Już świta

Daybreakers (2010)

Przechodzę ostatnio niesamowicie zaawansowaną fascynację wampirami i wszystkim, co jest z nimi pośrednio lub bezpośrednio związane, więc nikogo chyba nie zdziwi fakt, iż wybrałem się do kina na najnowszą produkcję braci Spierig o wdzięcznym tytule Daybreakers. Można by powiedzieć, że to kolejny film bazujący na wampiromanii wywołanej Zmierzchem, ale tutaj się pojawia pewna niekonsekwencja: Świt jest całkowitym przeciwieństwem (i to dosłownie) świata stworzonego przez panią Meyer. Gdy tylko zobaczyłem trailer na Youtube przed dwoma tygodniami, od razu zakochałem się w tytule i nie mogłem się doczekać premiery. Byłem, zobaczyłem… i zaraz postanowię Was przekonać do przejścia się do kina.

Mamy rok 2019, dziesięć lat wcześniej wybuchła epidemia, która przekształciła większą część ludzkości w wampiry (od razu zaznaczam, że to prawdziwe wampiry, które muszą pić ludzką krew, nie wychodzą na słońce, a ich odbić nie widać w lustrach), które postanowiły prowadzić dalej konsumpcyjną cywilizację człowieka. Wiadomo, zmiany są bolesne i tak dalej, więc mamy kilka innowacji: przebudowę miast na potrzeby nocnego życia, modyfikacje samochodów do jazdy w dzień, butiki z ciepłą krwią na dworcach… I to jest chyba najwspanialsza rzecz w tym filmie: klimatycznie zbudowany świat przedstawiony. Nie odczuwamy tego, że wszyscy ludzie w całym mieście to w rzeczywistości potwory, które piją kawę z krwią, a na imprezy przynoszą krew w butelkach po winie. Głodujący bezdomni chodzą z kartonikami z napisami Proszę o krew, a w telewizji lecą reklamy pasty do kłów Bielsze nie będą, jednak wydaje się to… naturalne? Mnie wszystkie takie rzeczy niesamowicie bawiły, wprowadzały mroczną atmosferę i nastrój, który opacznie mi się udzieliły, ale pokazały też, że wampiry to też ludzie, jeśli wiecie o co mi chodzi. No właśnie, a gdzie się podziewają poczciwi Homo sapiens? Nieliczne egzemplarze, które przeżyły masową wampiryzację ukrywają się w słonecznych miejscach w obawie przed prześladowaniami na tle stricte rasowym, bowiem nasi bladzi przyjaciele polują na nich i przetrzymują na farmach, gdzie pobiera się hektolitry krwi, by zaspokoić wampirze potrzeby. I tutaj się zaczyna cała fabuła, która jest mocnym, naprawdę mocnym fundamentem całego filmu.

Narada wojenna.

Brakuje krwi. No, kto by pomyślał, że tak przyziemna sprawa jak brak pożywienia może zaszkodzić wampirzej cywilizacji? Nieśmiertelni i piękni są narażeni na obrzydliwą mutację, która przemienia ich w instynktownie szukające krwi bestie z wielkimi pazurami, kłami, skrzydłami i całą resztą wyposażenia, którego ludzki wampir nie posiada. Firmy hematologiczne (które zmieniły target z rynku medycznego na spożywczy) próbują opracować substytut krwi, który wcale nie ma pomóc umęczonej rasie ludzkiej, ale przeprowadzić wampiry znad przepaści, na którą same się zapędziły. Znowu pojawia się ten niesamowity klimat: głodujące wampiry przyspieszają własną mutację, pijąc własną krew, w mediach mówi się o braku krwi w trzecim świecie i o pożarach wywoływanych przez płonące zwampiryzowane zwierzęta, które wychodzą na światło słoneczne, dzieci rozkopują cmentarze, mając nadzieję na znalezienie choć kropelki krwi, a wszędzie panuje nieufność i atmosfera nadchodzącej burzy. W takim świecie żyje Edward (cholera jasna!) Dalton, miłośnik ludzi i hematolog, który został zmieniony w wampira wbrew sobie. Oczywiście spotyka ludzką kobietę, oczywiście jest ona piękna i oczywiście zakochuje się ? w taki oto sposób mamy całkowitą odwrotność Zmierzchu. Edward pojawia się sam w domu pełnym ludzi, którzy marzą tylko o jego śmierci, a sam chce się stać na powrót człowiekiem, bo okazuje się, że proces dewampiryzacji jest możliwy (ot, ciekawostka naukowa).

