Naokoło Wieży

All Along the Watchtower to zdecydowanie moja ulubiona piosenka. Postanowiłem oddać hołd Bobowi Dylanowi i napisać krótkie opowiadanie bazujące lekko na jego dziele, mam nadzieję, że nie jest to łamanie prawa. Errata w pierwszym z góry komentarzu, gdyby ktoś nie załapał wszystkiego, a opinie i oceny, jak zwykle, mile widziane. Zatem zapraszam do czytania.

***

NAOKOŁO WIEŻY
AUTOR: KRZYSZTOF REWAK

     Musi być stąd jakieś wyjście…
     W pogrążonym w nieskończonej ciemności korytarzu unosił się słodki odór świeżej krwi. Tam, gdzie sekundę temu stało trzech mężczyzn pracujących jako specjalistyczna ochrona, w tym momencie leżały jedynie skórzane worki na kości. W jednej chwili przemienili się z kochających mężów, opiekuńczych ojców i troskliwych synów w truchła, które nigdy już nie przemówią, które nigdy nie wrócą do domu, które nigdy nawet nie pomyślą. Ich krew, powoli sącząca się z pojedynczych ran w centralnych punktach czaszek, leniwie zalewała idealnie czyste fugi między białymi kafelkami podłogi korytarza. Nawet jedyny świadek tejże smutnej sceny został unieszkodliwiony, gdy jeden z włamywaczy użył niezidentyfikowanej nowinki technicznej, która usmażyła całą elektronikę w przemysłowej kamerze umiejscowionej pod ścianą. W taki oto sposób spokojny korytarz stał się na dwie sekundy miejscem krwawej łaźni, by w ciągu kolejnej chwili powrócić do normalności.
     Wraz z końcem pracy kamery, w korytarzu zabrakło jedynego źródła światła, którym była migająca dioda stanu czuwania. Dwaj uzbrojeni mężczyźni, którzy czaili się teraz za sporych rozmiarów pojemnikiem na odpady chemiczne, byli przygotowani na ewentualność pogrążenia się w całkowitej ciemności, więc uprzednio zaopatrzyli się w nowoczesny sprzęt noktowizyjny, którego nie pozazdrościliby nawet agenci specjalnych służb. Wyższy z nich, ubrany w ciemnobrązową skórzaną kurtkę i trzymający glocka dziewiętnastkę w prawej ręce, upewnił się, że wszyscy strażnicy nie żyją, po czym wyłuskał z kieszeni największego kartę identyfikacyjną z unikatowym chipem. Szybki ruch kawałkiem plastiku pod czytnikiem wbudowanym w ścianę zainicjował sekwencję otwierania drzwi, których nie dałoby rady sforsować tradycyjnym sposobem.
     Oślepiające białe światło wydobywające się z otwartego pomieszczenia zalało miejsce zbrodni. Dopiero teraz można było zobaczyć bijącą w oczy sterylność korytarza, symetrycznie usytuowane panele odkażające i oświetlające, pojemniki oznaczone symbolami zagrożenia biologicznego, chemicznego i radioaktywnego, a także symbole na ścianach mówiące, że jest to wejście do Strefy A-23. Ciała strażników niszczyły tę laboratoryjną czystość, chociaż mogliby wyglądać na śpiących, gdyby nie wszechobecna, otaczająca ich krew.
     Po chwili korytarz znów zanurzył się w mroku, ale dwóch mężczyzn zniknęło. Strażnicy nie wypełnili swoich obowiązków, które mogły być jednymi z najważniejszych zadań na całym świecie. Do Wieży przedostało się dwóch morderców, którzy wiedzieli czego chcą i nie zawahali się użyć wszystkich dostępnych metod, by to zdobyć. Trzem mężczyznom leżącym w korytarzu już nic nie zaszkodzi, ale gdyby żyli, przeraziłoby ich to. A sam fakt, że szef się dowie o zaszłym wydarzeniu, mógł wskrzesić trupa, by znów go zabić ze strachu.
     Wieża przestała być bezpiecznym miejscem.

