img

To już koniec

Bacznie obserwując niemrawy ruch ludzkiej idei w głębokich trzewiach internetu, człowiek zastanawia się czasami skąd biorą się wszystkie szaleństwa opanowujące powoli cyberprzestrzeń. Wystarczy, że ktoś wrzuci obraz Jana Matejki z zabawnym, choć wulgarnym podpisem – następnego dnia pojawiają się setki duplikatów, najczęściej marnej jakości. Kto inny rzuci całkowicie niezrozumiałym dla mnie hasłem – inni podbierają pomysł i można wymiotować czymś, co początkowo może i było zabawne, lecz internet oczywiście musiał doprowadzić do maksymalnego przesycenia. Do czego zmierzam? Przecież nie ma sensu krytykowanie takowych sytuacji, bo będą się powtarzały tak długo jak tylko będzie funkcjonowała sieć… Zmierzam do ciekawej obserwacji jakiej dokonałem, a która uwypukla ciekawą stronę polskich internautów: zauważyliście, że ostatnimi czasy modnepowroty do przeszłości? A może dokładniejszym określeniem będzie powrót do młodości, szczególnie dla ludzi, którzy urodzili się dwie dekady temu? Na półkach polskich sklepów po kilku latach pojawiło się Frugo – niby zwykły napój, ale wywołuje tyle wspomnień wśród tylu moich znajomych. Na ekrany kin wkrótce wraca Król Lew – kreskówka z dzieciństwa, a mało kto przechodzi obok tej informacji obojętnie, nawet mimo oczywistości jaką jest chęć zarobienia na dodatkowych seansach w trójwymiarze…

… ale to nie kolorowe napoje w szklanych butelkach czy kreskówkowe lwy przywołały najlepsze momenty mojego dzieciństwa – dzieciństwa, które drzemało sobie gdzieś głęboko we mnie, czekając na bodziec, który je obudzi…

Harry Potter brzmi dla niektórych głupio, śmiesznie i kojarzy się wyłącznie z książeczkami dla dzieci. Śmiem twierdzić, że to właśnie te osoby są głupie, śmieszne i powinny czytać literaturę dziecięcą, gdyż najczęściej nie mają zielonego pojęcia o czym mówią. Cykl książek J. K. Rowling nie jest zwykłą serią, którą raz się przeczyta i odłoży – nawiązując do słów znanego w internecie księdza z Małopolski, po lekturze przygód młodego czarodzieja zawsze pozostanie pewnego rodzaju wciśnięcie. Harry Potter to fenomen, który towarzyszył mi, a może raczej tkwił we mnie przez ostatnie dziesięć lat, czasami intensywniej, czasami mniej, jednak wciąż był częścią mojego życia. Nie wstydzę się powiedzieć publicznie, że dorastałem z Harrym Potterem i w rzeczywistości nie mija się to daleko z prawdą: zaczynałem czytać Kamień Filozoficzny w wieku jakichś dziesięciu lat, a kończyłem Insygnia Śmierci mając lat piętnaście z hakiem, czyli mniej więcej dopasowałem się w wiek głównego bohatera. Nie umiem nawet powiedzieć w jakim stopniu te książki wpłynęły na mnie i jak wyglądałoby moje życie bez nich, ale z pewnością byłoby ono o wiele, wiele uboższe emocjonalnie. Nawet teraz, gdy minęło kilka lat od tego wszystkiego, od całego medialnego szumu, od fazy, w której czytanie Pottera było modne, lubię wrócić do którejś z książek, najlepiej jednej z późniejszych i zanurzyć się głęboko w pięknie wykreowanym świecie pani Rowling.

Czekaliście w wieku jedenastu lat na sowę z Hogwartu? Ja czekałem i choć miałem pełną świadomość, że nigdy nie dostanę magicznego listu i będę musiał wciąż uczęszczać do Szkoły Podstawowej nr 19 w Legnicy, uważam to za jedno z najpiękniejszych wspomnień z dzieciństwa. To były też pierwsze książki, które kupowałem w dniu premiery i trochę żałuję, że nigdy nie zależało mi na odwiedzeniu księgarni o północy, co z pewnością wryłoby mi się głęboko w pamięć. Pamiętam natomiast moment, gdy skończyłem pierwszy raz czytać Zakon Feniksa – nigdy wcześniej żadna powieść nie poruszyła mnie w takim stopniu i wydawało mi się, że już żadna tego nie zrobi, lecz wraz z Syriuszem odszedł później Dumbledore w Księciu Półkrwi, a Insygnia Śmierci znów mnie wzruszyły, choć chyba bardziej poprzez wzgląd na zakończenie. Oj tak, 26 stycznia 2008 roku, wraz z premierą ostatniego tomu przygód młodego czarodzieja, zakończyła się dla mnie pewna epoka, do której pewnie będę zawsze chciał wrócić, wiedząc, że to mimo wszystko niemożliwe.

