To tylko początek – V, sezon 1.0

Kojarzycie Battlestara, którym Was męczę co jakiś czas? Jest to nowa produkcja bazująca na starym pomyśle, gdyż serial Battlestar Galactica był emitowany oryginalnie w 1978 roku. Współczesna wersja nie jest remakem, bo odbiega konwencją od pierwotnej wersji, ma innych bohaterów, inne założenia fabularne tudzież inaczej się kończy. Taka operacja nazywa się fachowo reimagine, co ładnie brzmi w języku polskim jako reimaginacja, a jest bardzo popularna ostatnimi czasy (Planeta małp Burtona czy też Bionic Woman Eicka). Fani starych seriali sci-fi z pewnością pamiętają produkcję o tytule V z 1983 roku opowiadającą o Przybyszach, którzy mają niecne zamiary względem ludzkości, jednak wydają się być przyjaźnie nastawieni. Serial był hitem w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, a dziś ktoś postanowił reimaginować jego realia, tworząc nowe V, bardziej odpowiadające naszym czasom. Producentem został sam Scott Peters (tak, to twórca The 4400), a główne role otrzymały same serialowe gwiazdy, między innymi Elizabeth Mitchell (Zagubieni), Joel Gretsch (The 4400) i Morena Baccarin (Firefly). Stacja ABC wydała grube miliony na reklamę, pierwszy odcinek obejrzało ponad 14 milionów Amerykanów plus kolejne miliony widzów w internecie, a pierwsza część pierwszego sezonu zakończyła się właśnie dziś. Wrażenia? Trudno wyrazić je w kilku słowach.

Założenia fabularne są proste i mogłoby się wydawać, że wręcz splagiatowane z innych filmów fantastyczno-naukowych: przybywają Obcy w wielkich statkach kosmicznych, są oczywiście na wyższym poziomie technologiczno-cywilizacyjnym, ale zamiast niszczyć Ziemi, oferują oni pomoc. Dwadzieścia dziewięć okrętów zajmuje miejsca nad największymi ziemskimi miastami (Nowy Jork, LA, Londyn, Kair, Moskwa, Tokio…), a naczelny dowódca Przybyszów, bo tak się sami nazwali, nawiązuje łączność z ludźmi, gwarantując, że przybyli w pokoju i chcą jedynie wspólnego dobra. I w tym momencie pojawia się główny motyw oryginalnej serii: Przybysze wcale nie są ani tak przyjaźnie nastawieni, ani tacy ładni i przystojni, gdyż w rzeczywistości są zielonymi gadami, które klonują ludzką skórkę, by się do nas upodobnić, wejść w nasze szeregi i zniszczyć od środka. Mają swój ukryty cel, ale także opracowali cholernie skomplikowany plan, o niebo lepszy i przemyślany niż ten brata Cavila. Na długo przed przybyciem floty, stworzyli komórki Przybyszów, które miały wywoływać rozruchy i zamieszki; byli niczym Cyloni. I to jest właśnie chyba najlepsza część serialu: wszechobecna nieufność. Zaczynam się czuć, jakbym znów oglądał Galacticę i zastanawiam się czy ojciec Travis lub agentka Malik to Cyloni… tfu! Przybysze. Był to mój ulubiony wątek w Battlestarze, a tutaj może być jeszcze ciekawiej, bo nikt nie ogranicza niczego liczbą modeli i powtarzalnością kopii.