     Jest za dużo zamieszania…
     Pilnie strzeżone pomieszczenie laboratoryjne nazwane przez konstruktorów Strefą A Dwadzieścia Trzy, a przez pracujących tu naukowców Otchłanią, było stosunkowo niewielką salą. Z pozoru, wyglądem nie odbiegała od standardowego laboratorium fizycznego, jednak osoba biegła w fizycznych naukach, szczególnie wykształcona w astrofizyce lub fizyce kwantowej, mogła zauważyć niepokojące innowacje.
     Takimi osobami było niewątpliwie dwóch mężczyzn, którzy wdarli się do Wieży, pozostawiając za sobą kilkanaście trupów, mając na celu dostanie się do Otchłani. Wyższy, doktor Sam Baldwin, był wykładowcą na bostońskim MIT, a specjalizował się w zagadnieniach związanych z teoriami dotyczącymi neutrin i tachionów. Ze swoimi półdługimi, nieuczesanymi włosami, kilkudniowym zarostem i zawadiackim uśmiechem wyglądał raczej na awanturnika niż na znanego i szanowanego naukowca. Doktor Arthur Wilson zdecydowanie bardziej pasował do stereotypowego wizerunku fizyka, aczkolwiek jego Smith & Wesson w lewej dłoni i wojskowe wyposażenie szpiegowskie nie dawały żadnych złudzeń, że nie przybyli tutaj syntezować kwarków albo badać zachowania trójkolorowych barionów. Zresztą eksperymentowanie nad chromodynamiką kwantową było jedynie ich hobby, a tutaj czekała ich ciężka, choć bardzo ważna praca.
     Wbrew pozorom, do których niewątpliwie zaliczał się szlak z trupów pozostawiony wskroś całej Wieży, ci dwaj mężczyźni wcale nie byli złymi ludźmi, a śmierć jednostek była nieodzowną częścią planu, który miał na celu uratowanie świata. Ratować świat? Tak, dla Sama i Arthura również zabrzmiało to śmiesznie za pierwszy razem, kiedy umundurowany żołnierz z insygniami generalskimi przedstawił im zaistniałą sytuację. Był to generał Jonathan Cane, straszy człowiek pochodzący najpewniej z Teksasu, który gubił dźwięczność niektórych głosek i miał irytująco szczery uśmiech uwydatniający sztucznie implantowane zęby.
     - Nasz świat stoi na krawędzi zagłady – mówił wtedy spokojnie, podczas gdy naukowcy zastanawiali się, kto mógłby spłatać im takiego figla. Generał wydawał się być stuprocentowo poważny, a kiedy rozłożył plany budynków i szkice niezwykłych urządzeń, wszystko nabrało innego kontekstu. – Ktoś, najpewniej grupa byłych radzieckich naukowców, opracowała tę machinę i konstruuję ją na terenie Stanów Zjednoczonych. Jak widzicie, konsekwencje jej uruchomienia mogą być katastrofalne w wymiarze globalnym, a nasi ludzie nie są w stanie nawet myśleć o jej unieszkodliwieniu.
     I w taki oto sposób dwóch zwykłych doktorów stało się w jednej chwili wykonawcami zadań specjalnych na zlecenie Rządu Stanów Zjednoczonych. Otchłań była centralnym punktem Wieży, chociaż nikt nie zdawał sobie sprawy z jej istnienia. Prowadzono tutaj ściśle tajne eksperymenty, które mogły doprowadzić w najlepszym wypadku do armagedonu, gdyby tylko coś poszło nie tak. Samo wejście do Wieży nie było żadnym problemem, ale przedostanie się przez setki zabezpieczeń na czterdziestym czwartym piętrze stanowiło nie lada wyzwanie. Teraz, gdy formalności były za nimi, Sam i Arthur rozejrzeli się po sali.
     - Doktorze Baldwin, doktorze Wilson, witajcie. – Lufy S&W i glocka skierowały się natychmiast w stronę, z której dochodził zachrypnięty głos. Przy największym ekranie, po którym leniwie przesuwały się rzędy cyfr, siedział starszy mężczyzna, którego można by scharakteryzować w dwóch słowach: szalony naukowiec. Długie, siwe włosy najprawdopodobniej nigdy nawet nie uświadczyły grzebienia, zza grubych szkieł świeciły niemożliwe do opisania oczy, biały fartuch pogłębiał stereotyp naukowca, ale gestykulacja, sposób poruszania się i ogólna prezencja pasowały raczej do niezrównoważonego schizofrenika i genialnego w swoich ograniczeniach sawanta. Dziwnym grymasem powitał niespodziewających się go gości, po czym wyciągnął ręce w geście powitania. – Witajcie w moich skromnych progach.
     - Kim jesteś, do cholery? – krzyknął Baldwin, podchodząc z wyciągniętym przed siebie glockiem dziewiętnastką. Dane wywiadowcze mówiły, że o tej porze Otchłań będzie pusta, a na czterdziestym czwartym piętrze Wieży będą jedynie strażnicy. – Kim, kurwa, jesteś? – krzyknął jeszcze głośniej, przystawiając pistolet do twarzy mężczyzny.
     - Lepiej byłoby, gdybyś zapytał kim ty jesteś, Sam – odpowiedział spokojnie, patrząc Baldwinowi głęboko w oczy. Wilson okrążył go i spojrzał na ekran, zastanawiając się nad technologią użytą w jego produkcji; jeszcze nigdy nie widział tak skomplikowanej matrycy. – Arthurze, mógłbyś nie zaglądać w moje prywatne dane?
     Zanim ktokolwiek zdążyłby cokolwiek zrobić, doktor Wilson leżał na sterylnej posadzce, trzymając się za głowę i wrzeszcząc z bólu. W jednym momencie jego serce przestało bić, a mózg, przeciążony napływającymi zewsząd informacjami, najzwyczajniej w świecie się wyłączył.
     - Co mu zrobiłeś, skurwielu? – szepnął z przerażeniem Sam, nie wiedząc czy ma celować w szalonego naukowca czy w Arthura… W jego zwłoki, poprawił się automatycznie w myślach. To tylko zwłoki.
     Wszystkie światła zgasły, a Sam Baldwin stracił poczucie równowagi. Nogi ugięły się pod ciężarem jego własnego ciała, serce zwolniło, mięśnie zwiotczały, a mózg ograniczył swoją pracę do absolutnego minimum. Stało się coś złego, ale naukowiec nie był w stanie powiedzieć co to takiego. Ba, nawet nie mógł o tym spokojnie pomyśleć. Doktor Sam Baldwin tonął w ciemności i nic nie mógł na to poradzić.

