Geneza Rosomaka
Przyszedł czas na recenzję, bo dawno nic konstruktywnego nie pisałem (ostatnio pastwiłem się nad księdzem Popiełuszką), a trzeba nadrabiać zaległości. Do kina często nie chadzam, co się powoli zmienia za nowo wybudowanego multipleksu w Legnicy, który wyświetla filmy na bieżąco, równo z premierą. Na pierwszy ogień poszedł X-Men Origins: Wolverine (u nas pod pięknym tytułem X-Men Geneza: Wolverine), czyli prequel do trylogii opowiadającej o przygodach mutantów. W tym tygodniu czeka mnie Star Trek, który jest tworzony przez ekipę Zagubionych, więc na rzecz uproszczenia życia, nazywam go Zagubionymi w kosmosie, a także Anioły i demony na podstawie książki Dana Browna, potem Terminator 4: Salvation, Harry Potter i Książe Półkrwi, aż w końcu 2012, a w grudniu Avatar Jamesa Camerona.
Ale wróćmy do mutatnów. Z zasady, X-meni mieli być ekranizacją komiksu, jednak można powiedzieć najwyżej o bazowaniu na oryginale. Nie chcę zanudzać szczegółami, bo sam ich nie znam (nie siedzę tak głeboko w Marvelu), ale wiem, że filmy odbiegają wydarzeniami czy postaciami od pierwowzoru. Cóż, mnie to tak bardzo nie przeszkadza, ale kto wie, co chodzi po głowie maniakom? Geneza: Wolverine to przyjemna opowieść o drwalu… Zaraz, zaraz, jakim do cholery drwalu? Zacznijmy od początku, samiutkiego prologu filmu. Uwaga na lekkie spoilery!
Wolverine, a raczej James Howlett, żyje z bratem, mamusią i ojczulkiem w domku, gdzie wiodą idylliczne życie. Jedynym mankamentem jest to, że Jimmy i Vincent to mutanci, którzy przez przypadek zabijają ojca, a później i prawdziwego – biologicznego – tatka, po czym wyruszają jako nieśmiertelni żołnierze, by walczyć na frontach wojny secesyjnej, obu światowych czy wietnamskiej. W końcu zostają zwerbowani do drużyny przekoksów, która jest finansowana przez rząd USA, a skupia samych mutantów. Szybko się jednak okazuje, że odwalają oni jedynie brudną robotę. Dalej nie ma sensu opowiadać, w końcu wypadałoby obejrzeć ten film, prawda?
Odczucia? Moim skromnym zdaniem, Rosomak to najlepsza część serii (w tej chwili kwadrylogii) X-Men. Na pewno ciekawsza od czystej nawalanki, którą był Ostatni bastion, fabularnie też miecie X2, a efektami – X-Mena. Wolverine to bohater, który jest bohaterem utworu, a nie bohaterem-herosem, przez co – o ironio! – jest o wiele bardziej lubiany. Kto lubi napuszonych superherosów, którzy niby mają być idolami, jednak wychodzą na sieroty takie jak Scott Cyklop Summers czy inny Spider-Man. Wolverine jest łajdakiem, jest pół człowiekiem, pół zwierzęciem. Próbuje się go pokazać raz tak, raz tak, więc sami musimy zadecydować jak mamy na niego patrzyć. Geneza pokazuje nam go inaczej niż poprzednie (następne?) części, ale wciąż go lubimy.
Plusy? Niewątpliwie jest ich cała masa. Począwszy od samego Rosomaka (ach, ten znienawidzony przez doktora Coxa Hugh Jackman), poprzez genialnie pokazaną postać Gambita (jak mi go brakowało w poprzednich częściach), aż do Strykera. Warto wspomnieć o drużynie mutantów, procesie adamentyzacji, Broni X, agenta Zero. Jednak są i minusy, wiadomo. Po pierwsze, nie podobał mi się Deadpool, był wciśnięty na siłę. Zmartwychwstanie dziewczyny Logana też było nie na miejscu. No i trzeba powiedzieć o łysej pa… o Xavierze, który się pojawił chyba tylko po to, by zareklamować Star Treka. No cóż, nie ma filmów bez minusów.
Ogólnie film dostaje 7/10, byłoby więcej, gdyby ktoś zajął się na poważnie muzyką. Jednakże polecam każdemu, a szczególnie fanom science-fiction, świata Marvela, a także samych X-Menów.


No słyszałem, że ma być dosyć ciekawy, ale widziałem też sporo negatywnych komentarzy co do tego, że film jest ponoć bardzo chaotycznie zrobiony.
Jednak po zagraniu w grę muszę obejrzeć film :)