Dni Fantastyki ’11
Tegoroczne Dni Fantastyki są już czwartymi na jakich byłem i skłamałbym, gdybym powiedział, że nie jest to mój ulubiony konwent. Była to pierwsza impreza tego typu na jakiej kiedykolwiek byłem (czerwiec ’08), to wtedy już poznałem sporo ludzi z fandomu, którzy przecież mimo wszystko stanowią bardzo ważną część mojego życia, a także były to wydarzenia, które po prostu ciepło wspominam. Już teraz przypominam, że nie uświadczycie na tym blogu typowej relacji, gdyż wolę raczej napisać podziękowania i podsumowanie moim okiem, więc wszystko poniżej będzie miało charakter sentymentalno-osobisty. Zero obiektywizmu – to chyba powinno być nowe motto Dziennika pokładowego… W każdy razie, tegoroczne DF-y odbyły się tradycyjnie w leśnickiej Szkole Podstawowej nr 51 oraz w Centrum Kultury Zamek w dniach 24-26 czerwca 2011 roku. Część oficjalna zawierała w sobie mnóstwo prelekcji, pokazów i konkursów, jednak pozwolę sobie skupić się na tej części, której na próżno byłoby szukać w informatorach, czyli fandomowej integracji, po którą przecież pojechałem do Wrocławia.
Na pierwszy ogień muszę powiedzieć o tym, że jestem dumny z bycia legniczaninem. Ekipa legnicka była chyba największa ze wszystkich, które przyjechały z innych miast, bo składała się z trzynastu osób, a już standardowo była głównym trzonem fandomowego festynu. Paradoksalnie to właśnie z nimi spędziłem najmniej czasu, ale powodem bynajmniej nie było to, że ich nie lubię czy się broń Boże wstydzę, ale raczej ogromna liczba osób niekiedy z drugiego końca Polski, z którymi nie widuję się przecież tak często. Kacper ładnie reprezentował naszą grupę jako lider, dobrze było zobaczyć znów Daniela i Wojtka w konwentowym żywiole, a jeszcze większą radość wszystkim sprawił Łukasz w stanie wystarczająco mocnego upojenia alkoholowej pierwszej nocy (na zawsze zapamiętam Twoją sztuczkę z ręką, która wyszła bez szwanku po przebiciu jej jednorazowym kubkiem). Tegoroczne DF-y były również pierwszym konwentem dla Magdy, Kamila, Tomka i Pawła, którym – mam nadzieję – się podobało i w przyszłości będą z uśmiechem na twarzy z nami jeździli, a także kolejną imprezą dla mojego brata, Tomka oraz Marcina, Wojtka i Krzysztofa, którego nie widziałem przecież półtora roku. Zdobyliście serce deefów grą, którą Steve Sansweet nazwał Jedi Drinking Game, a która najwyraźniej wpasowała się w gusta większej części fandomu i która z pewnością niejednokrotnie pojawi się tam, gdzie fani rozbiją się na kilka dni. To jak, podbijamy też tegorocznego StarForce’a w Toruniu?
Nawet nie umiem wyrazić jak bardzo się cieszę z tego, że wszyscy tak licznie stawili się we Wrocławiu, tym bardziej, że rzeczywiście z niektórymi widuję się stanowczo zbyt rzadko. Taką osobą jest chociażby Marcin, który nie tylko jest wspaniałym towarzyszem przygód, ale również niespełnionym artystą, który swoimi freskami niejednokrotnie ozdabiał twarz Michała, choć w tym roku obyło się bez znaczącej konkwisty. Takie złamanie wielowiekowej tradycji nie mogłoby ujść płazem, gdyby nie okazało się, że są inne ofiary markerowej sztuki konwentowej – chociażby Patryk, który zapewne został fanem karmazynowego koloru na swoich paznokciach (na szczęście obyło się bez powtórki zeszłorocznej wycieczki do fabryki czekolady Willy’ego Wonki). A skoro już jesteśmy przy głównym trzonie konwentu – a przynajmniej dla mnie to właśnie są najważniejsze osoby – zasługiwałbym na pożarcie przez ptaki kiwi, gdybym nie podziękował wszystkim innym, bez których leśnicka impreza byłaby niczym. Tyczy się to oczywiście Mateusza (mimo, iż drugiej nocy nie pozwoliłeś mi spokojnie spać, dalej będę pamiętał jeden z największych komplementów jakie ktoś mi powiedział w życiu), Amadeusza, Tymoteusza (który podobno miał się nie pojawić w ogóle we Wrocławiu), Jana, braci Wieczorków oraz Michała (ostatecznie nie wypiliśmy tego barszczu, koleżko). Jeszcze pozwolę sobie zauważyć, że w tym roku umarła tradycja pokonwentowego dziękowania osobom, więc chyba tylko ja ją jeszcze będe kontynuował… Zresztą myślę, że wszyscy są tego warci.