     Nie mogę znaleźć ukojenia…
     - Sam… Sam… – niewyraźny głos wzbił się pond górami wyobraźni, z donośnym hukiem przedzierając się przez dzikie równiny imaginacji, by w końcu osiąść w dolinach snu, budząc bezbronnego trzydziestodwuletniego mężczyznę z nienaturalnego stanu balansowania między śpiączką a śmiercią. – Doktorze Baldwin, nic panu nie jest? – w pytaniu można było usłyszeć prawdziwą troskę, której natury Sam nie rozumiał. Pochylał się nad nim ten sam szalony naukowiec, który najwyraźniej jakimś sposobem doprowadził do śmierci Arthura. Szybka ocena sytuacji postawiła jeden wniosek: gdyby ten szaleniec chciał mojej śmierci, już dawno bym nie żył; tymczasem próbuje mnie ocucić, co znaczy, że coś nie poszło zgodnie z planem. I rzeczywiście, w błękitnych oczach naukowca widać było istotę przerażenia, wręcz kwintesencję strachu.
     - Dlaczego tak bardzo ci na mnie zależy? – zapytał Sam, kiedy już odzyskał władzę nad ciałem i umysłem, udało mu się wstać i usiąść pod ścianą. Rozmasowywał sobie skroń, starając nie patrzeć w stronę świeżych zwłok, które były kiedyś Arthurem. – Czy to wszystko jest twoim dziełem?
     - Żeby odpowiedzieć ci na to pytanie, musiałbym wytłumaczyć problemy związane z dylatacją czasu, sposoby praktycznego wykorzystania mionów, teorie, nad którymi nawet nigdy się nie zastanawiałeś.
     - Przejdź do rzeczy – przerwał mu zniecierpliwiony Sam.
     - Nie pojmiesz tego – stwierdził bezbarwnym głosem, jednak jego oczy były pełne smutku. – Nazywam się Samuel Baldwin i urodziłem się dwudziestego trzeciego września 1969 roku. Za dwadzieścia jeden lat doprowadzę do upadku cywilizacji człowieka poprzez swoje eksperymenty nad akceleratorem tachionowo-mionowym. W ramach odkupienia, chcę powstrzymać samego siebie przed zdobyciem wiedzy, która swój początek zawdzięcza laboratorium Otchłani.
     Każde inne stwierdzenie miałoby większy sens. Każdy inny argument bardziej przemówiłby do Sama. Każda inne wytłumaczenie byłoby bardziej racjonalne i łatwiejsze do uwierzenia. Teraz zaczynały do niego dochodzić wszystkie fakty, których nie zauważał albo nie dopuszczał ich do siebie. Ich oczy były w identycznym odcieniu błękitu, w tym samym, który odziedziczył po matce i który zawracał w głowach wielu kobiet. Pod prawym uchem, skrywana do tej pory pod włosami, biegła cienka blizna, której nabawił się podczas bijatyki w barze kilka lat temu.
     - Everett – powiedział starszy Sam po chwili ciszy, która ciągnęła się przez eony. – Everett miał zawsze rację.
     - Hugh Everett? Jego pseudonaukowa paplanina nigdy nie została udowodniona…
     - Zostanie!
     - Sugerujesz, że możesz zmienić przyszłość, zabijając mnie, a tym samym nie zabijając siebie? Alternatywne rzeczywistości to bzdura – krzyknął Sam z tego świata. – Co się wydarzyło, wydarzyło się i kropka. Nie zmienisz biegu historii, nawet będąc mną.
     - To może lepiej rozbrójmy tę bombę, okej? – rzucił luźno Samuel pochodzący rzekomo z przyszłości. Wyciągnął rękę do siebie sprzed kilkudziesięciu lat, ale trzydziestodwuletni naukowiec odmówił pomocy we wstawaniu. Konsoleta zaświeciła się na czerwono, gdy zainicjowali start systemów. – W mojej rzeczywistości to miejsce jest początkiem końca i chociaż zostało zniszczone na krótko przed moim odejściem, na zawsze pozostanie w pamięci wszystkich ludzi z mojego świata jako symbol apokalipsy.
     - Wieża? – zapytał Sam, a jego starsza kopia tylko smutno pokiwała głową.
     - Obie.