Na filmowej drugiej części Insygniów Śmierci byłem w kinie dwukrotnie i cieszę się, że zakończyłem to w ładny sposób. Dzięki Marcinowi i Agnieszce, wybrałem się na północną premierę w gdańskim Cinemy City, bo pewnie w innym wypadku nie chciałoby mi się ruszać na takie wydarzenie w Legnicy. Szczerze mówiąc, byłem bardziej niż lekko rozczarowany poprzednimi ekranizacjami, więc nastawiałem się negatywnie, nie oczekując niczego dobrego. Pierwsza część podzielonych Insygniów niby była lepsza od tragicznego Księcia Półkrwi, jednak coś podpowiadało mi, że tym razem znów dostaniemy gniot, który nie powinien nawet dzielić tytułu ze świetną książką… Nawet nie wiecie jak się ucieszyłem, że się myliłem.

Już w Sopocie włączyła nam się mocna faza fascynacji światem Pottera, więc wraz z Marcinem wystrugaliśmy sobie różdżki, a internetowa encyklopedia dotycząca twórczości Rowling nie zamykała się przez cały dzień. Agnieszka na dodatek później przyozdobiła nasze przedramiona pięknymi Mrocznymi Znakami, więc na premierę ruszyliśmy jako śmierciożercy Rookwood, Lestrange i Dołohow. Najlepsze w tym wszystkim było to, że czwórka dorosłych ludzi z namalowanymi markerem insygniami Czarnego Pana na te kilka godzin przemieniła się w czwórkę dzieci, które z upragnieniem czekają na najnowszego Pottera w kinie. Czy to coś złego? Myślę, że wręcz przeciwnie. Jako sentymentalny drań, nie powiem, że finał ekranizacji mnie nie poruszył, bo przy scenach obrony zamku czy nawet przy wspomnieniach Snape’a miałem gęsią skórkę, a w gardle wielką kluchę. Takim oto sposobem był to pierwszy film z serii, który mnie jakkolwiek wzruszył i poruszył, więc chyba automatycznie powinien zostać nazwany najlepszym… Ale to zweryfikuję jeszcze kiedyś, gdy obejrzę jeszcze raz wszystkie.

Harry Potter może sobie być fantastyką razem z tymi wszystkimi smokami, zaklęciami, sklątkami tylnowybuchowymi, latajacymi miotłami, hipogryfami i czarodziejami, ale ma w sobie jeden element, którego autentyczności nie podważy nikt, kto dzielił dzieciństwo z tymi książkami. Każdy tom, każda okładka, każdy rozdział, każda jedna strona i nawet każda pojedyncza litera – wszystkie są przesiąknięte magią, najprawdziwszą i najczystszą magią. I nie mówię tutaj o alohomorach czy innych avadach kedavrach, ale o tym czarodziejskim składniku, który potrafił ożywić naszą wyobraźnię… Który związał nas z bohaterami, który zrobił z nich osoby nam bliskie… Który nie zmusił, a raczej zachęcił setki tysięcy dzieci do czytania książek zamiast grania w kolejne gry komputerowe… Który zdefiniował wielką część mojego dzieciństwa i za który serdecznie dziękuję pani Rowling, mając nadzieję, że w przyszłości moje dzieci również zostaną w ten sam sposób oczarowane opowieścią o chłopcu, który przeżył.




