Battlestar wg Beara McCreary’ego

Bear McCreary jest dla mnie niekwestionowanym mistrzem muzyki filmowej, a raczej serialowej. Jeszcze w zeszłym miesiącu oburzyłbym się niemiłosiernie, gdyby ktoś mi tak powiedział, jednak po siedemdziesięciu godzinach seansu Battlestara, muszę odebrać palmę pierwszeństwa Michaelowi Giacchino, który nie tak dawno temu przebił u mnie Johna Williamsa, aby oddać ją McCreary’emu. Wystarczy spojrzeć na mój profil na last.fm, by przekonać się, co ostatnio najczęściej słucham: praktycznie jedynie ścieżkę dźwiękową z Battlestara. Przez ostatni miesiąc odsłuchałem już ponad 900 utworów i jakoś mnie to nie nudzi, a wręcz przeciwnie – wciąż odkrywam nowe walory poszczególnych kawałków. Ale zacznijmy od początku…

Sezon 1: Nic epickiego

Ścieżka dźwiękowa sezonu pierwszego nie powaliła mnie na kolana. Większość utworów jest po prostu nijaka, najzwyczajniejsza w świecie, niczym się nie wyróżnia spośród dziesiątek innych płyt z muzyką innych seriali. W porównaniu do soundtracku Zagubionych Giacchino, wypada rzeczywiście słabo. Jednak są plusy, to trzeba przyznać. Po raz pierwszy występuje mój ulubiony motyw muzyczny, mianowicie A Good Lighter z odcinka The Hand of God oraz jego wariacja z udziałem chóru, Wander My Friends, która nieodłącznie będzie mi się zawsze kojarzyła z Billem Adamą, a jej fragment gości teraz jako dzwonek w moim telefonie. Warto wspomnieć o nieco nostalgicznym A Two Funerals, intrygujących Battlestar Operatica (włoska opera o tosterach!) i Battlestar Muzaktica oraz klasycznym The Shape of Things to Come. Ogółem soundtrack przedstawia się średnio, moja ocena to 5+/10, poza tym ma brzydką, odbiegającą od reszty okładkę z Karą i Lee. Szczerze mówiąc, zawiodłem się w tym momencie, ale z nadzieją włączałem już druga płytę…

Sezon 2: Majstersztyk

… i był to strzał w dziesiątkę. Oficjalny soundtrack drugiego sezonu jest arcydziełem, mistrzostwem muzyki serialowej, istnym majstersztykiem. Wybaczcie, że tak wychwalam, rzucając setką epitetów, ale trudno inaczej to określić, bo płyta rzeczywiście zapiera dech w piersiach. Podczas gdy muzyka pierwszego sezonu była monotonna i nudna, tutaj pojawiają się epickie utwory, które nieszybko odejdą w zapomnienie. Już sam początek zachwyca, gdyż mamy możliwość odsłuchać kolonialnego hymnu, Colonial Anthem, który jest niczym innym niż odnowioną wersją starej czołówki serialu. Później motyw pułkownika Saula Tigha (świętego Mikołaja) w Martial Law oraz chyba mój ulubiony utwór: Pegasus. Jest to stonowana, łagodna muzyka, jednak ma w sobie to coś, nutkę tajemniczości, brzmi wręcz baśniowo i magicznie, a za razem strasznie. Płytę warto zdobyć dla samego Something Dark Is Coming, utrzymanego w tonacji Pegasusa oraz przepięknego, chwytającego za serce Roslin and Adama. Reuniting The Fleet jest nową aranżacją starego, dobrego motywu Adamy, One Year Later wręcz zmusza do refleksji nad mijającym czasem, a w Worthy Of Survival jest to coś. Oczywiście są tutaj nic niewnoszące utwory, jak Baltar’s Dream czy Black Market, który nie wpadły mi w ucho, ale reszta jest piękna. Zdecydowanie najlepszy soundtrack jaki słuchałem, kawał dobrze zrobionej muzyki, więc mogę dać z ręką na sercu 10/10 i polecić wszystkim, bo spodoba się także ludziom, którzy nie oglądali Battlestara.