     - Nie ma się czym ekscytować, Sam.
     Równania, które pojawiały się na ekranach były odpowiedziami na wszystkie najważniejsze pytania fizyków z całego świata. To niemożliwe, by jedna osoba sama to wszystko opracowała… przynajmniej nie w tym czasie. Samuel wyjaśnił, że Otchłań musiała zostać skonstruowana przez ludzi z jego rzeczywistości, którzy chcieli przejąć władzę i tutaj. Przyszłość nie malowała się w różowych barwach, skoro była rządzona przez brutalna i potężną elitą, która zamknęła się w ostatnim mieście, odmawiając resztkom ludzkości jakichkolwiek zdobyczy technologii.
     Koniec świata został zapoczątkowany przez eksperyment, mający na celu wytworzenie mionów, które mogłyby egzystować dłużej niż te kilka mikrosekund. W założeniach miało to otworzyć pole do eksploatacji linii czasu, a nawet kilku, jednak pierwszy test akceleratora tachionowo-mionowego zakończył się tragedią. Wytworzone w wyniku nagłych zderzeń miony zmieniły swoje ładunki i orientację, co przełożyło się na wydłużenie ich czasu połowicznego rozpadu, co z kolei uwolniło niesamowitą energię. Eksplozja zmiotła pół kontynentu z mapy świata, a antymiony, które przedostały się do atmosfery wywołały niespotykane do tej pory załamania czasoprzestrzenne w wyniku których relatywna pozycja tamtej Ziemi we wszechświecie uległa zachwianiu.
     A w Otchłani najwyraźniej pracowano nad podobnych eksperymentem.
     - Zdalnie odłączymy akcelerator od zasilania i skasujemy wszystkie badania. Udało mi się już wyeliminować wszystkich stojących za tym projektem, ale będziemy musieli też zniszczyć fizycznie maszynę – stwierdził Samuel.
     - Gdzie się znajduje?
     - W mojej rzeczywistości została zbudowana jako oficjalny projekt Unii Europejskiej zgodnie z wszystkimi procedurami na zachodnim Kaukazie. Aczkolwiek teraz byłoby to niemożliwe ze względów politycznych, więc budowę rozpoczęto w północnej Rwandzie.
     - Dlaczego… – Sam chciał się zapytać jakim sposobem ich rzeczywistości różnią się tak diametralnie, ale szybko ugryzł się w język. Im dłużej się nad tym zastanawiał, tym lepiej zaczynał rozumieć teorię równoległych wymiarów i skoków między nimi. – Everett, tak?
     - Dokładnie… Gotowe – rzekł, wyłączając monitor. W tym samym momencie wyciągnął swój pistolet, którego Sam nie potrafiłby zidentyfikować i wycelował w głowę swojej młodszej kopii. – Przykro mi, Samie, ale jestem zmuszony uratować świat.
     Ale Sam był szybszy od Samuela. Glock szybciej się znalazł w jego ręce i szybciej wystrzelił niż futurystyczna broń rodem z Gwiezdnych wojen. Pocisk przebił ciało, kość i utkwił na dobre z mózgu. Ciało Samuela osunęło się i z głuchym łoskotem upadło na podłogę obok ciała Arthura.
     - Nie, starcze, nie zniszczę świata – powiedział do zwłok, po czym schował glocka za paskiem i ruszył w kierunku wyjścia. Spojrzał ostatni raz na ciało swojego przyjaciela, zastanawiając się nad poczuciem humoru ewentualnych omnipotencyjnych bytów. No, ale przeszedł już przez to, a proroctwa Samuela nie były jego przeznaczeniem, więc mógł wyjść z tej przeklętej Wieży i wrócić do swojego życia.
     Wychodząc z Otchłani, zerknął jeszcze na zegarek. Zbliżała się dziewiąta. Musiałem być nieprzytomny przez cały wieczór, pomyślał. Już późno, wypadałoby się położyć…

     Naokoło wieży…
     Gdzieś w oddali zawyła syrena karetki, ale nikt na nią nie zwrócił uwagi. Wieża oraz jej siostra bliźniaczka stały w centrum Nowego Jorku, a przechodzący pod nimi ludzie nie mieli zielonego pojęcia, co wydarzyło się na czterdziestym czwartym piętrze. Sam Baldwin, cały we krwi, zmęczony, ale usatysfakcjonowany, zjeżdżał właśnie pustą windą osobową na parter, by wreszcie wyjść z tej przeklętej Wieży.
     W oddali pojawiły się dwa boeingi 757 niczym dwóch nadciągających jeźdźców. Nikt się ich nie spodziewał, nikt nie wiedział, co zwiastują. W momencie, gdy pierwszy z nich uderzył w wieżę World Trade Center, świat zmienił się na zawsze. Sam nawet nie poczuł momentu swojej śmierci, nie był świadomy dlaczego jego dusza oderwała się do ciała, a jego ciało i kości zostały zgniecione przez tony metalu. Świat, który miał uratować, właśnie doszedł do punktu przełomu, a jedenasty września 2001 znów stał się początkiem końca pewnej ery.
     Wiatr zaczął smutno dąć…

Porwanie doskonałe

Witam, kochani. Przepraszam za tygodniową nieobecność, ale serwer nawalił i nie miałem na to żadnego wpływu. Spokojnie, niedługo i tak się przenosimy, ale wszystko w swoim czasie. Ażeby nie zanudzać Was jakimiś głębokimi refleksjami, wklejam krótki tekst, który napisałem przez ostatni długi weekend. Życzę miłej lektury i zapraszam do oceniania, so say we all!