Fabuła może wyglądać teraz na przewidywalną, ale z ręką na sercu powiem, że takiego zakończenia z pewnością się nie spodziewałem. Nie ma tutaj typowej amerykanizacji przemysłu filmowego (no, poza plakatem rekrutacyjnym do armii z Wujem Samem), która ostatnio zdominowała wszelakie kinowe produkcje. Okej, podniecam się klimatem, zachwycam fabułą, ale przecież coś trzeba było spieprzyć, prawda? Ano, prawda. Efekty specjalne, które wykonywała ta sama firma, co do Władcy pierścieni, zawiodły mnie; inaczej się nie wyrażę, bo szkoda cennych bajtów w bazie danych. Sam efekt płonących wampirów na świetle słonecznym był już średni, ale niesmak wzbudziły u mnie przede wszystkim zmutowane wampiry, które grasowały po mieście w poszukiwaniu krwi. Sam pomysł jest świetny: nie pijesz ludzkiej krwi, więc zamieniasz się w potwora; dla takiego idealisty jak Edward to nie lada wyzwanie etyczno-moralne, bo spożywanie krwi też uważa za potworny czyn. Jedyną sceną, gdzie mutant mi się podobał, był atak ów stwora na Edwarda w jego własnym domu. Biedny ogrodnik wyczuł zapach butelki z krwią przyniesionej przez brata Eda i nie mógł powstrzymać głodu. Moment, gdy zlizuje krople krwi z mebli i rysuje szponami na skrzydłach szafki jest po prostu piękny; późniejsza walka wypada słabo, no, ale nie jest z drugiej strony taka tragiczna. Mimo wszystko, myślę, że można było wyłożyć więcej pieniążków i zrobić coś atrakcyjniejszego wizualnie, bo mam dziwne wrażenie, że połowa budżetu poszła na ostatnią bitwę w centrum hematologicznym.

Aquenral ocenia
Trailer: 10/10.
Fabuła: 9+/10.
Klimat: 10/10.
Efekty: 5/10.
Muzyka: 2/10.
Ogółem: 7-/10.

O aktorach nie będę się wypowiadał, bo zagrali dobrze. Asia zauważyła, iż Ethan Hawke wygląda przystojniej jako człowiek niż wampir (cóż, ja nie zwróciłem na to uwagi), ale spodobała mi się rola Willem Dafoe jako Elvisa. Małym smaczkiem dla mnie, jako fana Gwiezdnych wojen, było pojawienie się Jaya Laga’aii (Gregar Typho) jako wampirzego senatora z proludzkimi sympatiami. Na całej linii zawiodłem się na muzyce: nie mam zielonego pojęcia, kto ją pisał, ale mam wrażanie, że nawet nikt jej nie skomponował. Przydałaby się potężna orkiestra albo chociaż smętne Running Up That Hill Placebo z trailera, a tu nic. Polało się sporo krwi, wyrwano wiele kończyn i zjedzono jeszcze więcej ludzi, ale myślę, że można byłoby trochę okroić film z brutalności. Mówi się, że Zmierzch jest gwałtem na wampirach. Cóż, trzeba obejrzeć Daybreakers i dopiero wtedy się wypowiedzieć, o. So say we all.

