Wybory tuż-tuż

Wybory nieuchronnie się zbliżają, pogłębiając jedynie moje rozdrażnienie niemożnością oddania w nich głosu, rząd zdecydowanie odmawia wprowadzenia stanu wyjątkowego, który pomógłby powodzianom, ale także odłożyłby termin głosowania, a sieć już huczy od przewidywań wyników. Na jaką stronę bym nie zajrzał, tam inne sondaże, inne wyniki, inne twarze na prowadzeniu; czasem jest to Komorowski, niekiedy Kaczyński, bywa nawet Korwin-Mikke. Mój brat znalazł wczoraj ciekawą stronę z tak zwanym testem wyborczym, który zadaje nam tendencyjne pytania, po czym generuje listę kandydatów, z którymi nasze przekonania najbardziej się pokrywają. Nie ukrywam, że bardzo mnie to zaintrygowało i nie mogłem przepuścić okazji do potwierdzenia własnych poglądów politycznych. Szczerze mówiąc, rozwiązywanie testu zajęło mi trochę czasu, bo niektóre pytania mnie, mówiąc kolokwialnie, zagięły, ale w końcu wynik wyszedł taki, jaki chciałem.

Na skróty…

Napieralski: 90.38%
Ziętek 80.77%
Pawlak 76.92%
Lepper 73.08%
Morawiecki 69.23%
Olechowski 65.38%
Kaczyński 63.46%
Komorowski 57.69%
Jurek 57.69%
Korwin-Mikke 38.46%

Dziewiędziesięcioprocentowa zgodność z programem Grzegorza Napieralskiego jakoś mnie nie zaskoczyła, a zaraz przedstawię swoje wszystkie odpowiedzi w teście. Korwin-Mikke i Marek Jurek na samym dole również nie byli dla mnie zaskoczeniem, w przeciwieństwie do Bogusława Ziętka, który jest dla mnie jedną wielką niewiadomą tych wyborów. I to wcale nie dlatego, że ma jakiekolwiek szanse na wygraną, ale z tego powodu, iż nawet nie wiem jak ów kandydat wygląda; istny człowiek-tajemnica. Martwi mnie Lepper na czwartej pozycji, gdzie zgadzam się z trzema czwartymi jego poglądów, nie sądziłem też, że Kaczyński przebije Komorowskiego. Tak, zdaję sobie sprawę, że te tylko kilka pytań, które nijak się mają do ogólnego programu wyborczego, ale coś tu jest nie tak. Musiałbym zrobić jakiś sondaż czy wyniki pokrywają się z przekonaniami ludzi, bo jak na razie, wychodzi pół na pół; sytuacja zgadza się stuprocentowo albo ankieta zaskakuje, dając na pierwszym miejscu Kornela Morawieckiego.

Spośród dwudziestu sześciu pytań, jedynie trzy nie pokryły mi się z oficjalnym programem Napieralskiego. Pytanie 4: Czy Polska powinna stać się członkiem strefy euro w ciągu najbliższych 5 lat? To jest pytanie kompletnie teoretyczne, na które musiałem odpowiedzieć przecząco, gdyż nie ma fizycznej możliwości, byśmy płacili europejską walutą w przeciągu najbliższych lat. 2017? Może. Ale z pewnością nie 2015. Pytanie 12: Czy polscy żołnierze powinni angażować się w misje za granicą? Tutaj też długo myślałem, ale w końcu zaznaczyłem brak własnego zdania. Gdyby skonkretyzować pytanie, gdyby określić czy są to misje bojowe czy pokojowe, wtedy mógłbym udzielić jakiejś odpowiedzi, ale przeciwko wysyłaniu polskich żołnierzy do walki jestem przeciwny (nie, pacyfistą nie jestem). No i jeszcze końcówka, Pytanie 26: Czy pary homoseksualne powinny mieć prawo adopcji dzieci? Jak to stwierdził Paweł, cytuję, już lepsze mieć dwóch ojców niż gnić w bidulu i wyrosnąć na przestępcę.

Wybory tuż-tuż, a mnóstwo ludzi nawet nie wie na kogo głosować. Ten test jest dobrym rozwiązaniem, jeżeli ma się jakieś wątpliwości, ale ja raczej traktuję go jako ciekawostkę internetową, która najwyżej może potwierdzić nasze zdanie. Na wybory trzeba iść i już; kompletnie nie rozumiem ludzi, którzy twierdzą, że im się nie chce albo też celowo unieważniają swoje głosy. I nie ważne już jest na kogo głosujesz, najważniejsze jest to, by robić to zgodnie ze swoimi poglądami. To, że masz przekonania skrajnie prawicowe, liberalne czy też lewicowe, nie znaczy, że się czymś różnisz; co człowiek, to pogląd. Tak trudno jest przejść się 20 czerwca do najbliższej urny, skreślić jedno nazwisko i mieć poczucie spełnionego obywatelskiego obowiązku?