***

PORWANIE DOSKONAŁE
AUTOR: KRZYSZTOF REWAK

24 listopada 1971,
PDX, Portland, Oregon

     Chłodna i nieprzyjemna listopadowa pogoda straszyła za oknem międzynarodowego portu lotniczego w Portland. Jesienne popołudnia w Oregonie nigdy nie należały do najpiękniejszych, aktualnie na zewnątrz padał rzęsisty deszcz, a w oddali unosiła się gęsta, nieprzejrzana mgła, ale nic nie wskazywało, by jakiekolwiek loty miały być odwołane lub mocno opóźnione. Czterdziestoletni mężczyzna w czarnej, skórzanej kurtce wszedł przez automatycznie rozsuwane drzwi i rozejrzał się po obszernym terminalu. W oczy rzucała się jego starannie wyprasowana koszula ozdobiona czarnym, niby-żałobnym krawatem z nieczęsto widzianą spinką z masy perłowej, a także przeciwsłoneczne okulary nijak potrzebne w listopadzie.
     Niewyraźny kobiecy głos z megafonów umieszczonych na kolumnach i pod sufitem oznajmił wszystkim zgromadzonym w terminalu turystom, iż lot trzysta pięć linii Northwest Orient wystartuje zgodnie z planem, co przyjęto do wiadomości z ogólnym zadowoleniem. Mężczyzna spojrzał na zegarek na prawej ręce, uśmiechnął się pod nosem i ruszył ku nowiutkiemu boeingowi 727-100, niosąc w lewej ręce czarną walizkę, którą nikt się nie przejął, której nikt nie skontrolował, której nikt nawet nie zauważył. To przeoczenie, a raczej brak odpowiednich procedur, mimo poprzednich zdarzeń, włączając w to słynne porwanie lotu 1320 sprzed półtora roku, sprawiło, iż lot trzysta pięć zostanie zapamiętany na zawsze jako arcyspektakularny wyczyn oraz przestępstwo doskonałe.
     Niepognieciony, lecz skasowany bilet z nadrukowanym fałszywym nazwiskiem, kosztujący osiemnaście dolarów i pięćdziesiąt dwa centy, spoczywał w kieszeni czarnego płaszcza, nie wiedząc, że umożliwił wejście na pokład boeinga pragmatycznemu porywaczowi, który znał swój cel i doskonale wiedział, co robi. W samolocie panował standardowy spokój, który nikomu nie przypominał przysłowiowej ciszy przed burzą; ludzie powoli zajmowali swoje miejsca, gubiąc się bezustannie w kolejkach i nie mogąc przeczytać numeru własnego fotela nadrukowanego na bilecie. Florence Schaffner, jedna ze stewardess, młoda i niebrzydka blondynka z niebieskimi oczami i krótkimi włosami, spojrzała na przystojnego czterdziestolatka zajmującego miejsce osiemnaście ce; ten mrugnął, w jej odczuciu, zalotnie i wyciągnął spod połów czarnego płaszcza prostokątną karteczkę.
     Da mi swój numer telefonu? – zadała sobie w myślach pytanie, po czym z profesjonalnym uśmiechem stewardessy podeszła do nieznajomego, odwzajemniła mrugnięcie i odwróciła się, by odsłużyć kolejną parę. To był jej błąd, bo mężczyzna, kulturalny dżentelmen, najwyraźniej chciał się przedstawić, a ona, taka głupia i nieobyta, zignorowała go. Brawo, Flo, dlatego nie masz żadnego faceta – przeleciało jej przez głowę, ale pasażer nachylił się nad jej prawym uchem, szepcząc:
     - Nazywam się Daniel Benjamin Cooper – kto się przedstawia, podając obydwa imiona? zamyśliła się, ale pan Cooper szybko wyrwał ją z fantazjowania. – Powinna pani lepiej przyjrzeć się tej notatce – powiedział bez żadnych uczuć, po czym zrobił iście teatralną pauzę. – Mam bombę.
     O kurwa! – Florence była zbyt przerażona, by cokolwiek przedostało się przez jej zaciśnięte gardło, ale nic nie zakłócało połączeń między neuronami, więc jej wybujała wyobraźnia szalała. Natychmiast zobaczyła czarną walizkę, skojarzyła wszystkie fakty i jeszcze bardziej pobladła. Wyciągnęła karteczkę z małej kieszonki i przeczytała napisaną pięknym pismem notatkę Coopera: W walizce mam bombę. Użyję jej jeśli będzie to konieczne. Chcę żebyś usiadła obok mnie. Zostaliście porwani. W odczuciu biednej Flo Schaffner był to początek jej końca.
     - Cooper żąda dwustu tysięcy dolarów w nieoznaczonych banknotach – William Scott próbował przedstawić sytuację służbie kontroli ruchu powietrznego w Seattle. – Chce też czterech spadochronów, które zostaną mu przekazana na lotnisku SEA. W każdym innym wypadku… – Scott wziął głęboki oddech, przełknął ostentacyjnie ślinę, po czym kontynuował. – W każdym innym wypadku Cooper zdetonuje ładunki.
     Gdy z kabiną pilotów skontaktowała się jedna ze stewardess, Flo Jakaśtam, nikt nie przeczuwał takiego obrotu sytuacji. Ot, zwykły lot, niczym nie wyróżniający się spośród dziesiątek odlotów z PDX; kapitan Scott spędził już tyle czasu w powietrzu, iż wszystkie czynności przychodziły mu naturalnie, a wszystko pokryło się niebezpieczną rutyną. Porwania samolotów dla okupu stały się w dzisiejszych czasach istną plagą, ale Will nie sądził, aby kiedykolwiek miałoby mu się to przydarzyć. Telewizja telewizją, ale przecież to była jego praca!
     - Kapitanie Scott, tutaj Donald Nyrop – pilot natychmiastowo zorientował się, że rozmawia ze swoim przełożonym i to nie byle jakim. Nyrop był prezesem linii Northwest, czyli najwyżej położonym zwierzchnikiem jakiego można było sobie wyobrazić poza Bogiem, w którego zakres kompetencji wchodziło wszystko, włącznie ze strącaniem samolotów. – Kapitanie, skonsultowałem się z agentami Biura i muszę wydać rozkaz współpracy z porywaczem.
     Współpracy? No bez jaj – pomyślał Scott, lecz był świadom powagi sytuacji, by nie wypowiadać tego na głos. Odesłał Schaffner do porywacza i kazał dyskretnie sprawdzić czy mężczyzna rzeczywiście ma ładunki wybuchowe. Ładnie by nas wszystkich załatwił, biorąc dwieście tysięcy, mając w walizce jakiś cholerny kilogram bananów. Stewardessa wróciła po kilku chwilach, a przerażenie w jej oczach dobitnie potwierdzało rzeczywistość zagrożenia ze strony Coopera.
     - I jeszcze jedno… – łamanym głosem dodała po opisaniu czerwonych walców, licznych przewodów i wielkiej baterii. – Nie może pan lądować póki na lotnisko nie dostarczą wymaganego okupu – oświadczyła, powtarzając słowa porywacza. Napięta atmosfera w kabinie była całkowitym przeciwieństwem aury otaczającej przedział pasażerski, a przynajmniej miejsce 18C: Cooper w tej chwili siedział spokojnie w swoim fotelu, popijając burbona z limon-line sodą, za które nawet zapłacił i bawiąc się przypinką od krawata. Wszystko było pod jego kontrolą, nikt nie mógł nic zrobić, by nie narazić bezpieczeństwa ludzi i maszyny, a wkrótce miał dostać swoje dwieście tysięcy i zniknąć bez śladu… By rozpocząć nowe życie bez zmartwień i trosk.