Witamy w Mieście Obietnicy

Promises Broken (2009)

Battlestar może i jest najlepszym serialem fantastyczno-naukowym jaki kiedykolwiek zrealizowano, ale jest inna produkcja, która bezkompromisowo bije Galacticę na głowę, szczególnie jeśli chodzi o podstawę fabularną. Chodzi mi oczywiście o The 4400, czyli niedocenianą produkcję CBS z lat 2004-2007, która przez naprawdę długi czas była moim ulubionym serialem, a i wciąż zajmuje w moim sercu ważne miejsce. Trudno wszystko pokrótce opisać, bo główna fabuła oś fabularna skręcała czasami w dziwne miejsca, ale postaram się Wam wyjaśnić główne wątki, bym spokojnie przeszedł do właściwej recenzji. W postapokaliptycznej przyszłości światem rządzi brutalna i potężna elita, która zwyciężyła w Wojnie. Opozycjoniści porywają dokładnie 4400 ludzi z przeszłości, konkretnie z przełomu XX i XXI wieku, wstrzykują do ich organizmów sztuczny neuroprzekaźnik, wywołując nadprzyrodzone zdolności, po czym odstawiają ich zbiorowo do 2004 roku. Kilkanaście zdarzeń doprowadza w końcu do tego, że Jordan Collier, zmartwychwstały lider 4400, przejmuje rządowy zapas promcyny, owego neuroprzekaźnika z przyszłości, rozpoczynając swój plan dystrybucji, który ma uratować świat przed czyhającą w przyszłości Katastrofą. Jedynym mankamentem jest jedna z właściwości promcyny: zabija ona połowę ludzi, którzy biorą zastrzyk. Gdy młody Danny Farrell podejmuje decyzję i wstrzykuje sobie ową substancję do krwi, zyskując zdolność rozprzestrzeniania promycyny przez powietrze, pogrąża całe Seattle w chaosie. Ruch Colliera przejmuje inicjatywę, nazywając metropolię Miastem Obietnicy i odcinając się od struktur rządowych. Ostatnią sceną ostatniego odcinka jest Tom Baldwin, główny bohater, agent NTAC i pośrednik między teraźniejszością i przyszłością, siedzący we własnym domu i kontemplujący zażycie promycyny. I w takim właśnie miejscu USA Network zostawiło nas wszystkich na lodzie, serial skasowano z ramówki i nigdy byśmy nie dowiedzieli jak to wszystko się kończy…

Welcome to Promise City (2009)

… ale od czego jest pojęcie expanded universe? Napisano cztery książki z serii The 4400. Akcja dwóch pierwszych rozgrywa się podczas drugiego i trzeciego sezonu serialu, ale dwie następne opowiadają już o zdarzeniach po The Great Leap Forward i na tych pozycjach chcę się dzisiaj skupić. Welcome to Promise City Grega Coksa i Promises Broken Davida Macka to, nie oszukujmy się, tak zwane must-read dla każdego fana czterech-czterystu. Przykro mi to pisać, ale jestem na dzień dzisiejszy chyba jedyną osobą w Polsce, która przeczytała owe powieści, a reprezentują one ze sobą naprawdę wysoki poziom. Zaskoczyło mnie to, ale obaj panowie wykonali kawał dobrej roboty i wyraźnie widać, że zależało im na spójności ze światem przedstawionym. Rozwiązują się wątki (niestety nie wszystkie) z serialu, których nie dało się zrealizować albo zniknęły bez słowa wyjaśnienia w połowie show: powraca Dennis Ryland, którego ostatnio widzieliśmy w trzecim sezonie, widzimy, co się dzieje z Richardem Tylerem po jego zesłaniu do więzienia, przewijają nam się Pasażerowie, którzy przewijali się przez wszystkie sezony i aż miło czytać te nazwisko: Heather Tobey, Gary Navarro, Orson Bailey, Tess Doerner, Lewis Mesirow, Lindsey Hammond… Niestety stosunkowo dawno oglądałem The 4400 (co zamierzam niedługo nadrobić), więc nie wyłapałem wszystkich smaczków, ale nieraz się uśmiechnąłem widząc jak autorzy popisują się swoją wiedzą, nawiązują do prawie każdego odcinka (a to szarlotka z Evanston, a to No Exit PJa, nie mówiąc już o incydencie z inhibitorem). Głównymi bohaterami wciąż pozostają Tom Baldwin i Diana Skouris, ale na pierwszy plan wysuwają się też inni, których raczej nie spodziewałem się znów zobaczyć: Richard Tyler czy Jed Garrity.

