Poranek

Czasami mam wenę i zaczynam pisać, pisać i pisać. Z reguły, nawet, gdy już coś skończę, zazwyczaj leży to na dysku, czekając na najbliższy format. W większości przypadków, praca nawet nie zostaje ukończona, gdyś w połowie monumentalnego dzieła, które ma już dobre sto dwadzieścia stron, tracę jakiekolwiek chęci i porzucam projekt. Dzisiaj macie niepowtarzalną okazję przeczytania czegoś, co kotłuje się w mojej głowie od jakiegoś czasu, jednak nie mogłem znaleźć sposobu przelania tego na kilobajty. Zatem nie pozostaje mi nic innego jak zaprosić Was do lektury, o.

***

PORANEK
AUTOR: KRZYSZTOF REWAK

     Dzień jak dzień, każdy wygląda tak samo.

     - Kochanie, wstawaj ? otworzyłem oczy, udając, że słodki głos Jennifer wyrwał mnie z lekkiego snu. W rzeczywistości, od dobrych piętnastu minut nasłuchiwałem odgłosów budzącego się do życia domu, zastanawiając się nad błahymi sprawami związanymi z nadchodzącym dniem i opracowując plan wspólnego wyjazdu na weekend. – Już szósta, spóźnisz się do pracy.

     Nazywam się Edward Chance, mam trzydzieści pięć lat, jestem założycielem i dyrektorem generalnym CapriDynamics, największej w tej części świata kompanii produkującej uzbrojenie dla wojska. Urodziłem się w prowincjonalnej mieścinie, której żadne dziecko w stolicy nie potrafiłoby wskazać palcem na mapie, ale moje zdolności w kierunkach automatyki, informatyki i sprzętu bojowego pozwoliły na studiowanie na najbardziej prestiżowych uczelniach świata. Oprócz satysfakcjonującej i dobrze płatnej pracy, udało mi się związać z najpiękniejszą ? w moim przekonaniu ? kobietą na świecie i zbudować solidne fundamenty pod resztę życia. Brzmi nieco zbyt idyllicznie? No cóż, jak to się mawia, jedni mają szczęście, inni nie.

     Zmieniłem pozycję z leżącej na siedzącą i spojrzałem zegarek wskazujący godzinę 06:07. Przeczesałem prawą dłonią półdługie włosy i dotknąłem policzków, uświadamiając sobie, iż wypadałoby się ogolić. Mój zastępczy dyrektor, Matt Agathon, powiadomił mnie wczoraj, tuż po godzinach, w których wypada dzwonić, o niespodziewanie zapowiedzianej wizycie „kogoś z góry”, kto chce złożyć zamówienie rządowe warte miliardy euro. Nasze bojowe automaty spisywały się doskonale na polach bitew w Afganistanie i Somalii, a bojowe kombinezony uratowały życie niejednego żołnierza, więc nic dziwnego, że coraz więcej państw podpisywało kontrakty opiewające bajońskie sumy, a my bogaciliśmy się o kolejne miliony. Dzisiejsza rozmowa była jednak bardzo ważna i miała nieść mnóstwo pozytywnych skutków, więc musiałem zadbać o pierwsze wrażenie jako CEO.

     Ogoliłem się szybko, słuchając jak z głośników w salonie sączy się cicho Running Up That Hill w wykonaniu Placebo, po czym ubrałem koszulę, zawiązałem krawat i zbiegłem na dół, skacząc co drugi stopień i podśpiewując w rytm piosenki. Jennifer już stała w kuchni, smażąc jajecznicę na teflonowej patelni, zerkając od czasu do czasu na gotującą się wodę.

     - Cześć, kochanie ? przywitałem się z żoną. Wysoka blondynka odwróciła się i spojrzała na mnie swoimi wielkimi oczami o nieokreślonej barwie, uśmiechając się i obnażając rząd białych zębów.