17:20

     Biały boeing siedem-dwa-siedem zatoczył kolejne koło nad zatoką Puget. W oddali widać było światła aglomeracji Seattle, gdzieś tam majaczyła potężna sylwetka góry Rainer, a Atlantyk rozpościerał się na resztę panoramy nieskończonością ciemnych hektolitrów wody. Na międzynarodowym lotnisku w Seattle panował nieopisany chaos spowodowany sytuacją związaną z Cooperem; agenci FBI i policjanci tłoczyli się na płycie, zastanawiając się jak rozwiązać zaistniały problem i czekając na telefony z góry.
     Zebrane pieniądze w czarnych walizkach, równe dwieście tysięcy amerykańskich dolarów w banknotach o nominale dwadzieścia, właśnie wjechały na płytę lotniska w opancerzonym wozie. Mimo bezpośredniego polecenia od Coopera, by były one nieoznaczone, Biuro Śledcze zdecydowało się przepuścić wszystkie przez nowiuteńką maszynę sprowadzoną prosto z Langley. Recordak, bo tak brzmiał jej kryptonim, wykonał automatycznie mikrofilm z każdym banknotem, rejestrując wszystkie numery seryjne do późniejszego wglądu agentów Biura; ponadto, większość pieniędzy pochodziła z Los Angeles i została wydrukowana w 1969, a ich numery seryjne zaczynały się literą L, co miało ułatwić późniejsze ich wytropienie.
     - Panie komisarzu, właśnie przyjechał transport ze spadochronami – zameldował młody policjant, który najwyraźniej pierwszy raz brał udział w tak poważnej akcji. Sprzęt początkowo miał być sprowadzony z wojskowej bazy lotnictwa w McChord, ale porywacz się na to nie zgodził. Chciał cywilnych spadochronów, koniec, kropka. Policja i FBI zmuszone było przeszukać całe Seattle, aż w końcu znalazły się w jakiejś starej szkole dla spadochroniarzy-amatorów. Komisarz zerknął na zegarek wskazujący siedemnastą dwadzieścia cztery. Piętnaście najdłuższych minut w jego życiu później, ktoś krzyknął:
     - Nadlatuje! Skurwysyn zaraz wyląduje!

17:39

     - Kapitanie Scott – Cooper zawsze zwracał się do wszystkich kulturalnie, z zachowaniem pełnej etykiety. – Proszę wylądować na najdalszym pasie, a pani, panno Mucklow – zwrócił się do jednej ze stewardess – zaraz po podkołowaniu przyciemni szyby – porywacz niewątpliwie bał się policyjnych snajperów, którym światło i rzucane cienie ułatwiłyby pracę. Lądowanie boeinga poszło zdumiewająco gładko jak na pilota mającego za sobą szaleńca z bombą… Chociaż, jakby popatrzeć na to z innej perspektywy, Dan Cooper był najmniej szalony spośród całej załogi i pasażerów.
     Po niecałej minucie na płycie lądowiska pojawił się nieopancerzony, cywilny samochód, a bezimienny pracownik NWO trzymał na przednim siedzeniu żądane pieniądze i spadochrony.
     - No, moi drodzy – rzekł Cooper przez wewnętrzny interkom – dziękuję serdecznie wszystkim za miłe towarzystwo i niesamowite opanowanie. Wszyscy mogą teraz opuścić pokład samolotu – na to dziwne polecenie pasażerowie feralnego lotu trzysta pięć odetchnęli z ulgą, ale porywacz nie skończył swojego monologu. – Kapitan Scott, panna Mucklow, pierwszy oficer Rataczak i mechanik pokładowy Anderson mają pozostać w maszynie – i dla nadania powagi swoim słowom, pokazał jeszcze raz materiały wybuchowe. Stewardessa Mucklow zeszła po przesyłkę od policji, jak to określił Cooper, po czym posłusznie wróciła na pokład ze spuszczoną głową i łzami w oczach. Daniel, widząc tę zapłakaną, bezradną i nie mającą żadnych nadziei kobietę, położył dłoń na jej ramieniu i rzekł spokojnie: – Kochana, nic ci się nie stanie. Obiecuję.

