
Wesołych świąt?
Zacząłem już pisać recenzję pierwszej połowy pierwszego sezonu Caprici, kusi mnie, by ocenić publicznie Remember Me, na którym byłem wczoraj w kinie, gdzieś tam mam szkice dwóch artykułów, a w głowie pomysł na jeszcze kolejny, ale postanowiłem uraczyć Was dzisiaj, moi drodzy, niedługim wywodem na temat wiary. Właśnie się zaczęło triduum paschalne roku pańskiego 2010, czyli trzydniowe oczekiwanie na zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa – przynajmniej w to wierzymy albo twierdzimy, że wierzymy. Jeżeli w którejś ze sfer mojego życia miałbym być hipokrytą, to z pewnością chodzi o moją wiarę, wyznawaną religię i ogólnie kwestię uczęszczania do kościoła. Dlaczego? Bo chyba rzeczywiście jestem hipokrytą.
Oficjalnie nazywam siebie samego człowiekiem wierzącym i praktykującym, należącym do kościoła rzymskokatolickiego, jestem po wszystkich sakramentach jakich mogłem dostąpić w tym wieku (chrzest, eucharystia, bierzmowanie) i chodzę co tydzień do kościoła… nawet w trakcie konwentu. Fakt, wychowano mnie w takiej tradycji, od dziecka uczono mnie jak postępować wedle przykazań Bożych, można by rzec, iż była to preinstalacja wiary, ale myślę, że nie definiuje to ostatecznie mojej osoby. Moje dzisiejsze ukierunkowania są raczej wynikiem moich własnych doświadczeń i wyborów niż wpływu ludzi i czegokolwiek innego. Do czego zmierzam? Piszę to sobie, piszę, ale mogliście przecież przeczytać kilkanaście artykułów, które definitywnie przeczą temu, co stwierdziłem powyżej. Jestem osobą, która otwarcie potępia Kościół za większość jego działań, popiera aborcję i eutanazję, nie ma nic przeciwko homoseksualizmowi, śmieje się z absurdów, które wylewają się rwącymi potokami z Watykanu… Więc po cholerę mi cała ta wiara, khę?
Nie potrafię na to jasno odpowiedzieć; to tak jakbyście mnie zapytali dlaczego kocham jakąś osobę. Do kościoła chodzę co tydzień, gdyż czuję taką wewnętrzną potrzebę, coś mnie do tego motywuje i dzięki temu dobrze się czuję. To samo chyba jest z wiarą w Boga, w Jezusa i jego zmartwychwstanie i całą resztą – mam wrażenie, że człowiek musi w coś wierzyć, bo tak został skonstruowany; bez tego jest tylko tułającą się po ciemnym wszechświecie pustą skorupą, która chce się czymś napełnić (och, jak to poetycko zabrzmiało). Cały myk polega na tym, żeby wierzyć w coś rzeczywiście, a nie tylko udawać. Dlatego też moje poglądy znacznie wpływają na moją wiarę, odsiewam niepotrzebne dla mnie reguły i nakazy, by oddać się temu w całości. Fakt, mogę być uznawany (i w zasadzie powinienem być) za heretyka, bluźniercę czy bałwochwalcę, ale wolę to niż oszukiwać samego siebie. Dlatego nie uznaję większej części Starego Testamentu, pocztu świętych i nieomylności papieża, dlatego nie daję pieniędzy na tacę, dlatego też podczas adoracji nie całuję krzyża, a jedynie przed nim klękam (tu wychodzą też problemy natury higienicznej). Najważniejsze jest, by pozostać sobą i pamiętać, że żyjemy. Życie należy do nas i nieważne czy otrzymaliśmy je od Boga, bogów, Matki Natury czy kosmitów, powinniśmy żyć wedle własnego sumienia i rozumu.
Tak więc, chcę Wam życzyć wesołych świąt, chociaż nie wiem jak obchody śmierci człowieka, który żył dwa tysiące lat temu mogą być dla kogoś radosne. Niestety, Wielkanoc nie ma krzty klimatu jaki otacza święta Bożego Narodzenia, ale cóż poradzimy? Wszystkiego najlepszego, kochani. So say we all!



Ostatnie komentarze
Endor 2010
Endor 2010
Endor 2010
Endor 2010
Endor 2010
Endor 2010
Endor 2010