Co mi się bardzo spodobało? Bohaterowie są nadzwyczaj wyraziści i człowiek może się z nimi bez przeszkód utożsamić (w przeciwieństwie do innej produkcji ABC, FlashForwarda). Agentki Eriki Evans (tak, to Juliet z Zagubionych) biegającej z bronią i walczącej z Przybyszami nie da się nie polubić; to samo zresztą tyczy się ojca Jacka Landry, duchownego, któremu przybycie obcych namąci w głowie w kwestii wiary. Tajemniczy Ryan Nicols jest wręcz ekstraordynaryjny, jeśli mogę użyć takiego słowa i czuję, że w przyszłości odegra jeszcze większą rolę. Jedynie nie trawię Tylera, syna Eriki, który jest stereotypowym nastolatkiem zafascynowanym Przybyszami, a także Anny, przywódczyni obcych. Wszyscy się podniecają urodą pani Baccarin, ale ja nie dostrzegam w niej nic wybitnie pociągającego; już Mitchell i Vandervoort są o niebo ładniejsze. I teraz jedna z najważniejszych rzeczy, jeśli chodzi o filmy i seriale fantastyczno-naukowe: efekty specjalne. Informatycy odwalili kawał dobrej roboty, a producent zadbał o wszystkie niuanse, bo wszelakie CGI wygląda naprawdę świetnie, a nie doświadczymy żadnego przesytu. Krążowniki Przybyszów są piękne w swojej prostocie, ichniejsze wahadłowce ładnie przecinają niebo, a technologia nie zadziwia, ale podoba się oku. A skoro już jesteśmy przy kwestiach technicznych, trzeba wspomnieć o muzyce, której kompozytorem jest bliżej mi nieznany Marco Beltrami. Podczas pierwszego seansu nie zauważyłem nic szczególnego, ale po dzisiejszym porannym maratonie z V (cały sezon 1.0), muszę przyznać, iż jest bardzo ładna, tylko mało wyeksponowana. Z całego serca liczę na wydanie płyty ze ścieżką dźwiękową, bo dobrej muzyki serialowej nigdy nie jest za dużo.

Największą wadą pierwszej części pierwszego sezonu jest jej długość. No, powiedzcie mi czy słyszeliście kiedykolwiek o tym, by robić serial za miliony dolarów, który ma tylko cztery odcinki? Fakt, wszystkie te cztery odcinki w mojej skali do dziesięciu otrzymują noty powyżej osiem plus, ale dlaczego ABC każe nam czekać na kontynuację aż do wiosny 2010? Skoro już jesteśmy przy ocenianiu… Szczerze mówiąc, nie sądziłem, że V tak mi się spodoba. Media pisały, że dają oceny 11/10 odcinkowi pilotażowemu, ale wiem jak to bywa z krytykami; tym większe było moje zaskoczenie po pozytywnym odbiorze nie tylko 1×01, ale także następnych odcinków. Klimat mnie niesamowicie szybko wciągnął i mogę oficjalnie mówić, że jestem fanem V. Chcę jeszcze wspomnieć o dwóch rzeczach, mianowicie o spadku oglądalności i konwencji fabularnej. W internecie aż huczy od informacji o wciąż obniżającym się wskaźniku liczby widzów nowej produkcji ABC. Okej, spada, ale powiedzcie czy jakikolwiek serial notuje teraz wzrost oglądalności? Nie wiem czy w ogóle taki termin istnieje w tej branży, a wynik 14 milionów widzów to najwyższa zanotowana do tej pory oglądalność. Najwyższa! Więc jak, do cholery, ma się jeszcze bardziej podnieść? I tak V bije na głowę słabego FlashForwarda czy jeszcze gorsze Stargate: Universe. Druga rzecz to ciągłe narzekania ludzi na konwencję fabularną: wszyscy mówią, że jest za mało tajemnic, za mało wątków, za mało Zagubionych. A żeby było śmieszniej, ci sami frakkin’ hipokryci piszą, że w FF jest za dużo wyżej wymienionych cech.

Na dzień dzisiejszy jest to mój ulubiony serial, a w ogólnym rozrachunku jest na drugim miejscu, tuż za Galacticą. Mam świadomość, że to dopiero cztery odcinki, ale zaprezentowały one tak wysoki poziom, że muszę wystawić ocenę 9/10, a co za tym idzie, polecić V każdemu, bo to świetny serial dla zatwardziałych fanów sci-fi, jak i doskonały początek dla kogoś, kto z tematyką fantastyczno-naukową nie miał wcześniej do czynienia. Zatem oglądajcie V, a ja czekam na 1×05, a tymczasem… We are of peace. Always.