     - Lustra w domu nie masz? – zaśmiała się życzliwie, ścierając placem wskazującym resztkę pianki do golenia z mojego podbródka. Uśmiechnąłem się gorzko, po czym spojrzałem na usmażone śniadanie. Kilka kurzych jajek, krwiste mięso, mnóstwo curry i cayenne, czyli tak jak lubię. – Wrócisz dzisiaj wcześniej? – Nienawidziłem sprawiać jej zawodu, chociaż byłem świadom, że Jess wie, iż moja praca wymaga ode mnie wyrzeczeń; nigdy nie pogniewała się z powodu przedłużających się konferencji w HQ CapriDynamics, przerywających sen telefonów od Matta czy niespodziewanych wizyt „ludzi z branży”.

     Pokręciłem przecząco głową i wyjaśniłem bieżącą sytuację. Jess nigdy nie interesowała się moimi badaniami, nigdy nie pytała o żadne szczegóły, nawet nie schodziła do mojej pracowni, zwyczajnie w świecie jej to nie interesowało. Aktualnie pracuję nad cybernetyczno-logicznym organizmem neuronowym, który ma stać się zabójcą idealnym na polu bitwy, jak i podczas działań skrytobójczych. Tak, znam klasyki kina i wiem, co się stało w Terminatorze czy w Battlestar Galactice, ale nasze maszyny nie obrócą się przeciwko nam, przynajmniej mam taką nadzieję. Pierwszy egzemplarz, który pieszczotliwie nazwaliśmy c0005, stawiał już niepewne kroki jako jedyna na świecie maszyna obdarzona w pełni funkcjonującą sztuczną inteligencją.

     - Pamiętasz o przyjeździe Boba?

     Ach, no tak. W piątek przyjeżdża jej ukochany wuj, Robert Carlson, z którym mam przyjemność wyjeżdżać na polowanie raz na dwa miesiące. Miły facet, ale zbyt pasjonuje się zabijaniem zwierzyny, przez co wyjazdy nabierają niepotrzebnej brutalności. Nie żebym nie lubił polować czy czuł żal do ofiar, ale Bob za bardzo to przeżywa. Pokiwałem głową na znak potwierdzenia i rzuciłem okiem na wczorajszą gazetę. Świat wciąż nie mógł się otrząsnąć po suszy stulecia, która pochłonęła prawie trzy miliony dusz, komentowano ataki dzikich zwierząt na okoliczne wioski, wspomniano również o ostatnich nielegalnych badaniach nad ludźmi przeprowadzanych przez HaspelCorp, największego rywala CapriDynamics, który zaczynał wchodzić na rynek biochemiczny.

     - Słońce już zachodzi, pora się zbierać ? powiedziałem, zerkając na naścienny wyświetlacz LCD. Obnażyłem ostre kły i założyłem czarną marynarkę. – Kochanie, wrócę przed świtem, nie martw się ? obiecałem i wyciągnąłem samochodowe kluczyki. Jess stanęła w drzwiach i trzymając kubek z zimną krwią, pomachała mi na pożegnanie. Ot, zwykły początek dnia. Codziennie powtarzane sytuacje, nic zaskakującego.

     Nazywam się Edward Chance, mam trzydzieści pięć lat, a za dwa tygodnie obchodzę swoje dwieście czterdzieste piąte urodziny. Jestem naukowcem, bo świat potrzebuje zmian. Zmiany są bolesne, ale przynoszą ewolucyjny postęp. Zmiany takie jak wprowadzanie sztucznej inteligencji do ciężkich machin bojowych wysyłanych na front; zmiany takie jak przemiana świata człowieka w świat wampira. Można by dyskutować na zaletami wadami masowej wampiryzacji, ale to nie miejsce na takie dywagacje. Przynajmniej żyje się ciekawiej.

Poza czerwoną linią: Prolog, część II

Przed Wami druga część prologu rozpoczynającego Poza czerwoną linią mojego autorstwa. Przybliża głównych bohaterów i wprowadza w główne wydarzenie, wokół którego będzie oscylowała fabuła. Poprzednia część znajduje się tutaj. Z góry dziękuję za słowa konstruktywnej krytyki w komentarzach.