Sezon 3: Miła odmiana

W sezonie trzecim wprowadzono innowację: Muzykę, specjalnie pisaną przez duże M. Adaptowano stary utwór Boba Dylana (oraz cover Jimiego Hendriksa) i Bear McCreary stworzył coś, co jest największym plusem tej płyty, bodajże najlepszym utworem w całym BSG. Cóż to takiego? Ano, All Along the Watchtower, który wyszedł o niebo lepiej niż oryginał i słucha się go z zapartym tchem. Nawiązanie do Muzyki również pojawia się w Heeding The Call, który trzyma apokaliptyczny klimat. Świetny jest również Admiral and Commander, bodajże najlepsza wersja motywu Williama Adamy, najlepiej oddająca wszystkie emocje. Epickie Storming New Caprica przypomina o bitwie o Nową Kaprykę, które przeszła do historii jako genialny manewr starego Adamy oraz porażkę battlestar Pegasusa. Battlestar Sonatica idealnie współgra z poprzednimi Battlestar… z pierwszej płyty, a Gentle Execution znów ma w sobie to coś. Warto jeszcze wspomnieć o Adama Falls, bo reszta nie reprezentuje ze sobą niczego nadzwyczajnego. Ot, zwykła muzyka filmowa/serialowa. Jeszcze wrócę do All Along the Watchtower, które jest do tej pory jedynym utworem z tekstem, który da się zaśpiewać (ewentualnie wcześniej były słowa, ale po włosku, irlandzku, celtycku i w sanskrycie. Ogółem 7/10, o wiele lepiej niż soundtrack trzeciego sezonu Zagubionych.

There must be some way out of here
Said the joker to the thief
There’s too much confusion
I can’t get no relief

Sezon 4: Epicki finał

Bear McCreary napracował się najbardziej na ścieżką do czwartego sezonu, gdyż została ona wydana na dwóch płytach. Nie podzielono na sezony 4.0 i 4.5, lecz na pierwszej płycie mamy muzykę z odcinków 4×01-×18, a na drugiej – z Daybreaka, finału całej serii. Dziwne posunięcie, ale identycznie postąpił M. Giacchino przy trzecim sezonie Zagubionych, gdzie druga płyta to była ścieżka z Greatest Hits i Through the Looking Glass. Pierwsza płyta jest stosunkowa dobra, o wiele lepsza od sezonu pierwszego. Cieszę się, że dali nam posłuchać Gaeta’s Lament (także w wersji instrumentalnej!) wykonany przez aktora grającego Feliksa Geatę. Resurrection Hub jest wręcz mistyczny, ma klimat Pegasusa i przypomina o cylońskiej technologii zmartwychwstania. Oczywiście mamy nową aranżację motywu Adamy, Farewell Apollo, o bardziej celtyckim brzmieniu, grane na głośnych piszczałkach oraz nostalgiczne Grand Old Lady, piękne w swojej prostocie. Ale najważniejszy jest utwór #17: Kara Remembers, wykorzystujący Muzykę, grany na pianinie. Po pierwszym odsłuchaniu, przeszły mnie dreszcze. Warto jeszcze wspomnieć o mrocznym Blood on the Scales z odcinka o tej samem nazwie oraz Funeral Pyre. Reszta jest poniżej poziomu, a raczej poniżej moich oczekiwać, czyli poprzeczki ustanowionej przez soundtrack drugiego sezonu. Ogólnie jest bardzo dobrze, ale mogłoby być lepiej.

Druga płyta jest bardziej… skondensowana. Caprica City, Before the Fall jest ładnym utworem o bezsensownej retrospekcji, a Adama in the Memorial Hallway znów przywołuje motyw Adamy, chociaż jest słabsze nawet od oryginalnego A Good Lighter. Epickie Assault on the Colony trwa ponad piętnaście minut (aż!), jednak nie ustępuje przed Storming New Caprica. W The Passage of Time znów występuje motyw przemijania czasu, lecz nie tak wpadający w ucho jak w drugim sezonie. Nawiązując do Kara Remebers, powstało również Kara’s Coordinates dotyczące ostatniego skoku, które jest dobre, ale nie tak, jak mogłoby być. Earth wywołuje odczucie smutku i nadziei, ale dopiero przed nami są dwa najlepsze utwory na tej płycie: The Heart of the Sun, przy słuchaniu którego czuć gęsią skórkę oraz przepiękne So Much Life. Nie da się ich opisać słowami, trzeba je po prostu odsłuchać. Sezon czwarty, jako całość otrzymuje 8+/10, bo mogło być o wiele lepiej.

Zdecydowanie polecam wszystkim te wszystkie pięć płyt plus ewentualnie nieopisany tutaj soundtrack z pilota serialu, którego autorem jest Richard Gibbs. Średnia ocena to 7++, co powinno wystarczyć każdemu fanowi Battlestar Galactici, muzyki instrumentalnej oraz reszcie ludzi. Słuchanie takiej muzyki naprawdę nie boli, wystarczy tylko chcieć. Tak mówimy wszyscy.

 

autor: Ty | #x
napisano dzisiaj, w tej chwili