Wybory? Znowu?

Dziewiętnasty września 2010, godzina jedenasta dwadzieścia. Właśnie skończyła się msza święta w kościele pod wezwaniem świętych Joachima i Anny, więc idę w kierunku Szkoły Podstawowej nr 19, gdzie mieści się jeden z punktów wyborczych i gdzie mogę oddać głos w wyborach na Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej. Bardziej z poczucia obowiązku niż z zainteresowania, przeglądam listę kandydatów i natychmiast zakreślam kwadracik przy nazwisku Jerzego Szmajdzińskiego. No, to będzie dobry prezydent, myślę i wracam do domu z ewidentnym odczuciem spełnionego obowiązku obywatelskiego…

Tak przynajmniej wyglądałoby to w alternatywnej rzeczywistości, jakimś cholernym paralelnym uniwersum, gdzie wszystko jest takie samo, lecz inne. Po tamtej stronie, pod Smoleńskiem nigdy nie rozbił się żaden samolot, a Lech Kaczyński ze świtą spokojnie polecieli i wrócili. Wyborów nie przełożono na dwudziestego czerwca, a ja, mając urodziny czwartego lipca, byłem już pełnoletni i mogłem głosować. Ponadto, mój kandydat również żył, więc nie miałem żadnego problemu z zaznaczaniem czegokolwiek na karcie wyborczej. Niby jedna sytuacja dotycząca całego społeczeństwa, a potrafi zmienić naprawdę dużo w życiu i funkcjonowaniu jednostki takiej jak ja. Nie ukrywam, że zależało mi na oddaniu głosu; czułbym się o wiele lepiej, wiedząc, że w jakiś sposób przyczyniłem się do zmian, ale także miałbym jakikolwiek podstawy do narzekania.

Nie mamy jednak żadnych wehikułów czasu, nie potrafimy się przenosić do równoległych wymiarów, więc pozostaje nam zaakceptowanie rzeczywistości, która niekoniecznie musi nam pasować. Zaczyna się kampania wyborcza, która jest jedną z najpaskudniejszych wydarzeń w polskiej polityce, a która oczywiście będzie żerowała na ludzkiej głupocie połączonej z wywoływaniem poczucia winy, obowiązku i sztucznej żałoby narodowej związanej ze Smoleńskiem. Jarosław Aleksander Kaczyński, w mojej prywatnej opinii, przegrał w momencie, w którym zgłosił swoją kandydaturę; jest to porażka, która dyskwalifikuje go w moich oczach kompletnie. Rozumiem, że jest człowiekiem ambitnym, że jest uzależniony od władzy, ale czy nie ma ani krzty honoru? Opieranie kampanii wyborczej na tragicznej śmierci brata (która jest oczywiście podnoszona do rangi męczeństwa i oddania życia za ojczyznę) to kpina, z której nie wiem czy się śmiać, bo jest najzwyczajniej w świecie żałosna.

Przeglądam sobie listę kandydatów i nie widzę dla siebie żadnej alternatywy. Napieralski? Mało reprezentatywny, poza tym skłócony z Lewicą. Komorowski? Pewnie bym na niego zagłosował, chociaż byłoby to na zasadzie głosuję nie na Komorowskiego, ale przeciw Kaczyńskiemu. Pawlak, Olechowski, Jurek? Nie oszukujmy się, są bez szans. Kaczyński, Lepper i Korwin-Mikke nawet nie wchodzą w rachubę, a Morawieckiego i Ziętka nawet nie kojarzę. Wiemy jednak jak wygląda nasze społeczeństwo, więc obawiam się najgorszego. Nie chcę tego przyjmować do wiadomości, ale patrząc na to obiektywnie i poddając to chłodnej kalkulacji, mam nieodparte wrażenie, że niestety zwycięży Kaczyński, co będzie katastrofalne w skutkach, bo w rzeczywistości nic się nie zmieni. Dalej będziemy mieli de facto dwuwładzę, blokowanie wszystkich ustaw i otwartą nienawiść na arenie międzynarodowej w stosunku do wszystkich oprócz naszych największych przyjaciół: Stanów Zjednoczonych i Gruzji. Ech, zero perspektyw na przyszłość. Rzekłoby się do zobaczenia po drugiej stronie, ale chyba powrócę do tradycyjnego so say we all.

A może by tak zbudować piramidę?