PROLOG
ZŁE SNY, część II

Zduszony okrzyk przerażenia rozległ się wśród pustych i ciemnych korytarzy w kurorcie wypoczynkowym Zjednoczonej Floty usytuowanym na skraju Otchłani. Była to ładnie wykończona gwiezdna stacja, w której stacjonowali wyżsi rangą oficerowie na urlopie, jednak aktualnie mieszkał tu jedynie dowódca, admirał John Caree, weteran galaktycznej wojny domowej.

Sześćdziesięcioośmioletni mężczyzna z biednej dzielnicy Denon City wybudził się natychmiastowo z koszmaru, który dręczył go od lat. Codziennie to samo: bitwa o system Beara i ucieczka J-Jedenastką, spełniając ostatnie życzenia CO. Teraz sam był admirałem, a jego UFS Atlantis stał się flagową jednostką Floty, jednak nie mógł się odpędzić od myśli o wojnie. Adm. Caree walczył w galaktycznej wojnie domowej po stronie Ziemi, mimo iż pochodził z Denonu. Nie zgadzał się z ideologiami buntowników i był zdecydowanym zwolennikiem przetrwania Trzech Republik, jednak sytuacja zmusiła go do podjęcia walki. Walczył o Or Bethan, bronił Ziemi podczas operacji Overlord i był ostatnim XO ERS Angela. Teraz był tylko starym człowiekiem w białym mundurze, którego jedynym obowiązkiem jest podpisywanie raportów z misji treningowych Floty.

Wojna skończyła się trzydzieści lat temu Traktatem Pokojowym na stacji Centurion, który ponownie zawiązał Trzy Republiki, a także utworzył Zjednoczoną Flotę, która miała w przyszłości bronić ludzkości przed zagrożeniami. Zmodernizowano okręty wojenne, wprowadzono nowe pancerniki klasy Celtic II, wciąż produkowano najnowsze myśliwce J-13, jednak admirał uważał, że Flota przestała być flotą w prawdziwym znaczeniu tego słowa.

Ach, jakże mu brakowało walk kosmicznych. Tego napięcia, tej adrenaliny. Odgłosu startujących myśliwców i dźwięku syren alarmowych na C2. Teraz mógł jedynie spoglądać na ekrany taktyczne, zastanawiając się nad wojskowymi teoriami i nakazywać wracać swoim ptaszkom do HQ.

Caree spojrzał na elektrowniczy zegarek. Trzecia nad ranem, jednak wiedział, że już nie zaśnie. Przeklęte koszmary. Zauważył, że na komunikatorze miga czerwona lampka, więc leniwie wstał i wyświetlił nagraną wiadomość. Wystarczyło przeczytać nagłówek, oznaczony kodem czerwonym, by wiedzieć, że dzieje się coś złego. Admirał natychmiast podniósł słuchawkę, wybierając numer Centrali Floty na pobliskim Konnorze, by dowiedzieć się więcej o niespodziewanym zdarzeniu.

Odpowiedziała mu jedynie cisza.

***

– Cień Jedenaście, wszystkie zielone.

- Dwunastka w pełni sprawny.

- Eskadra Cieni do szyku bojowego ? rozkazał CAG przez komunikator. Gdy tylko dowódca i jego XO utworzyli dziób formacji, kapitanowie nadlecieli, by zostawić miejsce młodszym oficerom. – Nasz cel: lotniskowiec terrorystów, Gwiazda Konnoru. Standardowa procedura: nalot, atak, powrót.

Dwanaście czarnych jak noc myśliwców bojowych J-13 wyleciało zza sterburty UFS Transgalactica. Zbliżali się do celu z prędkością bliską tysiącowi kilometrów na godzinę, zasypując napotkane po drodze wrogie kanonierki gradem laserowego ognia. Dowódca Cieni dał znać kliknięciem komunikatora, aby piloci rozproszyli się i wybrali własne cele.

