
Witamy na lekcji religii
Siedzę bezczynnie w domu, dumając nad milionem przeróżnych spraw, przeglądając Twittera i zasłuchując się w McCrearym… i uznałem, że muszę coś napisać. Nadarza się okazja, mam mnóstwo wolnego i właściwie niespożytkowanego czasu, a poza tym, pozwoli mi to się trochę odprężyć i zapomnieć o innych troskach. Wziąłem się zatem do przeglądania starych artykułów w poszukiwaniu motywacji i znalazłem opisujący mnie Dzień z życia, gdzie oprócz miliarda poruszanych spraw, wspominam o bezsensie instytucji lekcji religii w polskich szkołach. A skoro tematy okołoreligijne zawsze są mile widziane, a ja się tym samym odstresuję, postanowiłem się rozpisać właśnie na ten ciekawy (a jakże inaczej?) temat. Może na początek powiem, że sam na lekcje religii uczęszczam od zawsze i jakoś nigdy mi to nie przeszkadzało, ale od jakiegoś czasu mam pewne obiekcje nawet nie dotyczące programu czy sposobu prowadzenia lekcji, co do samej idei. O, i zaczyna się robić ciekawie!
W klasie matematyczno-informatyczno-fizycznej, do której mam przyjemność uczęszczać, program przewiduje w drugiej klasie licealnej dwie godziny rozszerzonej fizyki (z zasadzie trzy, ale dwie są połową klasy), dwie informatyki i dwie religie. Można by rzec, że to trochę dziwne, ale brnijmy dalej w te paradoksy. W trzeciej klasie odpadają nam wszystkie (a przynajmniej większość) przedmiotów niezwiązanych z wybranym przez nas profilem, wobec czego zostaniemy jedynie w językiem polskim i angielskim, matematyką, informatyką, fizyką… wychowaniem fizycznym i właśnie religią (jak to mawiają: coś dla ciała i coś dla ducha). Prawda, liczba godzin przedmiotów ścisłych skoczy nam diametralnie, nawet dwukrotnie w niektórych przypadkach, ale sam fakt z obecności religii pozostawia pewien… niesmak? No, kurczę, będzie to klasa maturalna, więc powinniśmy się skupić na tym, co naprawdę jest dla nas ważne, a nie wydziwiać z wliczającą się do średniej katechezą. To jest właśnie chore w tym wszystkim: zajęcia te powinny być nieobowiązkowe, nie powinno być na nich ocen i nie powinny wymagać od ucznia niczego więcej niż chwili refleksji. Dzisiaj każdy jest z góry zapisywany na religię i ewentualnie może się z niej wypisać, a ja się pytam: dlaczego? Czy nie powinno być przypadkiem na odwrót? Jeżeli czuję potrzeby chodzenia na zajęcia – zapisuję się i chodzę. Gdy ksiądz czy katecheta rozumie system to pół biedy; gorzej, gdy wmówi sobie, że jego przedmiot jest najważniejszy i wymaga od uczniów niestworzonych rzeczy, zniechęcając ich tym samym do lekcji, wiary, a nawet Boga. Ile osób u nas w klasie się już wypisało z powodu prowadzącego lekcje? Sporo, i to jest właśnie smutne.
Nie jestem zwolennikiem usunięcia religii z programu, co to, to nie. Jestem człowiekiem wierzącym i chciałbym czasami porozmawiać o swojej wierze, ale… No właśnie, zawsze musi być to cholerne ale. Zdążyłem już zauważyć, że prowadzący lekcje są – co tu ukrywać? – po prostu nawiedzeni, zaślepieni przez ortodoksję i nie przyjmujący żadnych argumentów czy prawd; dyskusja z takimi ludźmi to prawdziwa udręka, ale muszę przyznać, że lubię się w nią włączyć. Poprawia mi to humor, ot co. Gorzej, gdy ów katecheta popełnia karygodne błędy merytoryczne lub teologiczne (a zdarzają się i tacy!), po czym wymaga powtarzania ich i nie przyjmuje do wiadomości informacji o swojej pomyłce. I tutaj właśnie leży pogrzebany pies: gdy uczymy się o faktach, nie ma sprawy. Gorzej jest z dogmatami, szczególnie, że sporo osób, a w tym ja, po prostu się z nimi nie zgadza, a z całą pewnością nie będę powtarzał czegoś, co jest sprzeczne z moimi wartościami lub wierzeniami. A sam fakt, że dostajemy za to wszystko oceny jest po prostu żałosny. To może lepiej od razu nam zrobić testy na naszą pobożność, stawiać jedynki za grzechy i oceniać naszą wiarę? Rozumiem, że jakoś trzeba uczniów motywować, ale ocenami?
