek całkowicie do góry nogami…
btw widzę, że w prędkości czytania bijesz mnie na głowę… :P ja czytałem 10h. :D
A i jeszcze. Polecam Ci, Aquenralu, audiobooka.:D Przyjemnie się go słucha po zakończeniu książki.:)