 

Ale mnie zachęciłeś do obejrzenia. Nie lubię jakoś tych nowych seriali scifi, bo opierają się tylko na komputerowych efektach, ale skoro tak zachwalasz to obejrzę pierwszy odcinek na początek i zobaczymy co dalej :) Aha, i świetna recenzja! Nie ma żadnych spojlerów, a potrafi przekonać człowieka do racji autora ;)

autor: James Tiberius | #1
25 lis 2009 roku o godz. 12:39

Ostatni odcinek jeszcze przede mną, ale i tak jestem pod dużym wrażeniem po obejrzeniu tego serialu. Co prawda moim zdaniem reklama sprzed jego wypuszczenia trochę przerosła sam serial, ale i tak wgniata w fotel. Dotychczas nie było też żadnych nudnych odcinków, co również jest wielkim plusem. Zobaczymy, co pokażą w ostatni tego pól-sezonu. Właśnie, tylko szkoda, że podzielili go na dwie części (bo będzie trzeba czekać na nowe odcinki) ;>

autor: Fixer | #2
25 lis 2009 roku o godz. 12:58

James Tiberius:
Ale mnie zachęciłeś do obejrzenia.

Zawsze skory do polecenia czegoś godnego uwagi :)
Zapraszam do dłuższej wypowiedzi po obejrzeniu czwartego odcinka, bo wiem, że go obejrzysz: po Pilocie każdy chce obejrzeć resztę :)

autor: Aquenral | #3
25 lis 2009 roku o godz. 19:03

Ty robisz coś poza oglądaniem seriali? ;p

autor: Rav | #4
26 lis 2009 roku o godz. 19:50

Rav pyta:
Ty robisz coś poza oglądaniem seriali? ;p

Ano, czasami się zdarza, że gdzieś wyjdę czy zrobię coś konstruktywnego. A seriale? No cóż, to tylko jakieś pięć godzin tygodniowo i wolę je poświęcić na sci-fi niż na biologię czy geografię, nie mówiąc już o paleniu w bramie czy piciu podmostem :<

autor: Aquenral | #5
26 lis 2009 roku o godz. 20:01

Wczoraj wieczorem obejrzałem i jestem wniebowzięty ;d świetny serial, a w sumie to mini-serial, bo to tylko niestety cztery odcinki. Ale za to jakie?! Świetni bohaterowie, świetna fabuła, świetna akcja, świetne efekty, świetna muzyka, świetna scenografia… Wszystko świetne! :D Już nie mogę się doczekać marca o piątego odcinka ;( Masz u mnie wielkiego plusa za polecenie „V„;)

autor: James Tiberius | #6
27 lis 2009 roku o godz. 09:19

Obejrzałem w końcu ostatni odcinek. Trzeba powiedzieć, że serial po prostu wgniata w fotel. Oczywiści najlepsza była końcowa scena. Trochę szkodą, że będzie trzeba czekać na kolejne odcinki.

autor: Fixer | #7
28 lis 2009 roku o godz. 09:09

Czy jeśli pilot przekonał mnie do siebie w stopniu znikomym, jest sens oglądać odcinki dalsze?

autor: saunterer | #8
02 gru 2009 roku o godz. 16:43

Powiem tak: 1×01 < 1x02 < 1x03 < 1x04.
O dziwo, serial ma tendencję wzrostową jeśli chodzi o fabułę, akcję i resztę badziewia, które tak lubimy oglądać. Mnie się Pilot spodobał niesamowicie, więc z niecierpliwością czekałem na następne odcinki, ale radzę obejrzeć do It’s Only a Beginning i potem zadecydować czy oglądać dalej czy też nie :)

autor: Aquenral | #9
03 gru 2009 roku o godz. 18:06

Mnie „wgnieść w fotel” temu serialowi co prawda się nie udało, ale jest całkiem dobry. Nie będę się rozwodził nad konkretnymi odcinkami (trzeci był najgorszy, pilot najlepszy tak IMHO). Co do opisu bohaterów zgadzam się z tym wpisem – Juliet i Tom są w porządku, Murzyn też niczego sobie, reszta to przeciętniaczki.

A, i pilot FlashForwarda był lepszy (no pilot tego serialu był lepszy niż cała reszta odcinków FF razem wziętych) a w przypadku V było po prostu miło i tyle.

autor: Mr. Hania | #10
06 gru 2009 roku o godz. 17:52

autor: Ty | #x
napisano dzisiaj, w tej chwili