Idą święta…
Chrześcijanie zaczynają ostatecznie przygotowywać się do śmierci i zmartwychwstania Jezusa Chrystusa. Dziś, w Wielki Piątek, obchodzimy tak zwaną rocznicę Męki Pańskiej, co oznacza, że w ten dzień nie ma mszy, a zamiast niej idziemy na nabożeństwo przypominające przedstawienie. Punktem kulminacyjnym ma być adoracja krzyża, ale o tym zaraz. Później tylko Wielka Sobota, którą wszyscy olewają i idę jedynie poświęcić koszyczki, zapominając o wieczornej mszy i w końcu Wielkanoc, czyli niedziela zmartwychwstania. Dodatkowo, także często zapominany, wielkanocny poniedziałek, który kojarzy się wszystkim jedynie z popularnym lanym poniedziałkiem. Czyli jak? Wychodzi, że prawowity chrześcijanin powinien iść do kościoła pięć razy w ciągu pięciu dni. Nie ma to jak dni wolne od pracy…
Święta wielkanocne mają być największym przeżyciem dla chrześcijan i ich najważniejszym świętem. Jeżeli o to chodzi, to chyba naprawdę zatraciłem swoją wiarę albo – co jest bardziej możliwe – wolę, to, co jest dla mnie lepsze i ciekawsze, czyli święta Bożego narodzenia. Jakoś zawsze wydawały mi się takie radośniejsze, weselsze… Świąteczne. A tutaj? Połowa świąt to chodzenie do kościoła, by słuchać setki razy o śmierci Chrystusa widzianej oczami różnych ewangelistów, a potem taka wielka radość, że Jezus jednak pokonał śmierć i zmartwychwstał. Ale powiedzcie sami: naprawdę świętujecie (w realnym znaczeniu tego słowa) mękę, śmierć i zmartwychwstanie Jezusa? Już pomijam te dwa pierwsze, tutaj można jedynie żałować, zasmucić się, ewentualnie zadumać. Zmartwychwstanie jest wydarzeniem ważnym, ale jednak nie ma tej, tak zwanej, magii, nie podnosi za gardło, nie wywołuje w człowieku radosnego nastroju. Ot, Jezus zmartwychwstał, jest fajnie.
I żeby nic nie przyszło Wam do głowy: tak, wciąż jestem chrześcijaninem, po prostu patrzę na niektóre sprawy inaczej. Ba, nawet uważam się za katolika. Jezus się urodził kontra Jezus zmartwychwstał: zdecydowanie większa część społeczeństwa, przynajmniej polskiego, jednak skieruje się ku pierwszym świętom i to tylko dlatego, że kojarzą się ze świętami. Boże narodzenie ma w sobie to coś, co zbliża rodzinę, łączy ludzi. Tutaj ograniczamy się tylko do wspólnego wielkanocnego śniadania (nawet wieczerze wigilijna jest ciekawsza) i pójścia do kościoła, co i tak wiele osób sobie odpuszcza. Tutaj dochodzimy do ciekawego, ale starego jak świat zjawiska. Gdy będziecie dziś czy pojutrze w kościele, popatrzcie ile jest wiernych w budynku. Przypuszczam, że jakaś jedna trzecia parafian to ludzie, którzy chodzą do kościoła na mszę jedynie w święta. Widać twarze, które widzi się dwa razy do roku: na Boże narodzenie i Wielkanoc. Wielcy katolicy się znaleźli; zresztą już kiedyś to pisałem, przy okazji 6 stycznia bodajże.
A wracając do Wielkiego Piątku, chciałem jeszcze poruszyć sprawę adoracji krzyża. Dla niewierzących lub niepraktykujących przypomnę: jest to podejście do krzyża i ucałowania figury Jezusa w rany; co bardziej oddane moherowe berety potrafią ślinić się piętnaście minut, aby móc adorować wszystkie rany Chrystusa. No kurcze, jesteśmy chyba w XXI wieku, prawda? W momencie, gdy widzę prawie stuletnią staruszkę, która kaszle na cały kościół tak głośno, jakby zaraz miałyby jej płuca wylecieć, a sama miałaby gruźlicę, a potem ona stoi przede mną w kolejce do adoracji, to ja dziękuję. Ja rozumiem, że trzeba oddać cześć zmarłemu Jezusowi Chrystusowi, ale nie można też popadać w paranoję. Dlaczego adoracja nie może być ukłonem i chwilą zadumy? O przeżegnaniu nie mówię, bo to by z deka dziwnie wyglądało, prawie tak jakbyśmy się śmiali z Jego śmierci. Ale dla mnie sam ukłon wystarcza kompletnie. Nie czuję potrzeby bycia w świadomości czego to ja mogę się nabawić całując ten krzyż.
A mimo tego wzystkiego, życzę Wam wesołych świąt.


ja Ci powiem jedno, jako praktykujaca katoliczka.Mądrze piszesz ;d
Nic dziwnego, że Boże Narodzenie wydaje się weselsze – każdy z nas kojarzy je z prezentami i kolorowymi (często bezsensownymi) tradycjami.