Porwanie doskonałe
Witam, kochani. Przepraszam za tygodniową nieobecność, ale serwer nawalił i nie miałem na to żadnego wpływu. Spokojnie, niedługo i tak się przenosimy, ale wszystko w swoim czasie. Ażeby nie zanudzać Was jakimiś głębokimi refleksjami, wklejam krótki tekst, który napisałem przez ostatni długi weekend. Życzę miłej lektury i zapraszam do oceniania, so say we all!
***
PORWANIE DOSKONAŁE
AUTOR: KRZYSZTOF REWAK
24 listopada 1971,
PDX, Portland, Oregon
Chłodna i nieprzyjemna listopadowa pogoda straszyła za oknem międzynarodowego portu lotniczego w Portland. Jesienne popołudnia w Oregonie nigdy nie należały do najpiękniejszych, aktualnie na zewnątrz padał rzęsisty deszcz, a w oddali unosiła się gęsta, nieprzejrzana mgła, ale nic nie wskazywało, by jakiekolwiek loty miały być odwołane lub mocno opóźnione. Czterdziestoletni mężczyzna w czarnej, skórzanej kurtce wszedł przez automatycznie rozsuwane drzwi i rozejrzał się po obszernym terminalu. W oczy rzucała się jego starannie wyprasowana koszula ozdobiona czarnym, niby-żałobnym krawatem z nieczęsto widzianą spinką z masy perłowej, a także przeciwsłoneczne okulary nijak potrzebne w listopadzie.
Niewyraźny kobiecy głos z megafonów umieszczonych na kolumnach i pod sufitem oznajmił wszystkim zgromadzonym w terminalu turystom, iż lot trzysta pięć linii Northwest Orient wystartuje zgodnie z planem, co przyjęto do wiadomości z ogólnym zadowoleniem. Mężczyzna spojrzał na zegarek na prawej ręce, uśmiechnął się pod nosem i ruszył ku nowiutkiemu boeingowi 727-100, niosąc w lewej ręce czarną walizkę, którą nikt się nie przejął, której nikt nie skontrolował, której nikt nawet nie zauważył. To przeoczenie, a raczej brak odpowiednich procedur, mimo poprzednich zdarzeń, włączając w to słynne porwanie lotu 1320 sprzed półtora roku, sprawiło, iż lot trzysta pięć zostanie zapamiętany na zawsze jako arcyspektakularny wyczyn oraz przestępstwo doskonałe.
Niepognieciony, lecz skasowany bilet z nadrukowanym fałszywym nazwiskiem, kosztujący osiemnaście dolarów i pięćdziesiąt dwa centy, spoczywał w kieszeni czarnego płaszcza, nie wiedząc, że umożliwił wejście na pokład boeinga pragmatycznemu porywaczowi, który znał swój cel i doskonale wiedział, co robi. W samolocie panował standardowy spokój, który nikomu nie przypominał przysłowiowej ciszy przed burzą; ludzie powoli zajmowali swoje miejsca, gubiąc się bezustannie w kolejkach i nie mogąc przeczytać numeru własnego fotela nadrukowanego na bilecie. Florence Schaffner, jedna ze stewardess, młoda i niebrzydka blondynka z niebieskimi oczami i krótkimi włosami, spojrzała na przystojnego czterdziestolatka zajmującego miejsce osiemnaście ce; ten mrugnął, w jej odczuciu, zalotnie i wyciągnął spod połów czarnego płaszcza prostokątną karteczkę.
Da mi swój numer telefonu? – zadała sobie w myślach pytanie, po czym z profesjonalnym uśmiechem stewardessy podeszła do nieznajomego, odwzajemniła mrugnięcie i odwróciła się, by odsłużyć kolejną parę. To był jej błąd, bo mężczyzna, kulturalny dżentelmen, najwyraźniej chciał się przedstawić, a ona, taka głupia i nieobyta, zignorowała go. Brawo, Flo, dlatego nie masz żadnego faceta – przeleciało jej przez głowę, ale pasażer nachylił się nad jej prawym uchem, szepcząc:
- Nazywam się Daniel Benjamin Cooper – kto się przedstawia, podając obydwa imiona? zamyśliła się, ale pan Cooper szybko wyrwał ją z fantazjowania. – Powinna pani lepiej przyjrzeć się tej notatce – powiedział bez żadnych uczuć, po czym zrobił iście teatralną pauzę. – Mam bombę.