OSTRZEŻENIE PRZED SPOILERAMI
W poniższej sekcji znajduje się streszczenie obu książek.

Welcome to Promise City zaczyna się już po Wielkim Krok Naprzód. Seattle jest już formalnie Miastem Obietnicy, Jordan Collier jest królem na zamku, a p-pozytywni wszędzie się panoszą. Szalony p-pozytywny grabarz i agentka NTAC postanawiają dokończyć dzieło Danny’ego Farrella i używając swoich zdolności, klonują ciało chłopaka wraz ze zdolnością wytwarzania wirusa promcyny. Tymczasem Collier odbija Richarda Tylera z rządowego tajnego więzienia dla p-pozytywnych i wykorzystuje go jako zawodowego zabójcę, który poluje na Oznaczonych, wciąż panoszących się po świecie. Promises Broken jest bezpośrednią kontynuacją poprzedniej książki. Armia Stanów Zjednoczonych otacza Miasto Obietnicy, jednak Jordan wcale nie chce wywoływać wojny. Gdy kryzys przeradza się w otwarty konflikt na ostrą amunicję, a rząd USA wykorzystuje do walki nadżołnierzy ze zdolnościami, Collier broni miasta za wszelką cenę. Trójka pozostałych przy życiu Oznaczonych buduje w kooperacji z Dennisem Rylandem broń opartą na antymaterii, która ma niszczyć wiązania promycyny, pozbawiając ludzi zdolności. Ryland nie wie, że agenci z przyszłości mają inny cel. W ostatnim starciu wszystko, dosłownie wszystko, będzie zależało od decyzji podjętej przez Toma Baldwina.

KONIEC SPOILERÓW
W tym miejscu kończy się streszczenie obu książek.

Koniec Promises Broken jest większym cliff-hangerem niż The Great Leap Forward, a ostatnie zdanie brzmi: Here ends the First Saga of The 4400. Niestety, z tego co widzę na Amazonie, nie ma jeszcze żadnych zapowiedzi kolejnych powieści z cyklu, które niewątpliwie chciałbym przeczytać. Mam szczerą nadzieję na kontynuację, bo serial z pewnością już nie wróci, a książki szybko i przyjemnie się czyta, a autorzy potrafią stworzyć niesamowity klimat. Pierwsza opisywana powieść otrzymuje ode mnie 6/10, a druga – 8/10, ale polecam wszystkim, którzy widzieli serial, bo to po prostu trzeba przeczytać, o. Więc so say we all i We’re not a threat, we’re salvation. The world will have to deal with us.

Błąd 644: Nie można wczytać Avatara

Avatar (2009)

James Cameron. W środowiskach fanów fantastyki naukowej jest to człowiek legenda, twórca słynnego cyklu Terminator, reżyser Aliens i deweloper trójwymiarowej technologii przeznaczonej do kin. Gdy tylko w marcu dowiedziałem się, że od trzech lat pracuje on nad nowym filmem, z miejsca zapragnąłem dowiedzieć się czegoś więcej. Niestety, jedyną informacją w owym czasie był nic niemówiący tytuł Avatar oraz fakt, iż głównego bohatera będzie grał bliżej nieznany nikomu wtedy Sam Worthington. Długi czas nie publikowano żadnych zdjęć z planu, nie przeciekały żadne informacje, nie zaprezentowano nawet oficjalnego plakatu – wszystko tworzono w ścisłej tajemnicy, a jedynymi osobami, które cokolwiek wiedziały, byli inni znani ludzie kina, przed którymi Cameron chwalił się swoją pracą. Koniec końców, rozpoczęła się gigantyczna kampania reklamowa, a sam film pojawił się na ekranach w grudniu tego roku; jest świeżo po seansie, więc postaram się przybliżyć Wam powody, dla których musicie obejrzeć Avatara.