Eskadra Cieni powstała na samym początku galaktycznej wojny domowej jako jedna z czterech eskadr na krążowniku ERS Mexico, jednak szybko stała się elitarną jednostką, w której skład wchodzili najlepsi ziemscy piloci. Stali się symbolem walki o wolność i demokrację, bohaterami, którzy ratowali świat przed złem, idolami wielu zwykłych, szarych ludzi. Po wojnie okazało się, że Cienie zniszczyły najwięcej maszyn wroga i wszyscy piloci otrzymali awanse i własne okręty, a eskadra, choć wciąż formalnie istniała, przestała prawidłowo funkcjonować. Dwadzieścia sześć lat po Traktacie na stacji Centurion pewien młody człowiek otrzymał zadanie utworzenia nowych Cieni. Kapitan Patrick Hope uformował nową eskadrę, z którą ćwiczył o czterech lat przy użyciu ostrej amunicji i bez symulatorów.

Dowództwo Floty wysłało ich, by zażegnali kryzys związany z Dziećmi Konnoru, nacjonalistycznymi terrorystami, którzy wciąż chcieli oderwać macierzystą planetę z konfederacji Trzech Republik. Okazało się, że dane Wywiadu są ? jak zwykle ? niekompletne i do akcji trzeba było włączyć krążownik UFS Transgalactic, bo terroryści zdobyli gdzieś przestarzały lotniskowiec i jeszcze starszy krążownik Celtic.

- Dwie kanonierki na ogonie, Tython ? krzyknął Horus.

- Już je zdjęłam ? odpowiedziała Coz-Con.

Trzy myśliwce utworzyły szyk bojowy w kształcie klina i zaatakowały mostek Gwiazdy Konnoru. Tymczasem dowódcy Cieni, Zephyr i Starborn, zaatakowali od bakburty, wysyłając rakiety udarowe w generatory tarcz ochronnych. Energetyczne osłony otaczające lotniskowiec opadły.

- Siła ognia na sto procent ? rozkazał CAG. – Rozwalmy skurwysyna.

Dwanaście J-Trzynastek wykonało identyczny manewr i zawróciło w kierunku rozpadającego się lotniskowca. UFS Transgalactic wycelował wyrzutnie rakiet atomowych w masywne płyty ochronne lotniskowca, jednak Eskadra Cieni zdołała unieszkodliwić okręt przed użyciem ciężkiej broni. Kolejna misja, kolejna dobrze wykonana robota. Piloci przyzwyczaili się do odnoszenia sukcesów, gdyż nie bez powodu byli nazywani najlepszą eskadrą we Flocie.

- Starborn, zbierz swoje skrzydło i wracamy do domu.

- Już się robi, dowódco.

Cała eskadra, bez najmniejszej rysy na czarnym lakierze, wylądowała w głównym hangarze lotniczym UFS Transgalactica. Natychmiastowo pojawili się ubrani w czerwone kombinezony mechanicy, którzy rozpoczęli standardowe procedury techniczne.

Major Patrick Zephyr Hope wyszedł niezgrabnie z myśliwca, schodząc po podstawionej drabince, po czym zdjął hełm i rozprostował ramiona. Trzeba przyznać, że J-Trzynastki może i były najnowocześniejszymi maszynami do zabijania, jednak projektanci zapomnieli o komforcie pilotów. Major Hope był CO Eskadry, Cieniem Jeden, a także CAG w FFW i to właśnie on zreorganizował Cienie przed czterema laty. Rozpiął lotniczy kombinezon, uważając, by nie zerwać insygniów majora oraz srebrnych nieśmiertelników.

Nagle poczuł ostry ból na prawym przedramieniu i zobaczył Starborn stojącą metr od niego z rękami w pozycji bokserskiej. Zauważył błysk w jej oczach i przyjął identyczną postawę.

- Zephyr, tamten pirat był mój! – krzyknęła z wyrzutem i uderzyła go w pierś. Hope uśmiechnął się łobuzersko i zablokował kolejny cios, wykręcając rękę pani major i unieruchamiając ją. Starborn, a raczej mjr Barbara Justin, była jego XO i przyjaciółką od czasów szkoły średniej i znali się lepiej niż ktokolwiek inny. Wiedział, że chciała zestrzelić jak największą liczbę piratów, by domalować na skrzydłach swojego ptaszka kolejne kontury wrogich statków.

- Majorze, będziemy mogli narysować ten lotniskowiec? – zawołał wychodzący z myśliwca kapitan Fresk.