O kurwa! – Florence była zbyt przerażona, by cokolwiek przedostało się przez jej zaciśnięte gardło, ale nic nie zakłócało połączeń między neuronami, więc jej wybujała wyobraźnia szalała. Natychmiast zobaczyła czarną walizkę, skojarzyła wszystkie fakty i jeszcze bardziej pobladła. Wyciągnęła karteczkę z małej kieszonki i przeczytała napisaną pięknym pismem notatkę Coopera: W walizce mam bombę. Użyję jej jeśli będzie to konieczne. Chcę żebyś usiadła obok mnie. Zostaliście porwani. W odczuciu biednej Flo Schaffner był to początek jej końca.
- Cooper żąda dwustu tysięcy dolarów w nieoznaczonych banknotach – William Scott próbował przedstawić sytuację służbie kontroli ruchu powietrznego w Seattle. – Chce też czterech spadochronów, które zostaną mu przekazana na lotnisku SEA. W każdym innym wypadku… – Scott wziął głęboki oddech, przełknął ostentacyjnie ślinę, po czym kontynuował. – W każdym innym wypadku Cooper zdetonuje ładunki.
Gdy z kabiną pilotów skontaktowała się jedna ze stewardess, Flo Jakaśtam, nikt nie przeczuwał takiego obrotu sytuacji. Ot, zwykły lot, niczym nie wyróżniający się spośród dziesiątek odlotów z PDX; kapitan Scott spędził już tyle czasu w powietrzu, iż wszystkie czynności przychodziły mu naturalnie, a wszystko pokryło się niebezpieczną rutyną. Porwania samolotów dla okupu stały się w dzisiejszych czasach istną plagą, ale Will nie sądził, aby kiedykolwiek miałoby mu się to przydarzyć. Telewizja telewizją, ale przecież to była jego praca!
- Kapitanie Scott, tutaj Donald Nyrop – pilot natychmiastowo zorientował się, że rozmawia ze swoim przełożonym i to nie byle jakim. Nyrop był prezesem linii Northwest, czyli najwyżej położonym zwierzchnikiem jakiego można było sobie wyobrazić poza Bogiem, w którego zakres kompetencji wchodziło wszystko, włącznie ze strącaniem samolotów. – Kapitanie, skonsultowałem się z agentami Biura i muszę wydać rozkaz współpracy z porywaczem.
Współpracy? No bez jaj – pomyślał Scott, lecz był świadom powagi sytuacji, by nie wypowiadać tego na głos. Odesłał Schaffner do porywacza i kazał dyskretnie sprawdzić czy mężczyzna rzeczywiście ma ładunki wybuchowe. Ładnie by nas wszystkich załatwił, biorąc dwieście tysięcy, mając w walizce jakiś cholerny kilogram bananów. Stewardessa wróciła po kilku chwilach, a przerażenie w jej oczach dobitnie potwierdzało rzeczywistość zagrożenia ze strony Coopera.
- I jeszcze jedno… – łamanym głosem dodała po opisaniu czerwonych walców, licznych przewodów i wielkiej baterii. – Nie może pan lądować póki na lotnisko nie dostarczą wymaganego okupu – oświadczyła, powtarzając słowa porywacza. Napięta atmosfera w kabinie była całkowitym przeciwieństwem aury otaczającej przedział pasażerski, a przynajmniej miejsce 18C: Cooper w tej chwili siedział spokojnie w swoim fotelu, popijając burbona z limon-line sodą, za które nawet zapłacił i bawiąc się przypinką od krawata. Wszystko było pod jego kontrolą, nikt nie mógł nic zrobić, by nie narazić bezpieczeństwa ludzi i maszyny, a wkrótce miał dostać swoje dwieście tysięcy i zniknąć bez śladu… By rozpocząć nowe życie bez zmartwień i trosk.