Obiecywałem sobie, naprawdę obiecywałem w głębi duszy, że nie będę już pisał o całej tej sytuacji związanej z katastrofą prezydenckiego samolotu pod Smoleńskiem, utwierdzałem się w przekonaniu, że cała sprawa robi się momentami tak żałosna, że szkoda gadać, wręcz zmuszałem samego siebie, by nie wchodzić na serwisy informacyjne i nie włączać TVN24… Co z tego wyszło? Oczywiście wszystkie te obietnice poszły na marne. Po prostu nie mogę tak siedzieć i nie skomentować bieżących wydarzeń, bo mnie szlag bierze. Przepraszam Was, że staję się widocznie monotematyczny, ale czuję ten wewnętrzny imperatyw, niemożliwą do opisania potrzebę, poza tym, co rusz, słyszę głosy aprobaty wiążące się z publikowaniem nowych artykułów (z czego, swoją drogą, jestem bardzo szczęśliwy). O czym dzisiaj przeczytacie? Chyba już każdy zgadł, prawda?

Nie ukrywam, że wczoraj cholernie się wkurzyłem. Cyrk hipokryzji, który był dość irytujący, ale standardowy przy takich sytuacjach, przerodził się w niczym nieograniczany festiwal czystego debilizmu, gdzie mogłoby się wydawać, że uczestnicy próbują się prześcignąć we własnej głupocie, a wszyscy tylko temu przyklaskują. Mam nadzieję, że już odgadnęliście, iż mówię o niedzielnej uroczystości pogrzebowej pary prezydenckiej, która odbędzie się nie gdzie indziej niż na krakowskim Wawelu, a dokładnie w krypcie obok nikogo innego niż samego Józefa Piłsudskiego. Soczyste przekleństwa same cisną się na usta i muszę powiedzieć, że naprawdę dawno nic mnie tak bardzo nie oburzyło i zbulwersowało. Bazylika wawelska? A może od razu na Olimpie, jak to powiedział Patryk? A może, kuźwa, wybudujemy mu piramidę? Niechaj będzie większa od tej, w której spoczywa Cheops, bo przecież Lechowi Kaczyńskiemu należy się teraz cały świat i jeszcze więcej! Najfajniej będzie, gdy pokryjemy ją całą złotem, a na szczycie osadzimy gigantyczny brylant, który będzie upamiętniał bohaterską śmierć największego męczennika naszego kraju. Rzygam tym wszystkim, tą całą pieprzoną hipokryzją, bezgraniczną ludzką głupotą i strachem przed publicznym sprzeciwieniem się czemukolwiek.

Wydarzyła się tragedia, okej, zrozumieliśmy. Mamy żałobę, okej, przyjęliśmy do wiadomości (swoją drogą, przedłużanie żałoby narodowej jest żałosne). Ale dlaczego, powiedzcie mi, moi kochani, dlaczego mamy teraz zgadzać się na wszystkie propozycje związane z świętej pamięci Lechem Kaczyńskim, jego zmarłą małżonką i całą resztą świty, która zginęła pod Smoleńskiem? Jaki jest tego cel? Smutną i tragiczną prawdą jest to, że o cokolwiek by nie poproszono w ramach celebrowania śmierci Kaczyńskiego, wszystkie propozycje zostaną natychmiastowo spełnione i nikt nie może na to nic poradzić. Cały nasz kochany Rząd, Marszałek i Premier mają związane ręce, bo wiedzą jak sprzeciw odbiłby się w sondażach wyborczych, a zwykli śmiertelnicy, tacy jak my, nie mają na to żadnego wpływu. Lech Kaczyński zginął w przykrym wypadku, w zwykłej katastrofie samolotowej, a teraz okazuje się, że jest męczennikiem i osobą, która oddała życie za kraj, za co należą mu się wszystkie możliwe honory i formy szacunku. I właśnie z tej czary wylewają się hektolitry gęstej głupoty, idiotyzmu i wszelkiej maści debilizmu, które zalewają biednych Polaków jak Polska długa i szeroka.

Dlaczego nie pochowamy Prezydenta w tak zwanej Świątyni Opatrzności Bożej, której budowie tak mocno dopingował Lech Kaczyński? Dlaczego musimy go kłaść obok polskich królów, wieszczów narodowych i Józefa Piłsudskiego? Jest mi po prostu szkoda słów na to wszystko, jeszcze głowa mi pęka i zaraz wracam do ciepłego łóżka. Liczę na to, że się wypowiecie i zrodzi się jakaś miła dyskusja z dobrymi, zdrowymi i kulturalnymi argumentami. Zatem, so say we all i na dodatek: John May lives!