Naokoło Wieży

All Along the Watchtower to zdecydowanie moja ulubiona piosenka. Postanowiłem oddać hołd Bobowi Dylanowi i napisać krótkie opowiadanie bazujące lekko na jego dziele, mam nadzieję, że nie jest to łamanie prawa. Errata w pierwszym z góry komentarzu, gdyby ktoś nie załapał wszystkiego, a opinie i oceny, jak zwykle, mile widziane. Zatem zapraszam do czytania.

***

NAOKOŁO WIEŻY
AUTOR: KRZYSZTOF REWAK

     Musi być stąd jakieś wyjście…
     W pogrążonym w nieskończonej ciemności korytarzu unosił się słodki odór świeżej krwi. Tam, gdzie sekundę temu stało trzech mężczyzn pracujących jako specjalistyczna ochrona, w tym momencie leżały jedynie skórzane worki na kości. W jednej chwili przemienili się z kochających mężów, opiekuńczych ojców i troskliwych synów w truchła, które nigdy już nie przemówią, które nigdy nie wrócą do domu, które nigdy nawet nie pomyślą. Ich krew, powoli sącząca się z pojedynczych ran w centralnych punktach czaszek, leniwie zalewała idealnie czyste fugi między białymi kafelkami podłogi korytarza. Nawet jedyny świadek tejże smutnej sceny został unieszkodliwiony, gdy jeden z włamywaczy użył niezidentyfikowanej nowinki technicznej, która usmażyła całą elektronikę w przemysłowej kamerze umiejscowionej pod ścianą. W taki oto sposób spokojny korytarz stał się na dwie sekundy miejscem krwawej łaźni, by w ciągu kolejnej chwili powrócić do normalności.
     Wraz z końcem pracy kamery, w korytarzu zabrakło jedynego źródła światła, którym była migająca dioda stanu czuwania. Dwaj uzbrojeni mężczyźni, którzy czaili się teraz za sporych rozmiarów pojemnikiem na odpady chemiczne, byli przygotowani na ewentualność pogrążenia się w całkowitej ciemności, więc uprzednio zaopatrzyli się w nowoczesny sprzęt noktowizyjny, którego nie pozazdrościliby nawet agenci specjalnych służb. Wyższy z nich, ubrany w ciemnobrązową skórzaną kurtkę i trzymający glocka dziewiętnastkę w prawej ręce, upewnił się, że wszyscy strażnicy nie żyją, po czym wyłuskał z kieszeni największego kartę identyfikacyjną z unikatowym chipem. Szybki ruch kawałkiem plastiku pod czytnikiem wbudowanym w ścianę zainicjował sekwencję otwierania drzwi, których nie dałoby rady sforsować tradycyjnym sposobem.
     Oślepiające białe światło wydobywające się z otwartego pomieszczenia zalało miejsce zbrodni. Dopiero teraz można było zobaczyć bijącą w oczy sterylność korytarza, symetrycznie usytuowane panele odkażające i oświetlające, pojemniki oznaczone symbolami zagrożenia biologicznego, chemicznego i radioaktywnego, a także symbole na ścianach mówiące, że jest to wejście do Strefy A-23. Ciała strażników niszczyły tę laboratoryjną czystość, chociaż mogliby wyglądać na śpiących, gdyby nie wszechobecna, otaczająca ich krew.
     Po chwili korytarz znów zanurzył się w mroku, ale dwóch mężczyzn zniknęło. Strażnicy nie wypełnili swoich obowiązków, które mogły być jednymi z najważniejszych zadań na całym świecie. Do Wieży przedostało się dwóch morderców, którzy wiedzieli czego chcą i nie zawahali się użyć wszystkich dostępnych metod, by to zdobyć. Trzem mężczyznom leżącym w korytarzu już nic nie zaszkodzi, ale gdyby żyli, przeraziłoby ich to. A sam fakt, że szef się dowie o zaszłym wydarzeniu, mógł wskrzesić trupa, by znów go zabić ze strachu.
     Wieża przestała być bezpiecznym miejscem.