17:20
Biały boeing siedem-dwa-siedem zatoczył kolejne koło nad zatoką Puget. W oddali widać było światła aglomeracji Seattle, gdzieś tam majaczyła potężna sylwetka góry Rainer, a Atlantyk rozpościerał się na resztę panoramy nieskończonością ciemnych hektolitrów wody. Na międzynarodowym lotnisku w Seattle panował nieopisany chaos spowodowany sytuacją związaną z Cooperem; agenci FBI i policjanci tłoczyli się na płycie, zastanawiając się jak rozwiązać zaistniały problem i czekając na telefony z góry.
Zebrane pieniądze w czarnych walizkach, równe dwieście tysięcy amerykańskich dolarów w banknotach o nominale dwadzieścia, właśnie wjechały na płytę lotniska w opancerzonym wozie. Mimo bezpośredniego polecenia od Coopera, by były one nieoznaczone, Biuro Śledcze zdecydowało się przepuścić wszystkie przez nowiuteńką maszynę sprowadzoną prosto z Langley. Recordak, bo tak brzmiał jej kryptonim, wykonał automatycznie mikrofilm z każdym banknotem, rejestrując wszystkie numery seryjne do późniejszego wglądu agentów Biura; ponadto, większość pieniędzy pochodziła z Los Angeles i została wydrukowana w 1969, a ich numery seryjne zaczynały się literą L, co miało ułatwić późniejsze ich wytropienie.
- Panie komisarzu, właśnie przyjechał transport ze spadochronami – zameldował młody policjant, który najwyraźniej pierwszy raz brał udział w tak poważnej akcji. Sprzęt początkowo miał być sprowadzony z wojskowej bazy lotnictwa w McChord, ale porywacz się na to nie zgodził. Chciał cywilnych spadochronów, koniec, kropka. Policja i FBI zmuszone było przeszukać całe Seattle, aż w końcu znalazły się w jakiejś starej szkole dla spadochroniarzy-amatorów. Komisarz zerknął na zegarek wskazujący siedemnastą dwadzieścia cztery. Piętnaście najdłuższych minut w jego życiu później, ktoś krzyknął:
- Nadlatuje! Skurwysyn zaraz wyląduje!
17:39
- Kapitanie Scott – Cooper zawsze zwracał się do wszystkich kulturalnie, z zachowaniem pełnej etykiety. – Proszę wylądować na najdalszym pasie, a pani, panno Mucklow – zwrócił się do jednej ze stewardess – zaraz po podkołowaniu przyciemni szyby – porywacz niewątpliwie bał się policyjnych snajperów, którym światło i rzucane cienie ułatwiłyby pracę. Lądowanie boeinga poszło zdumiewająco gładko jak na pilota mającego za sobą szaleńca z bombą… Chociaż, jakby popatrzeć na to z innej perspektywy, Dan Cooper był najmniej szalony spośród całej załogi i pasażerów.
Po niecałej minucie na płycie lądowiska pojawił się nieopancerzony, cywilny samochód, a bezimienny pracownik NWO trzymał na przednim siedzeniu żądane pieniądze i spadochrony.
- No, moi drodzy – rzekł Cooper przez wewnętrzny interkom – dziękuję serdecznie wszystkim za miłe towarzystwo i niesamowite opanowanie. Wszyscy mogą teraz opuścić pokład samolotu – na to dziwne polecenie pasażerowie feralnego lotu trzysta pięć odetchnęli z ulgą, ale porywacz nie skończył swojego monologu. – Kapitan Scott, panna Mucklow, pierwszy oficer Rataczak i mechanik pokładowy Anderson mają pozostać w maszynie – i dla nadania powagi swoim słowom, pokazał jeszcze raz materiały wybuchowe. Stewardessa Mucklow zeszła po przesyłkę od policji, jak to określił Cooper, po czym posłusznie wróciła na pokład ze spuszczoną głową i łzami w oczach. Daniel, widząc tę zapłakaną, bezradną i nie mającą żadnych nadziei kobietę, położył dłoń na jej ramieniu i rzekł spokojnie: – Kochana, nic ci się nie stanie. Obiecuję.