Muszę obowiązkowo wspomnieć o chłopakach z Bydgoszczy, którzy w pewnym sensie mnie adoptowali albo chociaż przygarnęli, jeżeli boimy się odważnych słów, podczas śniadań (poczęstowali też chlebem i serkiem!) i nudniejszych części dnia na Zamku, kiedy to mogłem rozbić się z nimi przy stoisku z koszulkami Endymionu Daniela. Cieszę się też, że ktoś potrafi wciąż docenić kunszt tureckich czempionów kinematografii i mogliśmy sobie porozmawiać o naszym ulubionym filmie jakim jest nieśmiertelny Człowiek, który uratował świat. Wreszcie udało mi się dłużej pogawędzić z Radkiem, a wielkie podziękowania składam publicznie Hubertowi, który popiera moją sprawę odnośnie Gry o Tron… A skoro już o tym mowa, wciąż upieram się przy swoim i śmiem znów powtórzyć, że mogę sobie krytykować coś, co mi się nie podoba – nawet jeżeli miałbym narazić się Poznaniowi, który niekoniecznie ciepło przyjął moją opinię. Wielki buziak leci w kierunku Natalki, chociaż chciała odebrać moją duszę Pocałunkiem Śmierci dementorów, ale także okazała się wspaniałą towarzyszką do rozmów późnym wieczorem. Pozwolę sobie teraz przytoczyć pewną ciekawą informację: mianowicie w ankiecie Familiady na pytanie Kogo nie lubisz?, aż 99% ankietowanych odpowiedziało Burzola, a pozostały jeden procent – Donalda Tuska. Teraz mogę otwarcie powiedzieć, że to spisek żydów i masonów, a Bartka bardzo lubię! Za to Mateuszowi nie podziękuję, bo dostrzegam jakieś knucie przeciwko mojej osobie z jego strony, o!
Dalsze podziękowania (a raczej jakkolwiek to brzmi po niemiecku) należą się z pewnością mojej ulubionej szwabskiej parze, czyli Marcie i Radkowi, którzy byli niezłymi konkurentami w serialowych konkursach – szkoda, że nie zostaliście z nami na fajerflajówce, by pokłócić się trochę z Ćwiekiem. Dziękuję też za podpisanie książki i muszę przyznać, że to pierwsza powieść z autografem (po niemiecku!) na moich półkach i nie interesuje mnie fakt, iż podpis nie pochodzi od autora. A skoro jesteśmy już przy parach, ślę buziaki do Kasi i Michała oraz Izy i Karola, którzy kolejny raz zorganizowali świetny konwent. Tylko powiedzcie mi, kochani, dlaczego dopiero po fakcie dowiedziałem się, że nasz Łedż zaczął pić alkohol? Świetnie było znowu, choćby na krótko, pogadać z Michałem, Maciejem, Darią, drugim Maciejem czy Olkiem… Zresztą z wszystkimi wrocławiakami, którzy licznie zasilili zastępy konwentowiczów w Leśnicy. Cieszę się, że miałem możliwość pogawędzić trochę z Michałem i Maćkiem, bo dobrej rozmowy nigdy nie za wiele.
Bardzo miło było mi poznać skromną ekipę z Łodzi (choć tybetański lis pustynny nie był z nich raczej zadowolony), nawet mimo tego, że nie wiedzieli jaka rzeka płynie przez Kaczawę. Dagmara i Patryk zdołali nawet wygrać nasz konkurs o BSG, na którego pytań nie znałem odpowiedzi, więc myślę, że to dobrze o nich świadczy… Nawet, jeżeli musiałem się za nimi pół dnia uganiać, by wręczyć nagrodę. Miłym człowiekiem również okazał się Igor (okazuje się, że nie jest to wcale rosyjskie imię, lecz typowe dla naszych południowych sąsiadów), który opiekował się salą bloku sci-fi, w której to dużo czasu spędziłem w porównaniu do reszty Zamku. Przyznam w tym momencie, że wymienianie wszystkich jest straszne, ale przecież nie poddam się w połowie, prawda? Ktoś w końcu musi to zrobić, więc kolejną osobą, o której wspomnę będzie Srdjan, który nawet tak bardzo nie opieprzył mnie i Hani za ostatni zanik naszej aktywności na SWEx. Miło było też poznać chłopaków z Radomia (choć udało mi się zapamiętać jedynie imię Szymona, który myślał, że rzeczywiście mój nick brzmi Kapitan Młot), którzy przyjechali z drugiego końca Polski, tak samo jak Mateusz ze swoimi pobratymcami z odległego Olsztyna. Justyna, Marlena i Rafał reprezentowali Szwecję, a tego ostatniego nie poznałem bez charakterystycznej brody, więc należą się chyba przeprosiny; mimo to, dobrze było znów Was zobaczyć, kochani.