- Razor, możemy go podzielić na dwanaście, jeśli tak bardzo ci na tym zależy ? odparł Zephyr, rzucając mokry od potu kombinezon do pobliskiego kosza. – Ja zamawiam kontury CIC!

Ja biorę FTL! A ja wyrzutnie atomówek! Cholera, zostają mi zestawy tarcz!

Major uśmiechnął się pod nosem, słysząc przekrzykiwanie się jego pilotów. Wykąpał się w koedukacyjnej szatni połączonej z hangarem jednym wąskim korytarzem, ubrał wyprasowany mundur oficerski, poprawił oficerskie insygnia i udał się na C2, by zrelacjonować komandorowi misję.

Gdy tylko doszedł na miejsce i spojrzał na jarzący się napis CIC, wiedział, że stało się coś złego. Na mostku panowała niespotykana cisza, coś, czego major nie doświadczył nigdy w życiu. Nie lubił C2, lecz zawsze, gdy tu przebywał, słyszał rozkazy CO, krzyki oficerów łącznościowych lub głośne obliczenia informatyków. Przyzwyczaił się, że mostek tętni swoim życiem, więc grobowa cisza zdezorientowała go. Gdy popatrzył na komandora Kareka zrozumiał, że stało się coś straszliwego.

- CAG melduje się, panie komandorze ? rzekł, salutując, a w tym samym momencie poczuł jak pancernik przyspiesza do FTL, a gwiazdy na przednim ekranie zamieniają się w świetliste smugi. Oficer odpowiedzialny za napęd dał podniesionym do góry kciukiem znak, że osiągnięto oczekiwaną prędkość, a komandor Karek szybko i niemal niezauważalnie otarł samotną łzę z prawego policzka.

- HQ na Konnorze nie odpowiada na nasze wezwania od wczorajszego wieczoru GST. Dzisiaj otrzymaliśmy wiadomość z Otchłani, że konnorańskie skrzydło Floty zostało zniszczone, a sam Konnor najprawdopodobniej został zbombardowany.

Majorowi ścisnęło gardło. Wiedział, że fraza został zbombardowany oznacza jedno: spuszczono atomówki. Jeśli sprawdzi się najgorszy scenariusz, zginęło jedenaście miliardów ludzi.

Jedenaście.

Miliardów.

Ludzi.

A jedyne, co mógł powiedzieć, to tylko ciche kto?

Poza czerwoną linią: Prolog

Witajcie, moi drodzy. Macie przed sobą niepowtarzalną okazję przeczytania pierwszej części prologu mojego najnowszego dzieła pisanego prozą. Jest to Poza czerwoną linią, czyli psychologiczna powieść fantastyczno-naukowa, którą mam zamiar ukończyć w najbliższej przyszłości. Głównych bohaterów mam już wykreowanych, zresztą tak jako tło historyczne oraz notatki na temat pojazdów, wojskowości i techniki. Życzę miłej lektury i przypominam, że to dopiero pierwszy fragment, a i tak może się zmienić.

PROLOG
ZŁE SNY

Niewyraźne obrazy, przygłuszone dźwięki, odczuwanie swoich wszystkich słabości i nagle ketonowa eksplozja wewnątrz twojego mózgu, która wyzwala nieskończone pokłady hormonów. W jednym momencie widzisz wszystko z największą dokładnością, słyszysz każde, nawet najmniejsze, wyładowanie elektryczne przechodzące pomiędzy przerwanymi kablami zwisającymi z komputerów na mostku. Zdaje ci się, że jesteś niezwyciężony. Myślisz, że poprowadzisz swoich ludzi do zwycięstwa, że będziesz umiał doskonale dowodzić flotą, że zgnieciesz przeciwników w proch. To wszystko jest tylko ułudą. Iluzją spowodowaną faktem, iż umierasz, a to ostatnie sekundy twojego życia.