20:13
Głupcy, pomyślał Cooper, spoglądając na oddalające się światła miasta Seattle. Jakiś nadgorliwy urzędas z FAA, Michael Makhnik (a może Maknich? Machnik? cholera wie) chciał wytłumaczyć Danowi konsekwencje porywania samolotów i podszedł do drzwi, nieświadom ryzyka, na jakie wystawia całą załogę. Ponadto, jakiś spryciarz myślał, że instalując korek parowy w pompie paliwowej cysterny i opóźniając przepływ paliwa zyska coś na czasie. Oczywiście się mylił, a Cooper musiał kolejny raz przypominać, że ma mnóstwo wybuchających zabawek. Czy ludzie są naprawdę tacy głupi, czy tylko udają? Kapitan Scott wystartował pół godziny temu i boeing zmierzał teraz w stronę Meksyku.
Daniel Benjamin Cooper został sam w kabinie. Kazał pannie Mucklow przejść do następnego przedziału, a sam zaczął zakładać spadochron. Przeżegnał się, podniósł walizkę i przystąpił do procedury otwierania drzwi wyjściowych. Natychmiastowo włączył się interkom, a przerażony zaistniałą sytuacją kapitan Scott zapytał czy wysłać mechanika Andersona, który pomoże w usterce.
- Nie.
To była jedyna i ostatnia odpowiedź jaką usłyszeli od Daniela Coopera. W tym samym momencie mężczyzna opuścił schody ogonowe, kolejny raz się przeżegnał, po czym wyskoczył. Zmiana ciśnienia natychmiast została odnotowana przez instrumenty samolotu, jednak nikt nie mógł tego przewidzieć czy temu zapobiec. Panna Mucklow pobiegła natychmiast zamknąć klapę i zobaczyła pozostawioną przez Coopera walizkę z materiałami wybuchowymi.
- Dobry Boże… – załkała. Cała załoga, czyli cztery pozostałe na pokładzie osoby, wstrzymały oddech, czekając na nieunikniony koniec. Sekundy trwały eony, a minuty zdawały się ciągnąć w nieskończoność. Stewardessa w końcu nie wytrzymała napięcia, pokonała własny strach i spojrzała do wnętrza walizki. Przekonana, że zobaczy odliczający zegar, odetchnęła z ulgą i zapłakała ze szczęścia. Nigdy w życiu nie czuła się lepiej niż teraz, dwudziestego czwartego listopada o godzinie dwudziestej piętnaście. Dna Cooper rzeczywiście dotrzymał swojej ostatniej obietnicy, bo w walizce zostawił rozbrojoną bombę, zerwany kwiat i karteczkę ze starannie wykaligrafowanym słowem Przepraszam.
Gdzie i kiedy indziej.
Daniel Cooper wreszcie się przebudził.
Nie pamiętał lądowania, ale wiedział, że z pewnością wyskoczył z tego cholernego samolotu trzymając walizkę z pieniędzmi. Jednak teraz nie miał nic… nawet jego ubranie zniknęło. Otaczające go sterylne ściany też nie wyglądały na miłe, oregońskie pola. Gdzie jestem?, zapytał się w myślach, nie oczekując odpowiedzi.
- Witaj, Danielu Benjaminie Cooperze. To, co ci teraz opowiemy może wydawać się niewiarygodne, ale i tak zaraz o tym zapomnisz – zanim Dan zdążyłby cokolwiek odpowiedzieć, odziany na biało naukowiec, który niespodziewanie wtargnął do sali operacyjnej, kontynuował. – Zostałeś przeniesiony do przyszłości, by pomóc ją zmienić. Właśnie wstrzykujemy ci neurotransmiter, który umożliwi twojemu organizmowi wykorzystać więcej możliwości twojego mózgu, po czym wymażemy te wszystkie wspomnienia i prześlemy z powrotem w przeszłość.
- Ale… Nie, to niemożliwe.