     Jest za dużo zamieszania…
     Pilnie strzeżone pomieszczenie laboratoryjne nazwane przez konstruktorów Strefą A Dwadzieścia Trzy, a przez pracujących tu naukowców Otchłanią, było stosunkowo niewielką salą. Z pozoru, wyglądem nie odbiegała od standardowego laboratorium fizycznego, jednak osoba biegła w fizycznych naukach, szczególnie wykształcona w astrofizyce lub fizyce kwantowej, mogła zauważyć niepokojące innowacje.
     Takimi osobami było niewątpliwie dwóch mężczyzn, którzy wdarli się do Wieży, pozostawiając za sobą kilkanaście trupów, mając na celu dostanie się do Otchłani. Wyższy, doktor Sam Baldwin, był wykładowcą na bostońskim MIT, a specjalizował się w zagadnieniach związanych z teoriami dotyczącymi neutrin i tachionów. Ze swoimi półdługimi, nieuczesanymi włosami, kilkudniowym zarostem i zawadiackim uśmiechem wyglądał raczej na awanturnika niż na znanego i szanowanego naukowca. Doktor Arthur Wilson zdecydowanie bardziej pasował do stereotypowego wizerunku fizyka, aczkolwiek jego Smith & Wesson w lewej dłoni i wojskowe wyposażenie szpiegowskie nie dawały żadnych złudzeń, że nie przybyli tutaj syntezować kwarków albo badać zachowania trójkolorowych barionów. Zresztą eksperymentowanie nad chromodynamiką kwantową było jedynie ich hobby, a tutaj czekała ich ciężka, choć bardzo ważna praca.
     Wbrew pozorom, do których niewątpliwie zaliczał się szlak z trupów pozostawiony wskroś całej Wieży, ci dwaj mężczyźni wcale nie byli złymi ludźmi, a śmierć jednostek była nieodzowną częścią planu, który miał na celu uratowanie świata. Ratować świat? Tak, dla Sama i Arthura również zabrzmiało to śmiesznie za pierwszy razem, kiedy umundurowany żołnierz z insygniami generalskimi przedstawił im zaistniałą sytuację. Był to generał Jonathan Cane, straszy człowiek pochodzący najpewniej z Teksasu, który gubił dźwięczność niektórych głosek i miał irytująco szczery uśmiech uwydatniający sztucznie implantowane zęby.
     - Nasz świat stoi na krawędzi zagłady – mówił wtedy spokojnie, podczas gdy naukowcy zastanawiali się, kto mógłby spłatać im takiego figla. Generał wydawał się być stuprocentowo poważny, a kiedy rozłożył plany budynków i szkice niezwykłych urządzeń, wszystko nabrało innego kontekstu. – Ktoś, najpewniej grupa byłych radzieckich naukowców, opracowała tę machinę i konstruuję ją na terenie Stanów Zjednoczonych. Jak widzicie, konsekwencje jej uruchomienia mogą być katastrofalne w wymiarze globalnym, a nasi ludzie nie są w stanie nawet myśleć o jej unieszkodliwieniu.
     I w taki oto sposób dwóch zwykłych doktorów stało się w jednej chwili wykonawcami zadań specjalnych na zlecenie Rządu Stanów Zjednoczonych. Otchłań była centralnym punktem Wieży, chociaż nikt nie zdawał sobie sprawy z jej istnienia. Prowadzono tutaj ściśle tajne eksperymenty, które mogły doprowadzić w najlepszym wypadku do armagedonu, gdyby tylko coś poszło nie tak. Samo wejście do Wieży nie było żadnym problemem, ale przedostanie się przez setki zabezpieczeń na czterdziestym czwartym piętrze stanowiło nie lada wyzwanie. Teraz, gdy formalności były za nimi, Sam i Arthur rozejrzeli się po sali.
     - Doktorze Baldwin, doktorze Wilson, witajcie. – Lufy S&W i glocka skierowały się natychmiast w stronę, z której dochodził zachrypnięty głos. Przy największym ekranie, po którym leniwie przesuwały się rzędy cyfr, siedział starszy mężczyzna, którego można by scharakteryzować w dwóch słowach: szalony naukowiec. Długie, siwe włosy najprawdopodobniej nigdy nawet nie uświadczyły grzebienia, zza grubych szkieł świeciły niemożliwe do opisania oczy, biały fartuch pogłębiał stereotyp naukowca, ale gestykulacja, sposób poruszania się i ogólna prezencja pasowały raczej do niezrównoważonego schizofrenika i genialnego w swoich ograniczeniach sawanta. Dziwnym grymasem powitał niespodziewających się go gości, po czym wyciągnął ręce w geście powitania. – Witajcie w moich skromnych progach.
     - Kim jesteś, do cholery? – krzyknął Baldwin, podchodząc z wyciągniętym przed siebie glockiem dziewiętnastką. Dane wywiadowcze mówiły, że o tej porze Otchłań będzie pusta, a na czterdziestym czwartym piętrze Wieży będą jedynie strażnicy. – Kim, kurwa, jesteś? – krzyknął jeszcze głośniej, przystawiając pistolet do twarzy mężczyzny.
     - Lepiej byłoby, gdybyś zapytał kim ty jesteś, Sam – odpowiedział spokojnie, patrząc Baldwinowi głęboko w oczy. Wilson okrążył go i spojrzał na ekran, zastanawiając się nad technologią użytą w jego produkcji; jeszcze nigdy nie widział tak skomplikowanej matrycy. – Arthurze, mógłbyś nie zaglądać w moje prywatne dane?
     Zanim ktokolwiek zdążyłby cokolwiek zrobić, doktor Wilson leżał na sterylnej posadzce, trzymając się za głowę i wrzeszcząc z bólu. W jednym momencie jego serce przestało bić, a mózg, przeciążony napływającymi zewsząd informacjami, najzwyczajniej w świecie się wyłączył.
     - Co mu zrobiłeś, skurwielu? – szepnął z przerażeniem Sam, nie wiedząc czy ma celować w szalonego naukowca czy w Arthura… W jego zwłoki, poprawił się automatycznie w myślach. To tylko zwłoki.
     Wszystkie światła zgasły, a Sam Baldwin stracił poczucie równowagi. Nogi ugięły się pod ciężarem jego własnego ciała, serce zwolniło, mięśnie zwiotczały, a mózg ograniczył swoją pracę do absolutnego minimum. Stało się coś złego, ale naukowiec nie był w stanie powiedzieć co to takiego. Ba, nawet nie mógł o tym spokojnie pomyśleć. Doktor Sam Baldwin tonął w ciemności i nic nie mógł na to poradzić.