Widzieliście może tegorocznego Star Treka? Był to świetny fantastyczno-naukowy film przepełniony akcją, efektami specjalnymi i klimatem; oglądało się go z prawdziwą przyjemnością. Był niczym w porównaniu z Avatarem. Dzieło Camerona miało być przyrównywane do wprowadzenia dźwięku w filmach – jest to oczywisty eufemizm i chwyt reklamowy, co nie zmienia faktu, że film pozostawia w człowieku niezapomniane wrażania. Co jest największym plusem? Z pewnością efekty specjalne, których nie da się opisać w kilku zdaniach. Pan Cameron nie próżnował przez cztery lata i Avatar jest istnym majstersztykiem i prawdziwą ucztą dla oka. Praktycznie cały film, każda pojedyncza scena i całość razem wzięta, naprawdę wszystko jest zrealizowane w najnowszej technologii trójwymiarowego kina, nad którą reżyser pracował przez ostatnie lata. Nie uświadczymy nielicznych efektów, które towarzyszą nam w większości filmów 3D z ostatnich lat – Avatar zmienia dla mnie postrzeganie filmów trójwymiarowych, a raczej zmienia ich klasyfikowanie. Wszystkie Epoki lodowcowe 3 mogą się schować ze swoją technologią, bo po prostu nie dorastają Avatarowi do pięt. Cała Pandora, planeta, na której dzieje się akcja filmu, jest wygenerowana w CGI, ale olśniewa swoją urodą i bujnością przyrody. Na’vi, humanofelinoidalni (jest taki wyraz?) natywni, również wyglądają całkiem naturalnie, mimo karykaturalnej budowy ciała przystosowanej do panujących na księżycu warunków grawitacyjno-atmosferycznych. Wszystko, naprawdę wszystko jest idealnie dopracowane i dopięte na ostatni guzik, nikt niczego nie zaniedbał, wyraźnie widać, że nie szczędzono pieniędzy na efekty. I bardzo dobrze, o to przecież nam chodzi, prawda?

OSTRZEŻENIE PRZED SPOILERAMI
W poniższej sekcji znajduje się streszczenie Avatara.
Jake i Neytiri

Jake Sully, weteren-kaleka, zostaje członkiem programu Avatar na Pandorze w układzie Alfa Centauri. Dostaje on wyhodowane dzięki inżynierii genetycznej ciało wojownika Na’vi, którym może zdalnie sterować z bezpiecznego laboratorium. Wkrótce okazuje się, że chciwi urzędnicy i bojowo nastawieni wojskowi chcą doprowadzić do eksterminacji tubylców, by zdobyć niewyobrażalnie drogi i potrzebny surowiec energetyczny występujący jedynie na Pandorze. Żeby było jeszcze śmieszniej, Sully zakochuje się w córce wodza plemienia, pięknej (według na’viański standardów) Neytiri. Po splocie kilkunastu wydarzeń, dochodzi do wielkiej bitwy pomiędzy ludźmi a Na’vi, która kończy się wygnaniem najeźdźców z Pandory. Amerykańskim happy endem jest permanentna przemiana Jake’a w niebieskiego humanofelinoida.

KONIEC SPOILERÓW
W tym miejscu kończy się streszczenie Avatara.
Jake Sully w swoim avatarze

Tak, zdaję sobie sprawę, że często miewam tendencje do przesadzania, szczególnie, gdy jestem świeżo po doświadczeniu czegoś, ale uważam, że Avatar to film roku 2009. Zdecydowanie, definitywnie i bezkompromisowo – najlepsze dzieło światowej kinematografii bieżącego roku. Dzięki niemu, do czołówki moich ulubionych aktorów trafia Sam Worthington, którego znamy teraz jako Marcusa z Terminatora: Zbawienie, a wkrótce zobaczymy jako Perseusza w Zmierzchu tytanów, Sigourney Weaver, mimo swojego wieku, pokazała, że wspaniale sobie radzi na wielkim ekranie, a i miło było zobaczyć piękną i niepowtarzalną Michelle Rodriguez. Avatar Jamesa Camerona dostaje ode mnie 10/10, za czym idzie mocna rekomendacja i oficjalny znaczek must-see. Zdecydowanie polecam wszystkim, nieważne czy lubią kino sci-fi czy też nie – ten film po prostu trzeba zobaczyć. So say we all!