
Czy przyjmuje dziś doktor House?
Nie, nie martwcie się, nie będę znów pisał o serialach, chociaż mam już szkic artykułu podsumowującego Zagubionych, aczkolwiek nasunął mi się inny temat… pomijając już fakt, że nie skończyłem jeszcze oglądać szóstego sezonu House’a. Jeżeli ktoś interesuje się moją skromną osobą w minimalnym stopniu, zauważył pewnie, że od środy praktycznie przestałem istnieć w wirtualnej, internetowej rzeczywistości (no, poza ćwierkaniem przez komórkę), a fizycznie trafiłem do – uwaga, długa nazwa – Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego w Legnicy. I dzięki temu niezbyt przyjemnemu doświadczeniu, mogę napisać dla odmiany artykuł skupiający się na mnie. No dobra, ale co się stało?
W środę, tuż po pierwszej lekcji, ogarnęło mnie ogólne osłabienie organizmu w stopniu uniemożliwiającym swobodne poruszanie się (ach, to niepanowanie nad własnymi nogami), co w kombinacji z niewielką gorączką, paskudnym kaszlem i alergią na wszystkie pylące rośliny, zakończyło się wizytą u pielęgniarki, transportem do rejonowej przychodni, a w końcu rajdem karetką do legnickiego szpitala. Chcę się pochwalić, że nie straciłem przytomności ani na sekundę, co jest podobno nie lada wyczynem w takim stanie. Żeby było śmieszniej, umieszczono mnie na pediatrii, gdyż pełnoletnim obywatelem będę dopiero za miesiąc (de facto, wyszło zdecydowanie na plus dla mnie, bo nie musiałem przebywać ze starcami z nie-wiadomo-jakimi chorobami). W szpitalu ostatni raz byłem bodajże w pierwszej klasie podstawówki, kiedy to wycinano mi wyrostek, więc nie miałem zielonego pojęcia, co mnie tak naprawdę czeka.
Na polski system szpitalnictwa narzekają wszyscy: pracownicy, zwykli pacjenci, redaktorzy wielkich pism, prezenterzy telewizyjni, a nawet politycy. A ja, wbrew wszystkiemu, muszę stwierdzić, że mój trzydniowy pobyt w WSzS w Legnicy nie był zły. Może rzeczywiście miałem nieopisane szczęście, może natrafiłem na jakiś niezdefiniowany splot zbiegów okoliczności (o ile takowe istnieją), ale dostałem świetną panią lekarz prowadzącą, niesamowicie przyjazne i kompetentne pielęgniarki i wszystko, czego było mi trzeba. Jedzenie, chyba wiadomo, jak to szpitalne, ale można było importować pożywienie z zewnątrz, więc jadałem naleśniki i smażone kartofelki. Badania? Zrobiono mi chyba wszystko, próbując zdiagnozować moją dziwną przypadłość, począwszy od badań krwi i moczu, poprzez EKG, spirometrię czy dno oka, a skończywszy na EEG i rezonansie magnetycznym. Najgorsze było chyba radzenie sobie z nudą, w czym skutecznie pomagała niezawodna empetrójka, Paragraf 22, krzyżówki oraz mnóstwo znajomych, którzy wpadali z wizytą albo dzwonili.
No, okej, co mi było? Godzinę po przyjeździe do szpitala funkcjonowałem już jak najnormalniejszy w świecie człowiek, bo wszystkie bóle i zawroty głowy zniknęły jak za dotknięcie magicznej różdżki. Leżałem sobie, chodząc w przerwach pokornie na wszystkie badania, by jakiś genialny umysł diagnostyczny połączył wszystkie poszlaki… Jednak okazało się, że to nie jest takie proste. Zarówno odczyty serca, płuc i mózgu wydają się być w stuprocentowym porządku, więc nie dało się dojść do przyczyn mojego zasłabnięcia. Najwyraźniej potrzeba nam doktora Grega House’a! Ale już mówiąc poważnie, w poniedziałek mam dalsze badania, by w końcu zdefiniować moją dolegliwość. Chciałem jeszcze tylko wspomnieć o dziwnej polityce odwiedzin szpitala, gdzie oficjalnie goście mogą przebywać na jego terenie jedynie w godzinach od czternastej do osiemnastej. W praktyce wyglądało to tak, że kumple bezproblemowo wchodzili nawet około dwunastej, a wychodzi o dziesiątej wieczorem; nie żebym narzekał, aczkolwiek wydało mi się to… przynajmniej dziwne.
Pozostaje mi w takim wypadku podziękować tylko wszystkim ludziom, którzy mnie odwiedzili przez te trzy dni (Magda, Kacper, Tomek, Łukasz, Olek, Patryk, Alan, Krzysztof, Grzesiek, Dawid, Paweł, Adam, Artur, wielkie dzięki), reszcie, która składała życzenia szybkiego powrotu do zdrowia telefonicznie, esemesami czy przez mobilnego Twittera, a także Wojtkowi, który stwierdził, że nauczy mnie to pokory. Przede wszystkim jednak chcę przesłać gorące podziękowania dla Kasi, a także życzyć natychmiastowego powrotu do zdrowia, gdyż biedna leży w szpitalu (wraca kwestia czy wierzymy w przeznaczenie czy też w zbiegi okoliczności) i konsolidowała się ze mną przez całe trzy dni w utrapieniach szpitalnictwa.