     Nie mogę znaleźć ukojenia…
     - Sam… Sam… – niewyraźny głos wzbił się pond górami wyobraźni, z donośnym hukiem przedzierając się przez dzikie równiny imaginacji, by w końcu osiąść w dolinach snu, budząc bezbronnego trzydziestodwuletniego mężczyznę z nienaturalnego stanu balansowania między śpiączką a śmiercią. – Doktorze Baldwin, nic panu nie jest? – w pytaniu można było usłyszeć prawdziwą troskę, której natury Sam nie rozumiał. Pochylał się nad nim ten sam szalony naukowiec, który najwyraźniej jakimś sposobem doprowadził do śmierci Arthura. Szybka ocena sytuacji postawiła jeden wniosek: gdyby ten szaleniec chciał mojej śmierci, już dawno bym nie żył; tymczasem próbuje mnie ocucić, co znaczy, że coś nie poszło zgodnie z planem. I rzeczywiście, w błękitnych oczach naukowca widać było istotę przerażenia, wręcz kwintesencję strachu.
     - Dlaczego tak bardzo ci na mnie zależy? – zapytał Sam, kiedy już odzyskał władzę nad ciałem i umysłem, udało mu się wstać i usiąść pod ścianą. Rozmasowywał sobie skroń, starając nie patrzeć w stronę świeżych zwłok, które były kiedyś Arthurem. – Czy to wszystko jest twoim dziełem?
     - Żeby odpowiedzieć ci na to pytanie, musiałbym wytłumaczyć problemy związane z dylatacją czasu, sposoby praktycznego wykorzystania mionów, teorie, nad którymi nawet nigdy się nie zastanawiałeś.
     - Przejdź do rzeczy – przerwał mu zniecierpliwiony Sam.
     - Nie pojmiesz tego – stwierdził bezbarwnym głosem, jednak jego oczy były pełne smutku. – Nazywam się Samuel Baldwin i urodziłem się dwudziestego trzeciego września 1969 roku. Za dwadzieścia jeden lat doprowadzę do upadku cywilizacji człowieka poprzez swoje eksperymenty nad akceleratorem tachionowo-mionowym. W ramach odkupienia, chcę powstrzymać samego siebie przed zdobyciem wiedzy, która swój początek zawdzięcza laboratorium Otchłani.
     Każde inne stwierdzenie miałoby większy sens. Każdy inny argument bardziej przemówiłby do Sama. Każda inne wytłumaczenie byłoby bardziej racjonalne i łatwiejsze do uwierzenia. Teraz zaczynały do niego dochodzić wszystkie fakty, których nie zauważał albo nie dopuszczał ich do siebie. Ich oczy były w identycznym odcieniu błękitu, w tym samym, który odziedziczył po matce i który zawracał w głowach wielu kobiet. Pod prawym uchem, skrywana do tej pory pod włosami, biegła cienka blizna, której nabawił się podczas bijatyki w barze kilka lat temu.
     - Everett – powiedział starszy Sam po chwili ciszy, która ciągnęła się przez eony. – Everett miał zawsze rację.
     - Hugh Everett? Jego pseudonaukowa paplanina nigdy nie została udowodniona…
     - Zostanie!
     - Sugerujesz, że możesz zmienić przyszłość, zabijając mnie, a tym samym nie zabijając siebie? Alternatywne rzeczywistości to bzdura – krzyknął Sam z tego świata. – Co się wydarzyło, wydarzyło się i kropka. Nie zmienisz biegu historii, nawet będąc mną.
     - To może lepiej rozbrójmy tę bombę, okej? – rzucił luźno Samuel pochodzący rzekomo z przyszłości. Wyciągnął rękę do siebie sprzed kilkudziesięciu lat, ale trzydziestodwuletni naukowiec odmówił pomocy we wstawaniu. Konsoleta zaświeciła się na czerwono, gdy zainicjowali start systemów. – W mojej rzeczywistości to miejsce jest początkiem końca i chociaż zostało zniszczone na krótko przed moim odejściem, na zawsze pozostanie w pamięci wszystkich ludzi z mojego świata jako symbol apokalipsy.
     - Wieża? – zapytał Sam, a jego starsza kopia tylko smutno pokiwała głową.
     - Obie.

