Przeklęte Hmongi, mnożą się jak borsuki…
Żebyście mnie nie posądzili już na wstępie o ksenofobię i rasizm; nie, to nie o to chodzi. Powyższe to cytat z najnowszego filmu Clinta Eastwooda, Gran Torino. Ostatnio pisałem jedynie o alkoholu i skutkach jego przedawkowania, więc trzeba odskoczyć od smutnej rzeczywistości i wejść w świat szeroko pojętej kultury. Krótko mówiąc: Czas na recenzję! Jako, że wpisy na tym weblogu są długie i odstrasza to wszystkie boty, mogę domyślać się, że mam przed sobą osoby inteligentne, które już odgadły, że dzisiaj zajmę się ów Gran Torino. Wielkich spoilerów nie będzie, wszak to zwykła recenzja, więc czytajcie (i komentujcie) bez obaw.
Walt Kowalski (grany przez nieśmiertelnego Clinta Eastwooda) to typowy przykład bohatera, który nie jest bohaterem. Polak, który walczył w Korei, później pięćdziesiąt lat pracował w fabryce Forda, po czym przeszedł na spokojną emeryturę. Właśnie zmarła jedyna osoba, którą kochał, jego żona, a rodzina wcale nie pomaga. Kowalski jest typowym amerykańskim cowboyem, który ratuje bezbronnych, wspomaga biednych, zawsze przy sobie ma strzelbę, jednak nie uważa się za bohatera. Sarkastyczny i cyniczny wobec wszystkich, nawet księdza. Zawsze mówi prawdę, nieważne jaka by nie była, wali prosto z mostu. Tutaj się jednak kończą jego zalety i pojawia się największa wada. Mianowicie, Walt Kowalski jest rasistą, ksenofobem czy jak chcecie nazwać osobę, która nienawidzi innych ras. Chiński lud Hmong nazywa Żółtkami, Afroamerykanów (Murzynów, jakby ktoś nie załapał) – asfaltami, a resztę ee… wulgarnymi określeniami damskich narządów rozrodczych. Przekleństwa lecą w filmie jak piasek z worka Grzesia, który idzie przez wieś, jednak nie przeszkadza to tak bardzo, nie razi aż tak w oczy. Ogólnie nie lubię filmów, gdzie co trzecie słowo to ja pierdolę, przerywane kurwą, jednak są wyjątki, gdzie trzeba to pokazać, żeby przedstawić realia filmu. Czy chińska młodzież z gangu powie Przepraszam pana bardzo, czy mógłby pan się przesunąć? tylko krzyknie, przeklnie co drugi wyraz i pokaże środkowy palec. Cóż, niestety tak wygląda prawdziwy świat.
Śmierć jest gorzko-słodka. Gorzka od rozstania się z ukochaną osobą, słodka od zbawienia.
Nigdy nie lubiłem Clinta Eastwooda. Głównie dlatego, że kojarzę go ze starymi westernami, gdzie mruczy i pluje na psy, a ja westernów jakoś nigdy nie darzyłem wielką miłością. W Gran Torino po raz pierwszy doceniłem tego aktora; bardzo szybko wskoczył do czołówki moich ulubionych. Dziwne, że jeden film może tak bardzo zmienić postrzegania innego człowieka: aktora czy reżysera. Gran Torino pięknie ukazuje przemianę człowieka. Ukazuje, że taka przemiana jest możliwa, że ludzi mogą, a czasami muszą się zmieniać. Widzimy dramat starego człowieka, który, u kresu swych dni, nie ma już szczęścia. Opętany ksenofobicznymi myślami i wspomnieniami z wojny koreańskiej, nie może znieść faktu, że w jego dzielnicy mieszkają już sami ludzie o innym kolorze skóry. Jednak w pewnym momencie coś się zmienia, gdy młody Thao próbuje ukraść jego ukochane Gran Torino.
Co do zakończenia: wyrażę się w kilku krótkich zdaniach. Nie spodziewałem się czegoś takiego. Finał, może nie cliffhanger jak w Lost, jednak szokuje, prowadzi do refleksji. Bardzo smutny, jednak dzięki niemu film staje się czymś więcej niż filmem. To osobiste doznanie, kiedy to widz utożsamia się z postacią; niewielu reżyserom udaje się taka sztuka. Mogę, z ręką na sercu, powiedzieć, że Eastwoodowi się udało dokonać czegoś takiego. Obiektywnie oceniam film na bardzo dobre 9+ na dziesięciostopniowej skali. Polecam wszystkim. Naprawdę.


Sam nie lubię filmów z „Istłódem”, ale skoro tak bardzo polecasz, spróbuje się przekonać do Starego. I kilka słów oceny; To się nazywa prawdziwa recenzja! Żadnego pieprzenia o glupotach, dobrze wybrane fakty, zero spojlerów, uzasadnienie oceny. No i ta notka refleksyjna o przemianach w ludziach. Świetnie – chyba zostanę stałym czytelnikiem.
O, ciekawe. Nie sądziłem, że czyta to ktokolwiek spoza moich znajomych, a tym bardziej – fan Star Treka. Dzięki za pozytywną opinie i zapraszam do częstszego zaglądania i udzielenia się ;)
Ale Eastwood jest jednak ‘dobry’, nie ma to jak robić film o największym kozaku, wybawcy, bohaterze i wcielić się w tę rolę! A najlepsze jest to, że ludziom się to podoba! :O Nie piszę teraz o Grand Torino, lecz o innych produkcjach Clinta. Śmieszne.
A jeśli chodzi o film, to chyba się skuszę ;]
Aquenral – skąd wiesz, że jestem fanem Treka? Starałem się niczym nie zdradzać, widząc, że jesteś zagorzałem fanem SW :D KAcpeross – ty byś tak nie zrobił? Chodzi mi o granie we własnym filmie ;) Nie dość że zarabiasz fortunę, to jeszcze wszyscy Cię znają :D