Co mogłoby być dobrą alternatywą? To, co powtarzam zawsze, gdy tylko zejdę na ten temat: religioznawstwo. Nawet obowiązkowy (pal sześć) przedmiot, gdzie świecki nauczyciel uczyłby o wszelakich religiach świata. Taka lekcji tolerancji, nawet wyglądająca jak wiedza o kulturze czy podstawy przedsiębiorczości w wymiarze jednej lub dwóch godzin na cały cykl edukacyjny. Nie kłócilibyśmy się o metafizyczne idiotyzmy, młodzi ludzie zyskaliby jakąś świadomość wszechrzeczy, a do kościoła przecież zawsze można pójść po szkole – drzwi otwarte są tam zawsze, a księża nie odmówią rozmowy w trudnej sytuacji. Ale żeby to zmienić, musielibyśmy zmienić wpierw rząd, najlepiej na lewicowy, który nie boi się kościelnej oligarchii i zakonu Ojca Dyrektora z Torunia. Ale zanim do tego dojdzie, minie kilka ładnych lat… So say we all!


W wielu przypadkach wypisanie się z lekcji religii jest albo utrudniane (jak w moim byłym gimnazjum), albo będzie skutkować gorszymi kontaktami z niektórymi nauczycielami. Katolicyzm jest w Polsce tak głęboko zakorzeniony, że czasem trudno się przez niego przebić. Na szczęście nowe pokolenia (i jednostki w starszych) odchodzą od religijnej nietolerancji, jednocześnie nie odrzucając samej religii. Osobiście mam nadzieję, że taki trend się utrzyma.
Pozdrawiam. :)
Hmm, jak dla mnie największą porażką u mnie w szkole jest to,że lekcji języka obcego t.j angielskiego mam 1 godzinę na tydzień, a religii aż 2. Ja tam nie narzekam,ale osobiście uważam,że lekcja dodatkowa z angielskiego mogłaby się pojawić w miejsce jednej lekcji religii.No ale najwidoczniej polski system edukacji zakłada,że każdy chce zostać duchownym po szkole ^^.Co do wypisów, u nas zwolnić nas z uczęszczania na lekcje religii może zwolnić tylko rodzic, chociaż to ja chodzę na religię. Zresztą, wszyscy wiedzą,jak wyglądają lekcje religii – „A wpiszemy se jakiś temacik i możecie se posiedzieć i zająć się sobą” tzn. robić to,co Ci się żywnie podoba. Akurat u mnie te lekcje mają jeszcze jakiś podkład dyskusyjny,no ale w takiej 3U jedyna forma komunikacji to ta w postaci krzyku katechety do uczniów z prośbą o spokój. Religioznawstwo? Dobry pomysł – może by było więcej tolerancji wśród niektórych mas uczniowskich… Oceny z religii, hmm, no tu mi się przypomina akcja dziekana pt. ” A teraz napiszemy sobie wypracowanko – minimalnie na 4 strony A4…”. No dobra, rozumiem,że można na tematy religijne sobie popisać, no ale jak dla mnie to już jest przesada… Jak najlepiej złapać katechetę na bublach teologicznych? Zapytać,dlaczego według o. Rydzyka zwierzęta nie mają duszy skoro są stworzeniem boskim i dlaczego za zabójstwo człowieka można dostać dożywocie, a za zadręczenie psa czy kota 2 lata…Opatentowane z wynikiem pozytywnym.Oczywiście nie obyło się bez wizyty u dyrektorki pod zarzutem podważania kompetencji nauczyciela tudzież katechety. Ano nie ma to jak żyć pod rządami naszego wspaniałego rządu, tylko szkoda,że niektórych nie obchodzi,że narzucając niektórym swoją wiarę, dyskryminuje się go.Szary dzień polskiej rzeczywistości, tak więc cieszmy się i radujmy się nim! :P
A ja myślę, że religioznawstwo nie byłoby złym pomysłem… ale powinno też być nieobowiązkowe. Jeśli człowiek w nic nie wierzy to dlaczego ma się o tym wszystkim uczyć? Nie widzę żadnego powodu dla którego miałbym uczyć się o Islamie czy Buddyźmie, skoro nie dotyczy mnie to w najmniejszym stopniu.
Gdzie Ty to widzisz? Ja zauważam tylko narastającą modę na ateizm i bunt młodzieży, która odrzuca wszystko, co tylko można – ot, dla zasady.
@Aquenral mówi: „Gdzie Ty to widzisz? Ja zauważam tylko narastającą modę na ateizm i bunt młodzieży, która odrzuca wszystko, co tylko można ? ot, dla zasady.”