     - Nie ma się czym ekscytować, Sam.
     Równania, które pojawiały się na ekranach były odpowiedziami na wszystkie najważniejsze pytania fizyków z całego świata. To niemożliwe, by jedna osoba sama to wszystko opracowała… przynajmniej nie w tym czasie. Samuel wyjaśnił, że Otchłań musiała zostać skonstruowana przez ludzi z jego rzeczywistości, którzy chcieli przejąć władzę i tutaj. Przyszłość nie malowała się w różowych barwach, skoro była rządzona przez brutalna i potężną elitą, która zamknęła się w ostatnim mieście, odmawiając resztkom ludzkości jakichkolwiek zdobyczy technologii.
     Koniec świata został zapoczątkowany przez eksperyment, mający na celu wytworzenie mionów, które mogłyby egzystować dłużej niż te kilka mikrosekund. W założeniach miało to otworzyć pole do eksploatacji linii czasu, a nawet kilku, jednak pierwszy test akceleratora tachionowo-mionowego zakończył się tragedią. Wytworzone w wyniku nagłych zderzeń miony zmieniły swoje ładunki i orientację, co przełożyło się na wydłużenie ich czasu połowicznego rozpadu, co z kolei uwolniło niesamowitą energię. Eksplozja zmiotła pół kontynentu z mapy świata, a antymiony, które przedostały się do atmosfery wywołały niespotykane do tej pory załamania czasoprzestrzenne w wyniku których relatywna pozycja tamtej Ziemi we wszechświecie uległa zachwianiu.
     A w Otchłani najwyraźniej pracowano nad podobnych eksperymentem.
     - Zdalnie odłączymy akcelerator od zasilania i skasujemy wszystkie badania. Udało mi się już wyeliminować wszystkich stojących za tym projektem, ale będziemy musieli też zniszczyć fizycznie maszynę – stwierdził Samuel.
     - Gdzie się znajduje?
     - W mojej rzeczywistości została zbudowana jako oficjalny projekt Unii Europejskiej zgodnie z wszystkimi procedurami na zachodnim Kaukazie. Aczkolwiek teraz byłoby to niemożliwe ze względów politycznych, więc budowę rozpoczęto w północnej Rwandzie.
     - Dlaczego… – Sam chciał się zapytać jakim sposobem ich rzeczywistości różnią się tak diametralnie, ale szybko ugryzł się w język. Im dłużej się nad tym zastanawiał, tym lepiej zaczynał rozumieć teorię równoległych wymiarów i skoków między nimi. – Everett, tak?
     - Dokładnie… Gotowe – rzekł, wyłączając monitor. W tym samym momencie wyciągnął swój pistolet, którego Sam nie potrafiłby zidentyfikować i wycelował w głowę swojej młodszej kopii. – Przykro mi, Samie, ale jestem zmuszony uratować świat.
     Ale Sam był szybszy od Samuela. Glock szybciej się znalazł w jego ręce i szybciej wystrzelił niż futurystyczna broń rodem z Gwiezdnych wojen. Pocisk przebił ciało, kość i utkwił na dobre z mózgu. Ciało Samuela osunęło się i z głuchym łoskotem upadło na podłogę obok ciała Arthura.
     - Nie, starcze, nie zniszczę świata – powiedział do zwłok, po czym schował glocka za paskiem i ruszył w kierunku wyjścia. Spojrzał ostatni raz na ciało swojego przyjaciela, zastanawiając się nad poczuciem humoru ewentualnych omnipotencyjnych bytów. No, ale przeszedł już przez to, a proroctwa Samuela nie były jego przeznaczeniem, więc mógł wyjść z tej przeklętej Wieży i wrócić do swojego życia.
     Wychodząc z Otchłani, zerknął jeszcze na zegarek. Zbliżała się dziewiąta. Musiałem być nieprzytomny przez cały wieczór, pomyślał. Już późno, wypadałoby się położyć…