20:13

     Głupcy, pomyślał Cooper, spoglądając na oddalające się światła miasta Seattle. Jakiś nadgorliwy urzędas z FAA, Michael Makhnik (a może Maknich? Machnik? cholera wie) chciał wytłumaczyć Danowi konsekwencje porywania samolotów i podszedł do drzwi, nieświadom ryzyka, na jakie wystawia całą załogę. Ponadto, jakiś spryciarz myślał, że instalując korek parowy w pompie paliwowej cysterny i opóźniając przepływ paliwa zyska coś na czasie. Oczywiście się mylił, a Cooper musiał kolejny raz przypominać, że ma mnóstwo wybuchających zabawek. Czy ludzie są naprawdę tacy głupi, czy tylko udają? Kapitan Scott wystartował pół godziny temu i boeing zmierzał teraz w stronę Meksyku.
     Daniel Benjamin Cooper został sam w kabinie. Kazał pannie Mucklow przejść do następnego przedziału, a sam zaczął zakładać spadochron. Przeżegnał się, podniósł walizkę i przystąpił do procedury otwierania drzwi wyjściowych. Natychmiastowo włączył się interkom, a przerażony zaistniałą sytuacją kapitan Scott zapytał czy wysłać mechanika Andersona, który pomoże w usterce.
     - Nie.
     To była jedyna i ostatnia odpowiedź jaką usłyszeli od Daniela Coopera. W tym samym momencie mężczyzna opuścił schody ogonowe, kolejny raz się przeżegnał, po czym wyskoczył. Zmiana ciśnienia natychmiast została odnotowana przez instrumenty samolotu, jednak nikt nie mógł tego przewidzieć czy temu zapobiec. Panna Mucklow pobiegła natychmiast zamknąć klapę i zobaczyła pozostawioną przez Coopera walizkę z materiałami wybuchowymi.
     - Dobry Boże… – załkała. Cała załoga, czyli cztery pozostałe na pokładzie osoby, wstrzymały oddech, czekając na nieunikniony koniec. Sekundy trwały eony, a minuty zdawały się ciągnąć w nieskończoność. Stewardessa w końcu nie wytrzymała napięcia, pokonała własny strach i spojrzała do wnętrza walizki. Przekonana, że zobaczy odliczający zegar, odetchnęła z ulgą i zapłakała ze szczęścia. Nigdy w życiu nie czuła się lepiej niż teraz, dwudziestego czwartego listopada o godzinie dwudziestej piętnaście. Dna Cooper rzeczywiście dotrzymał swojej ostatniej obietnicy, bo w walizce zostawił rozbrojoną bombę, zerwany kwiat i karteczkę ze starannie wykaligrafowanym słowem Przepraszam.

Gdzie i kiedy indziej.

     Daniel Cooper wreszcie się przebudził.
     Nie pamiętał lądowania, ale wiedział, że z pewnością wyskoczył z tego cholernego samolotu trzymając walizkę z pieniędzmi. Jednak teraz nie miał nic… nawet jego ubranie zniknęło. Otaczające go sterylne ściany też nie wyglądały na miłe, oregońskie pola. Gdzie jestem?, zapytał się w myślach, nie oczekując odpowiedzi.
     - Witaj, Danielu Benjaminie Cooperze. To, co ci teraz opowiemy może wydawać się niewiarygodne, ale i tak zaraz o tym zapomnisz – zanim Dan zdążyłby cokolwiek odpowiedzieć, odziany na biało naukowiec, który niespodziewanie wtargnął do sali operacyjnej, kontynuował. – Zostałeś przeniesiony do przyszłości, by pomóc ją zmienić. Właśnie wstrzykujemy ci neurotransmiter, który umożliwi twojemu organizmowi wykorzystać więcej możliwości twojego mózgu, po czym wymażemy te wszystkie wspomnienia i prześlemy z powrotem w przeszłość.
     - Ale… Nie, to niemożliwe.
     - Niemożliwe to archaiczny zwrot z twoich czasów, Danielu – odpowiedział spokojnie, ale Dan przestał już go słuchać. Świat wokół niego zaczął wirować w białym świetle. Ostatnie słowa, które usłyszał brzmiały: Witaj w nowym świecie, Danielu.

Nadchodzi coś mrocznego

Zaskoczony ciepłym przyjęciem mojego krótkiego opowiadania Poranek, postanowiłem jeszcze raz spróbować swoich sił jak autor, czego konsekwencją jest poniższy tekst. Karol doskonale stwierdził, że Poranek nie nadaje się do kontynuacji, więc możecie się bezpiecznie (to jest, bez czytania poprzedniego) zanurzyć w nowym świecie wykreowanym w ciągu ostatnich dwóch dni. Motywacja? Trzeba wspomnieć o książce Myszy i ludzie Johna Steinbecka, szóstym sezonie Zagubionych i utworze Something Dark is Coming Beara McCreary’ego – mniej i bardziej wyraźne nawiązania będą się pojawiały z czasem. Oczywiście to tylko część pierwsza, a reszta spokojnie leży na moim twardym dysku, czekając na odpowiedni moment na opublikowanie.