W moim otoczeniu jest dokładnie to samo, u ludzi się po prostu zmienił system wartości i to o całe 180 stopni
Religia w szkole: odwieczny problem, która co jakiś czas wraca niczym bumerang. Na samym początku zaznaczę, iż jestem osoba wierzącą, lecz nie uczęszczającą na lekcje religii. Dlaczego? Ano złe wspomnienia z gimnazjum. Beznadziejne lekcje, na których nauczyciel krzyczy, uczniowie mają go gdzieś i jest super. Jak dla mnie wybór co do chodzenia czy nie powinien należeć tylko do ucznia. Po prostu w daną religie trzeba WIERZYĆ, a nie zmuszać człowieka do tego. To jest zaprzeczenie podstawowej zasady wiary. Co do oceny: nie. Nie powinna być liczona do świadectwa, ba, nie powinno być jej w ogóle. No ale cóż, na razie nic się nie zmieni. Potrzeba nam kilku pokoleń i zmiany ogólnej świadomości społeczeństwa, by zmienić coś w tej kwestii.
Tak, Michał, ale tutaj też się pojawia taki maluteńki problemik… Wielu księży ma problemy z wystawieniem papierka związanego z zawarciem małżeństwa jeśli nie uczęszczałeś na religię. Ot, głupota naszych czasów. I nie oszukujmy się, chodzę na te lekcje tylko z dwóch powodów: (1) gdybym odszedł, nauczycielka by wygrała, a ja mam zbyt przerośniętą dumę oraz (2) planuję kiedyś wziąć ten ślub i to nawet kościelny, a nie chcę mieć żadnych problemów z papierkową robotą, ot co.
Ehh… Religia to zajęcia, które mają nam zastępować etykę. Jeżeli wolicie chodzić na etykę proszę bardzo…
Nie spotkałem się z tym, żeby kogoś szykanowano z powodu wyznania.
Jeżeli chodzi o sposób prowadzenia lekcji religii u mnie w szkole to jest to dyskusja, często między osobami, które mają swoje uwagi typu „księża pedofile” itd. Często oglądamy też filmy związane z naszą wiarą, pracujemy w grupach. Ksiądz pozwala nam zadawać anonimowe pytania (pisane na karteczkach) na które potem odpowiada. Jest całkiem miło i sympatycznie.
Nie szukajcie problemów tam gdzie ich nie ma. Czasy się zmieniają i przyjdzie pora, że w szkołach będą na religii uczyli tylko o Islamie ( mniej więcej za 20 lat albo nawet wcześniej)
@zblakanyjunior „jezeli wolicie chodzic na etyka prosze bardzo”
no nie rozsmieszaj mnie.. ta cala etyka to bujda na resorach… nie znam zadnej szkoly w ktorej dano by wybor religia – etyka
tak w ogole to przedmiot o nazwie ‘religia’ powinien sie nazywac ‘religia panstwowa’ albo ‘religia katolicka’ lub ewentualnie ‘jedyna sluszna religia’ …
ja kiedy chodzilem do liceum prawie od razu wypialem sie na lekcje religii ze wzgledu na kompletnie nieinteresujaca mnie zawartosc merytoryczna… dowcipy katechety wprowadzaly w zaklopotanie wszytkich do ktorych je kierowal. na szczescie mial tyle oleju w glowie ze wystarczylo sie do niego zglosic ze nie chce sie chodzic na jego lekcje i nie bylo zadnej potrzeby pytania o pozwolenie rodzicow… niewiele osob zrezygnowalo z tych lekcji (bo i tak byly w srodku dnia.. nie bylo sie potem gdzie podziac przez 45 minut)
religioznawstwo jest fascynujace.. zrozumiec wierzenia innych.. wyjsc poza kwadratowe ramki kultury katolickiej.. niechby chociaz powiedzieli cos o roznicy miedzy religia katolicka a prawoslawiem czy protestantami i kosciolem anglikanskim… ludzie potem nie wiedza jak to wyglada i mysla ze caly swiat chrzescijanski to katolicy
U nas w szkole była taka możliwość, ale… nikt się na nią nie zapisał. To też świadczy o tych, którzy uznali, że nie zaszczycą katechety swoją obecnością na religii. :)
teoretycznie musi byc taka mozliwosc wszedzie ale dyrekcja szkol nie naglasnia takiej mozliwosci bo jezeli (nei daj boze) by sie ktos zapisal to trzeba by syzbciuchno zatrudnic nauczyciela etyki.. albo tejze etyki uczylby katecheta i kolko sie zamyka