Człowiek wiary, człowiek nauki
Ech, nie chciałem dzisiaj pisać o Kościele, ale zmusiła mnie do tego sytuacja. Cóż, może zmusiła to za mocne słowo, ale chcę rozwinąć pewną kwestię, której podłoże jest polityczne, ale de facto chodzi o religię. Mhm, problemy polityczno-religijne, czyli coś, co tygryski lubią najbardziej, prawda? Zacznę od tego, że na bieżąco interesuję się teraz praktycznie dwiema sprawami w polskiej polityce: jedną błahą, drugą poważną. Chodzi oczywiście o zwiększenie zniżki dla uczniów i studentów na przejazdy PKP z trzydziestu siedmiu do czterdziestu dziewięciu procent (aż tak boli to 50%?) oraz zakaz in vitro. Ej, cholera, ja zakaz in vitro? Czy chodzi mi o to, że Rząd (rząd?) jeszcze nie przepchnął ustawy o refundacji/dofinansowaniu sztucznego zapłodnienia? Nie, chodzi mi o zakaz ów operacji.
Tak się składa, że wystarczy sto tysięcy obywateli, by zainicjować ustawę w polskim Sejmie. Tak się składa, że Polska jest krajem nadgorliwie chrześcijańskim i oznakami szeroko pojętego fanatyzmu. Tak się składa, że Kościół zabrania in vitro. W końcu, tak się złożyło, że ponad 160 tysięcy ów polskich obywateli, zapewne nadgorliwych chrześcijan, zapragnęło zakazać sztucznego zapładniania w kraju, z którego pochodzi(ł) papież, a który jest bardziej katolicki niżby Watykan. Sto sześćdziesiąt tysięcy. Sześćdziesiąt tysięcy obywateli więcej niż przewiduje ustawa. Aż ciśnie się na język o co, do cholery, chodzi?, ale przecież wystarczy się chwilkę nad tym zastanowić. Odpowiedź jest jedna i prosta: Kościół. Jakby ktoś nie znał realiów dzisiejszego świata, przypomnę, że wciąż kultywujemy zwyczaje średniowieczne, kiedy to papież otwarcie walczył z nauką, która miała być pomiotem Szatana. Może nie jest to aż takie widoczne, ale Kościół zabrania eksperymentów medycznych, klonowania, genetyki i wreszcie sztucznego zapładniania, bo to przecież zło w najczystszej postaci. Oczywiście porównanie do średniowiecza jest jedynie podkolorowanym wyolbrzymieniem, ale każdy wie o co chodzi: wiara nigdy nie pogodzi się z nauką.
Tytuł wpisu pochodzi od pierwszego odcinka drugiego sezonu Zagubionych: Man of Science, Man of Faith, ale nie będziemy rozprawiać o Jacku, Locke’u i Wyspie; mamy ciekawsze rzeczy do omówienia. Dlaczego tak naprawdę nie można być zarówno człowiekiem wiary, jak i człowiekiem nauki? Dlaczego te dwa pojęcia się dla nas wykluczają? Ostatnio tracę wiarę w społeczeństwo, ale nie w ludzi; co to, to nie. Wierzę, że może kiedyś, tylko może, uda się pogodzić Boga z nauką. Daleko nam do tego, głównie dlatego, że sam Kościół nie jest zainteresowany współpracą; prawdą jest to, że coraz bardziej się przychyla, bo inaczej sam by się unicestwił, jednak daleko do idealnej współpracy. W końcu Bóg zezwolił i na transplantologię, i na inne czary, jednak sztuczne zapłodnienie jest wciąż dziełem Szatana… jeszcze jest. Tak naprawdę, wierzę, że wkrótce ktoś się tam opamięta, czego konsekwencją będzie jakaś bulla czy inny sobór, gdzie wreszcie będzie można ze spokojnym sumieniem mieć dziecko, gdy się jest bezpłodnym. Oficjalne stanowisko Kościoła w skrócie brzmi tak: in vitro jest złe, bo podczas sztucznego zapładniania marnuje się mnóstwo embrionów, które już mają status osoby ludzkiej. Dobra, pomińmy i to, bo to zdecydowanie temat na inną okazję. Kościół swoje, a wierni swoje: mnóstwo ludzi uważa takie zabiegi za zabawę w Boga, co nie przystoi człowiekowi. Czy możliwość dania ludziom szansy na rodzicielstwo jest grzechem? Ludzie, opanujcie się i chwile pomyślcie. Inni mówią, że skoro człowiek jest bezpłodny, taki ma pozostać. Whatever happened, happened, prawda? No wybaczcie, ale Bóg chyba jest miłosierny, nie? Jeżeli nie On, to człowiek może zrobić dziecko, inaczej nigdy byśmy chyba nie wynaleźli takiej możliwości. Ludzie nie zamierzają się bawić w Boga, oni chcą tylko pomagać innym. Umożliwiać cud życia. Ratować świat.
Wciąż uważam się za chrześcijanina, mimo wszystko. Dodam na zakończenie, że jestem zaskoczony faktem, iż nawet Prawo i Sprawiedliwość nie jest zainteresowane projektem. Pozostaje liczyć na dobrą wolę ludzi.


Co poradzisz, zostaje nam patrzeć na to co się dzieje :)
Co do klonowania które jest ble, a jak je dopracują porządnie i wybuchnie jakaś wojna to przestanie być ble, bo żołnierzy będzie można klonować – już nie będzie ble.
Gdy jakiś nowy wirus wybije 90% świata in vitro też przestanie być ble…
Cóz, brutalne, ale inaczej świat nie działa ^^ Przynajmniej tak to jest z mojego punktu widzenia.
Nie jestem, za tym aby całkowicie zakazywać in vitro ponieważ, żyjemy w demokratycznym kraju i każdy ma prawo do wyboru. Jednak namawiam do tego aby zastanowić się przed sztucznym zapłodnieniem, czy może lepiej by było adoptować jedno z potrzebujących miłości i rodziny dzieci będących w domu dziecka. To naprawdę wielki akt miłosierdzia wobec dzieci, które szczególnie umiłował sobie Pan Jezus przytaczając historię z Pisma Świętego, kiedy Jezus otacza się dziećmi i mówi o ich szczególnej łasce bezinteresownej i szczerej łasce.
*miało być wierze nie łasce na samym końcu.
Moonwalker> Adopcja dzieci, itd, to temat na calkiem inne, dlugie marudzenie jaki to system prawny tego jest zly, i jak wiele z tych dzieciakow ktore sa w domach dziecka, NIE MOZE z powodu swojego niejasnego statusu prawnego byc adoptowana… ; <
Muszę się nie zgodzić. Zamiast legalizować i refundować in vitro, tworzyć kolejne ustawy, zmienić prawo na bardziej łaskawe i prostsze dla adopcji. Po co „tworzyć” kolejne dziecko , kiedy domy dziecka, pękające w szwach, tworzą kolejnych przestępców, bo taki ślad pozostawia sierociniec. A pieniądze zamiast na refundacji dzieci z próbówek przeznaczyć na jakieś ważne sprawy.
Uważam, że stosowniejsza jest adopcja. Jednak niektórzy ludzie mają przekonanie, że dziecka z Domu Dziecka nie pokocha się bardziej niż tego urodzonego, swojego. To są jednak jakieś bzdury.