Nie inaczej czuł się admirał Jacob Bear stojący na mostku ciężkiego pancernika klasy Celtic, ERS Angel. Jego okręt był statkiem flagowym Floty Ziemskiej, symbolem, wokół którego zdążyła już narodzić się legenda. Angel brał udział w galaktycznej wojnie domowej od samego początku, od partyzanckiego ataku eskadr myśliwców Konnoru na kopalnię uranium należącą do Republiki Denonu. Wojna rozdarła zjednoczoną dotąd galaktykę, co odbiło się na każdym jej obywatelu. Były przypadki, gdzie przyjaciele stali po dwóch rożnych stronach barykady, zdarzało się, że syn zestrzeliwał ojca w bezpośredniej walce myśliwców albo brat nakazywał wystrzelić pociski z bronią atomową w jednostkę brata. Tragiczne przeżycie dla każdego, jednak admirał Bear zdawał się stracić najwięcej. Jego rodzice zginęli, gdy niszczyciel Republiki Konnoru zaatakował ośrodek wypoczynkowy na orbicie Neptuna, brat został wcielony do Floty Denonu i zginął podczas bitwy o stację Centurion, a jedyny syn zdezerterował i zestrzelił go jego najlepszy przyjaciel, ówczesny dowódca grupy powietrznej Angela. Od tamtej pory admirał zachowywał się jakby świat przestał istnieć; widać było jak się załamał, czasami odchodził od zmysłów, jednak wszyscy na jego statku go szczerze kochali i oddaliby za niego swoje cenne życie.

Tego dnia los spłatał jednak wszystkim figla. ERS Angel wracał z Otchłani, tajnej bazy Floty Ziemskiej, gdzie został zatankowany i uzbrojony, po czym właśnie wracał do Układu Słonecznego, by dołączyć do głównego trzonu Floty, który miał przypuścić ostateczny szturm na Konnor. Pech chciał, że w niezbadanym systemie gwiezdnym flota rebeliantów przygotowała zasadzkę. Specjalnie opracowany okręt wytwarzający sztuczną studnię grawitacyjną opóźnił prędkość Angela do podświetlnej, a wtedy krążowniki rozpoczęły atak.

Jak to jest, gdy nadchodzi twój koniec? Widzisz jak przed tobą wyrastają nagle dziesiątki wrogich wojennych okrętów wyposażonych w setki baterii dział konwencjonalnych i wysuwające się spod grzbietu wyrzutnie broni atomowej. Kątem oka zauważasz jak myśliwce, jakże podobne do twoich, tylko pomalowane na bordowo, lecą w twoją stronę, zasypując twój statek gradem pocisków. Słyszysz alarm włączony przez nadgorliwego żółtodzioba, który dopiero co został przez ciebie mianowany XO, gdyż stary Karl zginął podczas pierwszej eksplozji, jednak starasz się go nie słuchać. Syrena alarmu cichnie i z głośników wydobywa się rozkaz ewakuacji i nie zdajesz sobie nawet sprawy, że właśnie ty go wydałeś. Obserwujesz jak oficer łącznościowy zrywa słuchawki ze swoich uszu i biegnie razem z operatorami FTL ku hangarom, by odlecieć na pokładzie któregoś z transportowców. Widzisz jak para żołnierzy próbuje utorować zatłoczone korytarze ? nieskutecznie. W końcu zauważasz ów żółtodzioba, który został pierwszym na Angelu i przekonujesz się, że płacze. Po chwili uświadamiasz sobie, że z twoich oczu również płyną słone łzy, jednak gestem rozkazujesz młodemu porucznikowi, by opuścił mostek. Kolejna eksplozja wywołuje wstrząs wzdłuż linii konstrukcyjnej całego pancernika, a ty otrzymujesz automatyczny raport o stanie technicznym okrętu.

ERS Angel umiera, a ty razem z nim.

To nie był zwyczajny okręt. Nie mówimy już nawet o tym, że nigdy nie przegrał żadnej bitwy, że zawsze umiał wyjść z najgorszej sytuacji i potrafił zażegnać każde zagrożenie. To można powiedzieć o wielu statkach we Flocie, więc coś innego go wyróżniało. Wszyscy oficerowie, piloci czy mechanicy czuli, że Angel potrzebuje miłości, by istnieć. Może i jego tytanowy szkielet utrzymywał wszystkie pokłady w całości, ale cały personel wręcz kochał ten okręt. Był to ich dom, miejsce gdzie żyli, świętowali sukcesy, zbierali się po porażkach. Miejsce, gdzie umierali twoi najlepsi przyjaciele, lecz także ich znajdowałeś. Ot, zwykły statek, jednak dla całej załogi było to miejsce niewątpliwie magiczne.