Komentarzy do wpisu: 6



  1. ogór pisze:

    Ja bardzo dobrze, wiem, że z „Króla Lwa” w wersji trójwymiarowej chcą, ale powiedz mi czy mając żonę, dziecko i bardzo dobrze płatną pracę, nie tęskniłbyś mimo wszystko za dzieciństwem? Ja się tym jaram, bo ta bajka to jedno z najlepszych wspomnień z mojego dzieciństwa ;)

    A co do Harry’ego, to cieszę się, że zaczynałem czytać książki gdy nie było to jeszcze na tyle popularne w naszym kraju. A to wszystko za sprawą mojej mamy, która często przynosiła książki do domu ;) W kinie byłem na pierwszej części i na obu częściach Insygnii. Fakt, może to już nie było to samo co kiedyś, gdy byłem mały, ale jakiś sentyment pozostanie ze mną na zawsze, jeśli chodzi o małego czarodzieja ;)

  2. Prezi pisze:

    Druga część „Insygniów” była całkiem dobra jak na tego reżysera, chociaż moim zdaniem gorsza od części pierwszej. Czegoś po prostu zabrakło, trochę rozczarował mnie Voldemort, który cierpiał, szalał i zabijał kogo popadnie. Zastanawia mnie czy brał te same proszki, co pewien polski polityk, czy po prostu świadomość, że główny bohater wie o jego horkruksach wprawiała go w taki obłęd? To nie był ten sam wykalkulowany Voldemort co kiedyś, tylko psychopata, jak ten Breivik z Norwegii. Chociaż śmierć Czarnego Pana bardzo mnie zasmuciła.

    Na list nie czekałem, chociaż chętnie wybrałbym się do takiej szkoły. Takie czarowanie z pewnością ułatwiłoby szare jak papier toaletowy życie. No ale żyjemy w realnym świecie i po dwóch setach wódki magii nie uświadczymy.

  3. Azzedar pisze:

    Może nie skromnie powiem że znam te książki praktycznie na pamieć (bo kto wie w którym roku urodził sie harry?) i zawsze bede do niech wracał z pewnym sentymentem bo smiało moge powiedzieć ze jestem człowiekiem z pokolenia HP…
    Co do sentymentów i do powracania do rzeczy z młodości właśnie wróciłem do Wiedźmina, bo kto nie chciał by zabijać potworów za pieniądze?

    • Mors pisze:

      Bez spoglądania do książki stwierdzam : to chyba 1980 lipiec 31? Albo rok w tą czy w tą stronę ;) Co do samego wpisu, ja wbrew tej transcendentalnej nostalgii, nie czuję tego „To Już Koniec”. Różnej maści fanficki wciąż powstają (ba, nawet sam się w tą grafomańską stronę realizuję), a Rowling wciąż zapowiada kolejne projekty. Ale zgodzę się, że świetnie jest wzrastać z jakimś projektem, szczególnie takim jak Harry Potter.

  4. Strid pisze:

    Cóż, mnie osobiście „Harry Potter” nigdy nie ruszył. Przez pierwszy tom ledwo przebrnąłem ale cóż, nie mój klimat i tyle. Jednego ci jednak chyba mogę zazdrościć – Harrego ponoć oddano w filmach sensownie a „TransFormersy” z mojego dzieciństwa spieprzono kompletnie :P

  5. Gajowy pisze:

    Jeśli chodzi o ekranizacje to zatrzymałem zaraz na starcie, oglądając dwa pierwsze filmy, których wspomnienie ociepliło się z czasem. Całkiem bajkowy klimat początków przygód w Hogwarcie!

    Później była długa przerwa, po czym dość podstępnie zostałem wyciągnięty na tzw. Pierwszą Część Siódmej Części, co uznałem za moją ogromną słabość i błąd, a następnie obiecałem sobie uroczyście że… więcej filmowego Pottera nie tknę.

    Twój wpis to kolejne słowa pochwalające ostatnią filmową część Pottera z jakimi się spotykam. Nieco mnie to intryguje… Kto wie, może ktoś kiedyś mnie przekona do złamania danej sobie obietnicy?

    Na koniec taka ciekawostka ogólnopotterowska. Nigdy nie nauczyłem się nazywać głównego antagonisty po imieniu. Dla mnie to zawsze był i chyba będzie Czarny Pan.

Trackbacki/Pingbacki

  1. Hakuna Matata! « Moje Dziwne Zapiski

Zostaw odpowiedź


Licencja Creative Commons
Teksty autorstwa Krzysztofa Rewaka są dostępne na
licencji Creative Commons 3.0: Uznanie autorstwa.
Licencja Creative Commons
Ilustracje autorstwa Jana Wawrzyniaka są dostępne na
licencji Creative Commons 2.5: Uznanie autorstwa + Bez utworów zależnych.
Dziennik pokładowy Aquenrala stoi na silniku WordPressa od 2008 roku.
Aktualnie używany szablon: ManuEdian DynamicWP, tłumaczenie: perfecta.pro