Jak byś zadzwonił, to też bym Cię odwiedził ; (
Heh, wyobraź sobie, że zdiagnozowano u mnie uczulenie, ale żaden lekarz nie potrafi powiedzieć na co. Byłem badany, nakłuwany i nic… tak już jest spory kawał czasu.
Niemniej życzę szybkiej diagnozy i leczenia. Choć z drugiej strony gdybyś miał trafić pod opiekę House’a? :D
Nie no. Wiedziałem, że zrobisz o tym wpis. :D
Ja sam w szpitalu byłem dwa razy. Za pierwszym razem gdy miałem 2 lata i gdy miałem 9 lat (tak samo w sprawie wyrostka, ale nic mi nie wycięli). Co do jedzenia szpitalnego, nigdy nie próbowałem, bo w wieku 9 lat, przez ten wyrostek, mogłem jeść kilka sucharów dziennie. :P
Nuda? Oooo, to samo miałem. W mojej sali był telewizor w którym działał tylko TVP 1, za które jeszcze trzeba było płacić. Jako, że akurat gdy byłem w szpitalu, miałem urodziny(18 czerwiec :D) dostałem jakąś książkę, ale z racji mojego szybkiego poziomu czytania, po paru godzinach ją w całości pochłonąłem. ^^
No i na koniec, życzę Ci, żeby wyjaśniła się sprawa z tą twoją dolegliwością i byś nie musiał po raz kolejny odwiedzać szpitala, z nowym przypadkiem. :)
Ja swój dość długi pobyt w szpitalu wspominam dość dobrze i jedyną rzeczą,na jaką narzekałam, to nie to,ze miałam pare metalowych szwów na głowie, a wyłącznie ubolewałam nad utratą włosów (byłam łysa jak kolano). Ogólnie jedzenie w jeleniogórskim szpitalu jest bardzo dobre, nawet lepsze niż na szkolnej stołówce,na której kiedyś, za czasów podstawówki,jadałam. Na personel ni narzekam, jednak środki przeciwbólowe mieli słabe. Obecnie jedyny kontakt ze szpitalem mam, gdy muszę chodzić na badania kontrolne u laryngologa, ubytek słuchu 40 dB na każdym uchu. No ale mogło być gorzej. A jazdy karetką są fajne, no niestety swojego własnego,nie pamiętam.
Tak, pamiętam jak w zeszłym roku sam trafiłem do szpitala z podobną (przynajmniej z opisu) dolegliwością, po prawie dwóch tygodniach pobytu na neurologii, nie udało się jednak stwierdzić cóż takiego mi się przytrafiło, życzę Ci by w Twoim przypadku było inaczej ;)
A ja nawet nie wiedziałem, że to coś poważnego, myślałem, że ledwo krótka wizyta ;>
Tak, spotkał Cie „jakiś niezdefiniowany splot zbiegów okoliczności” :P. Ja szpital na dłużej odwiedzałem trzy razy. Pierwszy raz, gdy leżałem w szpitalu stricte dziecięcym, nie było na co narzekać. Natomiast pobyty w „normalnych” placówkach to już katastrofa. Począwszy od łapuwkarstwa, przez które miałem operacje przekładaną najpierw o miesiąc, potem jeszcze o tydzień, a na koniec i o dzień, a skończywszy na „zajebistej” opiece pielęgniarskiej. Dobrze, że szpital ponoć najlepszy w kraju (Otwock FTW xD) , to mi łapsko dobrze złożyli chociaż :P.
Bo to nie było nic poważnego. :)
Jak tak patrze na opis to bym sie nie zgodził z Tobą :> no ale co ja tam wiem.
To toczeń.
Uuuu. Aq. Dobrze, że żyjesz. Widzimy się na DFach? Mam sprawę. Odezwij się na gg jak będziesz ;)
Ja w szpitalu leżałem raz. Mając 9 miesięcy, po poparzeniu gorącym mlekiem. Pobyt tam wspominam fatalnie; podejrzewam, że leżenie pół roku przywiązanym do łóżka nie wpływa zbyt fajnie na człowieka (wyłączając może przypadki wielbicieli praktyk sadomasochistycznych, ale chyba pół roku każdego by rozłożyło :P).
Aha, jeszcze jedno. Wtedy, w 1988, żaden kolega nie wpadł, nie napisał SMSa… Czułem się strasznie samotny. :P
No, nic. Życzę Ci nie tyle, abyś się dowiedział, cóż Cię tak zmogło, a żebyś się tego cholerstwa pozbył i by nie wracało. :D
Muszę przyznać, że nigdy nie leżałam w szpitalu, ale już wiele osób zdarzyło mi się odwiedzić.
Życzę Ci szybkiego powrotu do zdrowia :)