Popiełuszko. Wolność jest wśród nas
Czasami człowiek ma taki etap w swoim życiu, że nie chce mu się nic robić, wszystko traci dla niego sens, nie widzi przyszłości w swoim życiu; przestaje się wtedy uczyć, spotykać z przyjaciółmi, pisać bloga… Na szczęście mnie to nie dotyczy, a działalność pisarską zarzuciłem na pewien czas z braku chęci. Ale wszystko kiedyś wraca, więc macie niepowtarzalną okazję do poczytania moich wywodów kolejny raz. O czym to ja miałem pisać? Ano tak, o najnowszym polskim dziele, filmie Popiełuszko. Wolność jest wśród nas.
Zacznijmy od początku. Mianowicie polskie produkcje jakoś mi nie podchodzą, szczególnie te z ostatnich lat. Uwielbiam stare polskie komedie, a także kilka nowszych, ale nic innego nasi rodacy nie umieją zrobić porządnie. Teraz powstają żałosne filmy komediowe, które są wulgarniejsze od niejednego dresa albo filmy papieskie lub patriotyczne. Ja rozumiem, że Polska jest krajem chrześcijańskim, w którym dominuje teokracja, a przynajmniej kościelna oligarchia, ale nie przesadzajmy. No kurcze, przecież powstają, jak grzyby po deszczu, obrazy opiewające papieża albo bohaterskich żołnierzy polskich. Te drugie to jeszcze mogę obejrzeć, ale ile można oglądać biografię Jana Pawła II przedstawioną na milion różnych sposobów? Poza tym polskie produkcje wyglądają po prostu marnie. Weźmy na przykład Katyń Wajdy: niby niezły film, jednak nie ma tego czegoś, a konkretnie historii żołnierzy skazanych na śmierć. Zamiast mówić o dzielnych bojownikach o wolność, p. Wajda pokazuje nam dramaty matek, żon i kochanek żołnierzy, co dla mnie – przeciętnego widza – tylko zwiększa nudę. Ale to nie o tym miałem…
Popiełuszko. Wolność jest wśród nas to oczywiście produkcja o świętej pamięci księdzu Jerzym Popiełuszce, który został zamordowany przed funkcjonariuszy SB. Historia świetna, bo i ukazuje sukinsynowatość PRL-u, jak i strajki w Stoczni, a także przedstawia bohatera narodowego, czyli ks. Popiełuszkę. Żeby potem nie było, to wielki człowiek, który nie bał się przeciwstawić reżymowi i cenię go za to, ale nie popadajmy w paranoję: czy o każdym księdzu, który wychylił się za czasów Polski Ludowej należy kręcić film? I to taki kiepski? Dzisiejszy sens utwierdził mnie, że filmy papieskie i pochodne mogą być dobre, ale nie robione przez Polaków. Sorry, Winnetou, ale taka jest prawda. Popiełuszko… był za długi, zbyt mało treściwy – to po pierwsze. Rozpoczęto milion wątków, których nigdy nie dokończono. Bezsensownie wstawiano urywki filmowe sprzed dwudziesty lat, które pokazywały pogrzeb kard. Wyszyńskiego czy zamach na Jana Pawła II? No kurde, co to ma wspólnego z ks. Jerzym? Tylko jedna scena utknęła mi w pamięci i spodobała się. Mianowicie pacyfikacja Stoczni. Z tego to byłby film! Oczywiście produkcji obcokrajowej, żeby wszystkiego nie spieprzyć przez pryzmat patriotyzmu czy innych wartości.
Więc dlaczego poszliśmy ze szkołą na taki właśnie film? Aby szerzyć wartości patriotyczne. Wolałbym pójść na film o generale Sikorskim, który kiedyś-tam ma być wyswietlany, niż oglądać kolejną historię księdza… Księdza, który był wielkim człowiekiem, jednak polski film go przerysował na Jamesa Bonda, Supermana i Hana Solo w jednym.


Zgadzam się. Wielka szkoda, że rodacy w dzisiejszych czasach potrafią tworzyć jedynie marne komedie romantyczne, w których jedyną zabawną rzeczą są przekleństwa. Gdzie się podział ten wyrafinowany humor? Tęsknię za czasami „Killera” czy „Chłopaki nie płaczą”.
Nastepnym razem prosimy o wyjscie na „Batmana”.