- Niemożliwe to archaiczny zwrot z twoich czasów, Danielu – odpowiedział spokojnie, ale Dan przestał już go słuchać. Świat wokół niego zaczął wirować w białym świetle. Ostatnie słowa, które usłyszał brzmiały: Witaj w nowym świecie, Danielu.


- Autor: Krzysztof Rewak; 7 maja 2010
- w kategorii Eksperymenty twórcze
Komentarzy do wpisu: 12
-
Witam. Udało mi się dobrnąć do końca tego opowiadania i przyznam, że jest bardzo dobre. Cooper przypomina mi tych typowych złoczyńców, którzy mimo swojego „haniebnego” fachu, postępują zawsze z elegancją i kulturą.
Podoba mi się także zakończenie, który jest dla mnie najlepszą i najbardziej zaskakującą częścią opowiadania.
Będę się streszczać i dam ocenę 10/10. Ocena nie jest naciągana, ponieważ z przyjemnością się czyta to opowiadanie. -
Oh <3
To było miłe. I zabawne : D
O ile do końcowego akapitu było to zwykłe opowiadanie o Cooperze, to nawiązanie do 4400, oh, zmieniło je całkowicie. A wyszło świetnie. Właśnie na to liczyłem. Poznać Twój punkt widzenia na dalsze przygody słynnego porywacza.
Językowo też dobrze.
I plus za rasę aryjską, moja stewardesso <3 -
Opowiadanie wyjątkowo ciekawe. Historia wciąga, widać, że długo nad nim pracowałeś. Generalnie było w tym coś, co bardzo mi smakowało.
Zakończenie oryginalne, jeżeli chodzi o uczynienie Coopera wampirem rzeczywiście nie wyszłoby na dobre Twemu dziełu.
Czekam na kontynuację. -
Myślałem, że umarłeś xD
Więc już wiem o kim śpiewa Kid Rock w Bawitdabie ;)
Duży plus za 4400, ale „Poranek„ był lepszy ;)
-
Ale te nazwiska znajome ;> Scott, Cooper i tak dalej. Hmm!
-
Wreszcie powróciłeś Krzysiu i to z doskonałą historią. Jednak „Poranka” nie przebiła. Nazwiska znajome, zwłaszcza to jedno :D 4400 nie oglądałem do końca więc nawiązania nie widzę :P
-
@Karol_Hellruner, mówisz może o nowym „StarGate: Universe„? :)
-
Dokładnie tak. Jestem właśnie na 13 odcinku (w ciągu 3 dni łyknałem, byłoby szybciej, ale nie mam miejsca na dysku!) Świetna sprawa w ogóle, chyba się zaczyna rozkręcać, aczkolwiek do tej pory najlepszy odcinek to numer 8 ;D bodajże „Time” na planety gdzie jest dżungla i w ogóle.
-
4400 nie znam w ogóle, ale zakończenie bardzo fajne i tak w świetle problemów ze znalezieniem gościa.
Tak na marginesie, o ile pamiętam to te schodki pozostały otwarte do końca lotu i samolot lądując szorował nimi po asfalcie ;) No ale licentia poetica, niech będzie, dzięki niej pojawiło się w opowiadaniu kilka elementów stanowiących wartość dodaną :)












I jeszcze słów kilka w ramach erraty:
D. B. Cooper jest postacią historyczną i wszystkie opisane wydarzenia (no, poza ostatnim) są oparte na faktach. Mogłem ewentualnie dodać kilka akcentów, aby było ciekawiej, ale to wciąż prawdziwa historia, to wszystko zdarzyło się naprawdę, a Cooper stał się najsłynniejszym porywaczem samolotu w dziejach świata. Do dziś go nie odnaleziono, a nawet nie zidentyfikowano, dlatego jest takim dobrym materiałem dla autorów wszelkiej maści.
Ostatni akapit jest oczywiście pośrednim nawiązaniem do serialu The 4400. Ów neuroprzekaźnik to promycyna, a Daniel powrócił do 14 sierpnia 2004 wraz z 4399 innymi ludźmi, których porwano do przyszłości.
Tak, początkowo chciałem zrobić z Coopera wampira, ale… Czy tego już nie było?