***

NADCHODZI COŚ MROCZNEGO, PROLOG
AUTOR: KRZYSZTOF REWAK

     Nadchodzi coś mrocznego.

     Ta irracjonalnie prosta, lecz trudna w ogólnym zrozumieniu i pojęciu myśl nie dawała mi spokoju przez całe moje życie, pojawiając się w czeluściach mojego mózgu w najmniej spodziewanych momentach i odbierając mi radość istnienia oraz jakiekolwiek poczucie bezpieczeństwa. Moja matka twierdziła, że to były pierwsze słowa, jakie wypadły z moich ust, rówieśnicy, których niestety nie mogłem nigdy nazwać przyjaciółmi, unikali mnie jak tylko mogli, nie ukrywając strachu przed moją osobą, a ja sam brzydziłem się tego nachalnego przeświadczenia od nadchodzącej zgubie. Duchowni większości religii z pewnością nazwaliby mnie opętanym, psychiatrzy ? chorym psychicznie, a ja byłem najzwyklejszym w świecie facetem, którego nawiedzało niewytłumaczalne ponure stwierdzenie czegoś abstrakcyjnego i surrealistycznego.

     Miałem kiedyś sen. Z mojego punktu widzenia mogłoby się wydawać, że trwał on eony, że przespałem narodziny i powolne śmierci wszystkich gwiazd we wszechświecie, że zanurzony w astralnej naturze snu wpadłem w zapętloną w nieskończoność wstęgę Möbiusa, tułając się w niebycie czasoprzestrzeni. W ów śnie, a był to z definicji prawdziwy koszmar, a za razem najgorsze przeżycie jakiego doświadczyłem, umierałem na miriady sposobów, włączając w to te najbrutalniejsze i najbardziej krwawe, zaczynając od śmiertelnych chorób, poprzez straszliwe wypadki, a kończąc na niemożliwych do wyobrażenia sytuacjach, których nawet nie potrafię powtórzyć. Za każdym razem, gdy umierałem, moja dusza przedostawała się do kolejnego ciała, bym mógł powtórzyć cały proces innym sposobem, bym mógł dłużej odczuwać straszliwe męczarnie i katusze. Wrażenie fizycznego bólu było niczym innym jak wyobrażeniem ? byłem tego pewien, ale nie to było najgorsze; najdotkliwsze piętno zostawiały na mnie mentalne tortury, które musiałem znosić, wiedząc, że następne wydarzenia będą tylko gorsze. Po tym koszmarze obudziłem się z wrzaskiem i zauważyłem, że cała moja rodzina obserwuje mnie z nieukrywanym przerażeniem. Zlany potem, przemęczony i złamany psychicznie, uświadomiłem sobie, że rzeczywiście coś mnie opętało, a ślady krwi na moim ciele utwierdziły mnie w tym przekonaniu. Matka moja, osoba bardzo pobożna i wychowana w tradycji chrześcijańskiej, najchętniej zapomniałaby o więzach krwi i wyrzuciła z rodzinnego domu, ale ojciec, człowiek odważny i skrycie wątpiący w istnienia sił nadprzyrodzonych, odwiódł ją od tego pomysłu i zaopiekował się mną należycie.

     Cały następny dzień, od wschodu do zachodu Słońca, spędziłem w bezpiecznym domu, bojąc się wyjść i spotkać ze światem zewnętrznym, z którym kontakt mógłby się dla mnie skończyć tragicznie. Zacząłem rozmyślać nad sensem życia, popadłem w głęboką depresję, a na domiar złego, znów pojawiła się owa nawiedzająca mnie sentencja; wiedziałem, że nadchodzi coś mrocznego, jednak nie potrafiłem nawet określić cóż to takiego, nie wspominając nawet o pełnej interpretacji. Nie chciałem zasypiać, bałem się, ale zmęczony trudną i niespokojną nocą, usnąłem na chwilę, by powrócić do koszmaru.

     Następnej nocy również.

     I następnej.

     I jeszcze następnej.

     Moja wewnętrzna odporność psychiczna została doszczętnie zniszczona, moje poczucie bezpieczeństwa definitywnie zanikło, wszystkie emocje zostały wypaczone. Byłem złamanym człowiekiem, zniszczonym przez kaprys Boga, genetykę lub zwykły niefart, budzącym się co dzień po potwornym koszmarze i muszącym sobie radzić z rzeczywistością przez pryzmat introspekcyjnych doświadczeń. I w tym straszliwym momencie uświadomiłem sobie, że rzeczywiście odstaję od wszystkich innych ludzi, nie tylko pod względem psychicznym, ale również fizycznym. Straszliwe koszmary zdały się być katalizatorem (a może przyczyną?) dziwnej genetycznej anomalii, która w moim mniemaniu postawiła mnie na równi z samym Bogiem. Ja, cierpiący za nocy nieludzkie katusze, zostałem obdarzony darem, do którego ludzkość dążyła od zawsze. Długi czas nie mogłem w to uwierzyć, całymi dniami przeżywając na nowo nocne koszmary i nie mając czasu na dłuższe refleksje, ale w końcu uświadomiłem sobie prawdę: w niewytłumaczalny dla mnie sposób, stałem się nieśmiertelny.