Kto tam dalej…? Wreszcie udało mi się jakoś dłużej porozmawiać z Marcinem, który zaoferował też nocleg w Bielsku podczas mojego planowego na sierpień tour de fandom za co jestem wielce wdzięczny. Bardzo cieszę się też, że znów mogłem spotkać się z Wojtkiem (trzeba było przyjeżdżać z Anią!) i Radkiem, a także z Marzeną (obym się nie pomylił przy imieniu) i Pawłem, jednocześnie ubolewam, iż nie pojawił się użytkownik Tremayne. Nie miałem nawet czasu, aby poplotkować z Marcinem i resztą krakowian, ale myślę, że to wkrótce jakoś nadrobię, rzeszowiaków nawet chyba nie spotkałem na szkolnych korytarzach, a z Torunia to jedynie z Pawłem spędziłem trochę czasu (warto wspomnieć, że jest on manifestacją gry Dragones Drank na naszym świecie), by znów dowiedzieć się, że jestem ponoć jedyna porządną osobą z Legnicy. Muszę też wymienić Karola i Jarka, którzy pojawili się w ostatni dzień, ale i tak było miło znów zobaczyć ich uśmiechnięte twarze, a także Kamilę i Ewę, którym przeszkadzałem pół sobotniego popołudnia przy stoliku informacyjnym konwentu… A jeżeli już mówimy o przeszkadzaniu, okazuje się, że ochrona Zamku z Michałem na czele to całkiem mili i porządni ludzie, z którymi można spokojnie pogadać o wszelakich głupotach – dlaczego nigdy o tym wcześniej nie wiedziałem?
Myślę i mam nadzieję, że wymieniłem wszystkich, z którymi świetnie bawiłem się przez te trzy dni ubiegłego weekendu… Jeżeli kogoś brakuje, zwalcie to na moje problemy z pamięcią, bo któż by spamiętał taką masę ludzi, którzy przewinęli się przez Zamek i szkołę – z pewnością nikogo nie pominąłem celowo, ale i tak na wszelki wypadek podziękuję za konwent, nawet jeżeli się tutaj nie pojawiliście. To były moje czwarte deefy i niestety nie mogę się zgodzić z opinia Daniela jakoby była to najlepsza edycja tego konwentu, a nawet najlepszy konwent w ogóle. Często się słyszy takie opinie świeżo po imprezie, to samo było po zeszłorocznym StarForsie, ale tutaj zabrakło mi czegoś, choć znów nie potrafię dokładnie sprecyzować czego. Ludzie dopisali, było mnóstwo świetnych akcji, a wesoła atmosfera udzielała się chyba każdemu, jednak… Jednak co? Nie będę tutaj przywoływał nocnych problemów z panią z Zamku czy też beznadziejnego usytuowania sal sci-fi/SW, bo przecież na konwent jedzie się dla ludzi, a nie dla programu, więc nie wpłynęło to na moją oceną. Szkoda, że w przyszłym roku nie będziemy mieli Dni Fantastyki w takiej formie jaką znamy i kochamy, a i podobno szanse na zorganizowanie Tatooine III maleją, przez co to był chyba mój ostatni konwent w Leśnicy. A szkoda, bo zdążyłem pokochać już tam wszystko, począwszy od zamkowych błoni, poprzez bar mleczny, a skończywszy nawet na drewnianych peronach na dworcu. No i zawsze mieliśmy najbliżej, a teraz będziemy musieli się pewnie tłuc pół Polski na jakikolwiek konwent… Ale czy będzie mi się wtedy chciało?



- Autor: Krzysztof Rewak; 29 czerwca 2011
- w kategorii Fandom i inne przekleństwa
- otagowano jako Dni Fantastyki, fandom, Gwiezdne wojny, konwenty, Legnica, Leśnica, podziękowania, Wrocław
Komentarzy do wpisu: 11
-
A ten jak zwykle każdemu po imieniu :P Ciekaw jestem jak byś sobie poradził gdyby facebooka nie było :P
-
„przez co to był chyba mój ostatni konwent w Leśnicy” mam nadzieję ze CHYBA jest w tym zdaniu słowem kluczem…
-
Kim, do cholery, są ci ludzie, o których pisałeś? :/
-
Najeżdżam na Radka z Katowic i nic mi się nie pojawia! : /
-
Ja najeżdżam na siebie i nic się nie pojawia xD













Bardzo fajny text ;) Nawet jestem z imienia wymieniony :D. W sumie nie dziwię się, że było was z Legnicy najwięcej, skoro mieliście 40 minut pociągiem ;) Moja relacja, na moim blogu ;)