Widzisz jak ostatnie myśliwce wylatują jak kanarki z otwartej klatki, niczym szczury z tonącego okrętu, jednak masz przeczucie, że nie możesz zwyczajnie wstać i wyjść. Wiesz, że po stracie Angela, jedynego dziecka, jakie ci pozostało, nie będziesz miał dlaczego żyć. Dalsze życie nie będzie miał żadnego sensu. Dlatego też stoisz na mostku i widzisz jak kolejne głowice nuklearne uderzają w poszycie twojego statku. Widzisz jak komputery, jeden po drugim, zapalają się od siebie, by ogień strawił wszystko, co napotka na swojej drodze. Lśniący napis CIC leży na ziemi, tuż u twoich stóp, a jedyne, co możesz zrobić, to uronić kolejną łzę.

Jak wygląda koniec admirała Jacoba Beara? Mówi się, że przed śmiercią człowiek widzi całą swoją przeszłość, podobno obrazy przelatują przed oczami, aż w końcu człowiek zasypia na zawsze. Admirał jednak nie widział ani scen z dzieciństwa, ni pierwszego pocałunku, ani dnia ukończenia szkoły oficerskiej, ani awansu na stopień admirała. Jedyne, co miał przed załzawionymi oczami, to widok wciąż rosnącego flagowego okrętu Floty Konnoru.

Czujesz swąd ognia, jednak nie przejmujesz się tym. Ludzie, których czeka nieunikniona śmierć, przestają się przejmować nic nieznaczącymi drobiazgami na rzecz innych drobiazgów, które umilały im całe życie. Dlatego admirał wyciąga z pogniecionej i zakrwawionej marynarki ostatnie cygaro i zapala je, zaciągając się aromatycznym dymem. Zapomina, że oficer łącznościowy nie wyłączył nadawania z C2, więc słyszą go wszyscy, zarówno w maszynach wroga, jak i w wahadłowcach z Angela. Admirał śpiewa swoją ulubioną piosenkę, którą niegdyś odnalazł w głębinach globalnej sieci, piosenkę, która kojarzyła mu się zawsze z nadzieją na miłość. Dla admirała to najpiękniejsza i najsmutniejsza chwila w życiu. Dla uczestników bitwy ? zdecydowanie najsmutniejsza. W jednym momencie wszyscy wyłączają silniki i wstrzymują ogień, chcąc oddać hołd admirałowi Bearowi.

Nie mów mi, gdy będę umierać, bo nie chcę tego wiedzieć…

I w tym tragicznie epickim momencie, w ostatniej chwili życia admirała Jacoba Beara, piosenka się urywa. Najzwyczajniej w świecie się kończy, a wraz z nią kończy się żywot admirała oraz istnienie ERS Angela, który właśnie wbija swój dziób w mostek okrętu flagowego wroga. Dochodzi do nuklearnej eksplozji o sile milionów megaton, która pożera oba statki w mgnieniu oka. Fala jądrowego piekła rozchodzi się po systemie gwiezdnym, niszcząc maruderów, którzy znaleźli się zbyt blisko okrętów, a w tym również statek wytwarzający studnię grawitacyjną.

W jednej chwili wszyscy budzą się z nostalgii, włączając napędy FTL i przyspieszając do prędkości nadświetlnej. Pozostawiają wrak ERS Angela, unoszący się bezkresnej próżni nienazwanego systemu gwiezdnego, by wkrótce układ nazwano nazwiskiem admirała, a sam Angel stał się pomnikiem galaktycznej wojny domowej. W ostatniej chwili przed skokiem, zauważasz, że okręty wroga zaprzestają pościgu, widzisz jak chowają się baterie i atomówki. I wtedy przychodzi najlepsza i najgorsza wiadomość w Twoim życiu.

Wojna się zakończyła.