     Naokoło wieży…
     Gdzieś w oddali zawyła syrena karetki, ale nikt na nią nie zwrócił uwagi. Wieża oraz jej siostra bliźniaczka stały w centrum Nowego Jorku, a przechodzący pod nimi ludzie nie mieli zielonego pojęcia, co wydarzyło się na czterdziestym czwartym piętrze. Sam Baldwin, cały we krwi, zmęczony, ale usatysfakcjonowany, zjeżdżał właśnie pustą windą osobową na parter, by wreszcie wyjść z tej przeklętej Wieży.
     W oddali pojawiły się dwa boeingi 757 niczym dwóch nadciągających jeźdźców. Nikt się ich nie spodziewał, nikt nie wiedział, co zwiastują. W momencie, gdy pierwszy z nich uderzył w wieżę World Trade Center, świat zmienił się na zawsze. Sam nawet nie poczuł momentu swojej śmierci, nie był świadomy dlaczego jego dusza oderwała się do ciała, a jego ciało i kości zostały zgniecione przez tony metalu. Świat, który miał uratować, właśnie doszedł do punktu przełomu, a jedenasty września 2001 znów stał się początkiem końca pewnej ery.
     Wiatr zaczął smutno dąć…




Komentarzy do wpisu: 12



  1. Aquenral pisze:

    I tradycyjna errata…

    All Along the Watchtower to piosenka Boba Dylana, jednak bardziej znany jest cover Jimiego Hendriksa. Tak naprawdę nikt nie wie o czym ona opowiada, ale jest często wykorzystywana jako podkład muzyczny w filmach, między innymi spełniła bardzo ważną rolę w nowym Battlestarze. Tłumaczenie pojedynczych wersetów jest mojego autorstwa.

    Miony rzeczywiście mogą doprowadzać do zjawiska dylatacji czasu, ale z pewnością nie w takiej skali. W zasadzie jest to jeden, wielki technobełkot i pseudonauka, a moim zamierzeniem było ukazanie, że każdy może pochwalić się taką wiedzą. Problemy z akceleratorem i końcem świata to oczywiście nawiązanie do FlashForwarda, przenikanie się rzeczywistości pochodzi z Fringe’a, a motyw spotkania samego siebie z alternatywnej przyszłości bazuje na nowym Star Treku.

    Brutalna i potężna elita władająca światem do odniesienie do wizji Jordana Colliera z The 4400, a Otchłań nawiązuje do stacji o takiej samem nazwie w świecie Gwiezdnych wojen, która wydała na świat takie potwory jak Gwiazda Śmierci czy Pogromca Słońc.

    Hugh Everett naprawdę opublikował teorię paralelnych wszechświatów w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku.

  2. Daala pisze:

    Brawo,tylko tyle powiem. ^^

  3. Czy mi się wydaje czy zmieniłeś końcówkę? Wczoraj była inna, ale nie miałem jak skomentować ;d

    „Technobełkot” sprawia wrażenie prawdziwego, można w niego łatwo uwierzyć co jest plusem, chociaż nie mogłem załapać wszystkiego w rozmowie Sama z Samem ;p poza tym mrocznie się zaczyna i myślałem, że nasi fizyce będą „tymi złymi” na początku

    9/10: lepsze od Coopera, ale gorsze od wampirów

  4. Onoma94 pisze:

    Dobrze napisane, podobało mi się. Lubię taki bełkot pseudonaukowy. :D

  5. Daala pisze:

    Laboratorium Otchłani – to nie tam powstał Pogromca Słońc w „Powrocie Jedi”?

  6. No przecież Aq mówił, że odniesienia do Star Wars itp ;>

  7. Raith pisze:

    Bardzo fajne. No i te smaczki… Miód. Powinieneś pisać do jakiegoś pisma i brać za to kasę. ;)

  8. Azz pisze:

    wszystko fajnie ale brakuje mi tu czegos na przykład „ŁUP ŁUP ŁUP pająki zwaliły sie na siebie”… ale tak na powaznie to całkiem fajnie Ci to wyszło

  9. Asimmo pisze:

    Majstersztyk! Pierwsze zdania były jak film sensacyjny. Wplątanie w to wydarzeń z 11 września kompletnie mnie zaskoczyło. Pozytywnie. Techno-bełkot podany w sposób przystępny i lekki, a co najważniejsze nie było go dużo, co tylko wyostrza „smak” tego krótkiego dzieła. Moja ocena 10/10.

  10. Daala pisze:

    Hellu, ja wtedy byłam niezdolna do przyswajania jakichkolwiek informacji zawartych w tekscie.
    Fakt, Aq mówił,bądź pisał, o tych odniesieniach.
    Mój błąd. :P

  11. Darth Kamil pisze:

    Hmmm… tak drastycznie trochę :P
    Ładne opisy, nawiązania (w tym do SW <3) i Twój ciekawy styl pisania.
    Teraz czekam na jakieś opowiadanie ze świata Gwiezdnych Wojen. Coś o Sithach i grobowcach? : D

  12. Dawno temu obiecałem Aquenralowi, że czytnę i ocenię jego opowiadanie, a że obietnice należy spełniać… ;)

    Tekst jest napisany klimatycznie, bardzo dobrym stylem, no i ten wstęp – wspaniała sprawa. Co do fabuły i nawiązań… Cóż, ponieważ sam jestem „spaczony” uwielbieniem dla alternatywnych uniwersów, dylacji czasowych i technobełkotu (Fringe’a też :D), moja skrajnie nieobiektywna opinia brzmi: świetna robota! Mamy tu spójną i sensowną fabułę na temat trudny do przedstawienia w przysłowiowych „dwóch-trzech zdaniach”, co nie zawsze łatwo uzyskać w tak krótkim tekście; sam nieraz się z tym męczyłem.

    Ale gdybym nie był zafascynowany wyżej wskazanymi tematami i nie wyczaił wszystkich nawiązań… Nie wiem, wydaje mi się, że opowiadanie nie zostałoby tak dobrze przyjęte. Jakby nie było, mamy tu sporo oklepanych schematów wciśniętych w niewielką objętość i choć zakończenie jest mocne i zaskakujące, dużo lepszy efekt odniosłoby w jakimś dłuższym tekście. Tutaj wypada troszkę blado, i gdyby ktoś nie oglądał Fringe’a, pewnie machnąłby ręką i powiedział, że to WTC to takie niepotrzebne efekciarstwo ;)

    Ogólnie? Dla mnie to jest opko na 9,5/10, choć gdybym musiał być obiektywny, wystawiłbym pewnie coś w okolicach 7-8/10. Ale nie muszę być obiektywny :P

Trackbacki/Pingbacki

  1. Czego ostatnio słucham… 4th Part « Red Cress
  2. Naokoło Wieży « Red Cress

Zostaw odpowiedź


Licencja Creative Commons
Teksty autorstwa Krzysztofa Rewaka są dostępne na
licencji Creative Commons 3.0: Uznanie autorstwa.
Licencja Creative Commons
Ilustracje autorstwa Jana Wawrzyniaka są dostępne na
licencji Creative Commons 2.5: Uznanie autorstwa + Bez utworów zależnych.
Dziennik pokładowy Aquenrala stoi na silniku WordPressa od 2008 roku.
Aktualnie używany szablon: ManuEdian DynamicWP, tłumaczenie: perfecta.pro