Niezależny od uzależnień

[21:49:59, John May] Krzysiu
[21:50:23, John May] Ty nie pijesz alkoholu do 18, a jak z paleniem marihuany?
[21:50:39, Krzysiek Rewak] Jesteś świadom do kogo mówisz?

No cóż, muszę się przyznać, że wcale nie rozmawiałem z Johnem Mayem na ten ani jakikolwiek inny temat, ale powyższy transkrypt jest prawdziwy, aczkolwiek dane osobowe rozmówcy ukryto w ramach niełamania praw osobowych (bla-bla-bla, prawny bełkot, bla-bla-bla). Niezmiernie się cieszę, że mogę już zostawić tematy polityczno-społeczne związane z zeszłotygodniową żałobą i skupić się na bardziej przyziemnych sprawach, które dotykają nas w mniejszym lub większym stopniu. Więc cóż takiego to może być? No, oczywiście, że chodzi mi o uzależnienia, które przecież dotyczą każdego człowieka na Ziemi (faktem jest to, iż można się uzależnić od prawie wszystkiego), a ja chcę się skoncentrować na tych, które mnie najbardziej irytują i szkodzą.

Jak już kiedyś wspominałem, nie piję alkoholu i ciągle się trzymam mojej decyzji. Bardziej to wynika z mojego chorego uporu i chęci udowodnienia sobie nie wiadomo czego, ale czuję się z tym całkiem nieźle i nie zamierzam rezygnować z mojego przyrzeczenia przynajmniej do ukończenia osiemnastego roku życia (ach, jeszcze dwa i pół miesiąca). Zdecydowanie przyzwyczaiłem się już do otaczających mnie pijących osób na wszelakich imprezach (niektórzy jednak jeszcze nie potrafią zrozumieć mnie) i w ogóle mi to nie przeszkadza, z resztą dlaczego w ogóle miałoby mnie to obchodzić? Natomiast inaczej jest z paleniem papierosów, co jest dla mnie na tyle niezrozumiałe, co zwyczajnie beznadziejnie głupie i bezsensowne. Gdy alkohol jeszcze daje jakieś poczucie dobrej zabawy i wpływa na umysł, fajki jedynie szkodzą. Gdyby zabijały jedynie palacza, nie miałbym z tym żadnego problemu, proszę bardzo, to twoje życie i rób z nim co chcesz. Ale po jaką cholerę masz truć i mnie? Cholera jasna, nie potrafisz uszanować czyjegoś zdrowia? Zazwyczaj jestem liberalny wobec większej części aspektów naszego życia, ale tutaj widać mój postępujący konserwatyzm, który z brzegów zaczyna przypominać stare, dobre, faszystowskie metody: a gdyby tak zakazać palenia? Ja byłbym zadowolony, czarny rynek by się rozwijał, a rzesze rozwścieczonych palaczy strajkowałyby wszędzie, gdzie tylko by się dało. Utopia!

Tak, zdaję sobie sprawę z tego, iż to niemożliwe, jednak… Zagłosowałbym na kogoś głoszącego takie poglądy! Nie muszę chyba robić wykładu na temat szkodliwości całego badziewia znajdującego się w papierosie, prawda? A skoro jesteśmy przy paleniu, warto też zahaczyć o to, czego palić, przynajmniej według prawa polskiego, nie można. Narkotyki są w polityce tematem tabu, nikt o tym otwarcie w prasie nie mówi, ale każdy, kto chociaż w najmniejszym stopniu orientuje się w mentalności dzisiejszej młodzieży, wie jak te sprawy wyglądają. Fakt, to, co jest nazywane ciężkimi narkotykami nawet nie uchodzi w towarzystwie, ale nikt nie widzi niczego złego z marihuanie czy innym zielsku, którego nawet nie zamierzam tykać. Mamy społeczne przyzwolenie, więc dlaczego by nie zajarać? U mnie kłóci się to z kodeksem moralno-etyczno-cholera-wie-jakim, ale większość znanych mi osób nie przejmuje się takimi sprawami. A skoro trudno jest im bawić się bez używek, muszą sobie jakoś radzić.

Co jest w tym wszystkim dziwnego? To, że jakoś mi to nie przeszkadza. Póki nie jestem do niczego zmuszany ani mi to nie szkodzi w żaden bezpośredni sposób, nie interesuje mnie to kompletnie. To już jest sprawa każdego, indywidualnego człowieka, czy potrafi radzić sobie z rzeczywistością jak na mężczyznę przystało (drogie panie, wybaczcie, ale inne porównanie tu nie pasuje) czy też musi sięgać po jakieś dopalacze. Na koniec, odpowiadając na pytanie ze wstępnego cytatu, chcę oficjalnie i publicznie rzec, że mimo ukończenia osiemnastego roku życia nie zamierzam spożywać, zażywać, palić czy użytkować w jakikolwiek inny sposób substancji narkotycznych, bla-bla-bla… Cóż za epickie przyrzeczenie, prawda? Heh, ale to tylko ja, ten frakkin’ abstynent i dziwak. No, do zobaczenia po drugiej stronie, kochani!

Więc dlaczego nie dzwonię do Mamy?

Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się aż takiego odzewu na poprzedni wpis pt. (nie)Dzwonimy do Mamy!, a tu taka niespodzianka. Zdziwiłem się nie tylko ilością, ale raczej jakością komentarzy pod tekstem, z których wywiązała się naprawdę świetna dyskusja na temat dzwonienia do Mamy, a także nieumiarkowania picia wśród ludzi. Wyszło, że każdy ma swoje zdanie oraz argumenty i będzie się ich uparcie trzymał. Pojawiło się jednak stwierdzenie, że nie mogę wiedzieć, co czuje człowiek narąbany w trzy sosny, gdyż nigdy nie piłem alkoholu. Dobra, pomińmy filozofie racjonalistyczne i empiryczne, a przejdźmy do sedna: dlaczego nie piję?

Ale najpierw krótka refleksja: dlaczego ludzie nie piją? Widzę trzy powody, z których, szczerze mówiąc, tylko jeden jest sensowny. Po pierwsze, można nie pić ze względów religijnych, przykazań wobec Boga, w obawie przed grzechem i takie tam święte sprawy. Takie rozumowanie wyszło we wczorajszo-przedwczorajszych komentarzach, ale w żadnym wypadku do mnie nie pasuje. Okej, jest człowiekiem wierzącym, ale nie uznaję żadnych zakazów ze strony Kościoła, które nie są związane z moralnością czy prawem międzynarodowym (patrz: Nie zabijaj czy inne Nie kradnij). Wierzę, ale nie aż tak. Druga możliwość to obawa przed prawem, ale powiedzmy sobie szczerze: nikt nie zwraca na to uwagi. Fakt, że możesz zostać ukarany jakąś grzywną czy innym upomnieniem, co najwyżej powoduje to, że na ulicach nie walają się setki napitych ludzi. Ale jednak żadne prawo mnie nie przeszkadza, bo nie sądzę, abym upił się na swojej osiemnastce, na tak zwanym legalu. No i ostatni powód, mianowicie wybór osobisty. Yeah, tu mnie macie, drodzy czytelnicy. Niejednokrotnie wspominałem, że myślę na swój własny, pokręcony sposób, który bardzo trudno zrozumieć. Wraz ze swoim przeczuciu o własnej wartości i wielkim ego, a może także chęcią odróżnienia się od reszty społeczeństwa, postanowiłem nie pic alkoholu.

Ale zaraz, cholera, jak to? Żadnego alkoholu? W ogóle?

Ano, wyobraźcie sobie, że takie osoby jeszcze stąpają po tej planecie. Tak się śmiesznie złożyło, że postanowiłem nie pić jeszcze przed czasem, kiedy to gówniarze z gimnazjum szli po szkole, aby pić, tylko po to, żeby porzygać i pokazać jacy to oni są fajni. I nie, nigdy nie miałem w ustach alkoholu i naprawdę dobrze się z tym czuję. Możecie mi wyrzucać, że nie znam życia czy inne bezsensowne frazesy, ale po prostu nigdy nie czułem takiej potrzeby. Przy okazji zaznaczę, żebyście później nie mieli problemów: alkohol jest dla ludzi, ale trzeba z niego korzystać z umiarkowaniem. To zabawka dla dorosłych albo, jak kto woli, dar Boży (pozdrowienia dla Zayne’a), więc jeśli chcecie udawać takich wielkich dorosłych, najpierw spójrzcie na butelkę i zastanówcie się czy z pewnością uda Wam się ją wypić w całości. Ja naprawdę rozumiem, że lubicie wypić piwo z kumplami czy do obiadu, ale, no kurcze, nie przesadzajmy. Niektórzy, niektóre rzeczy piją tylko po to, aby zaliczyć zgona.

Więc dlaczego nie piję? Gdybym naprawdę miał tak wybujałe ego lub ewentualny kompleks Mesjasza, powiedziałbym, że czuję się lepszy od Was. Ale wszyscy (mam nadzieję), wiedzą, że tak naprawdę nie jestem żadną istotą boską, a mówię tak dla żartu. Ale już tak na poważnie. Nie widzę sensu picia alkoholu, po prostu. Już pomijam paskudny w moim odczucie zapach oraz cenę (nie każdy śpi na dolarach, a wszystko kosztuje). Pomijam też fakt, że jakoś nie uśmiecha mi się ewentualne uzależnienie od głupiej rośliny jaką jest bez wątpienia chmiel, no, chyba, że wracamy do Antała Wiśniowego. Wiem również, że alkohol zmienia człowieka, a nie chcę wiedzieć, jak bym się zachowywał pod wpływem. Ale najważniejszym powodem, dla którego nie piję żadnego alkoholu, jest najprostsza rzecz na świecie. Umiem się bawić bez picia.

Mam nadzieje, że wyklarowałem trochę sytuację i liczę (obym się nie przeliczył) na kilka konstruktywnych komentarzy. Trzymajcie się, ner vode.

(nie)Dzwonimy do Mamy!

Ostatnio miałem okazję pooglądać znów pijanych ludzi. Przyjęło się wśród nich eufemistyczne stwierdzenie dzwonić do Mamy, a to za sprawą Dnia Matki 26 maja, co notabene początkowo komplikowało sprawę porozumiewania się, a później umilało życie przez następne cztery dni. Warto wspomnieć, że ani Obalać komunę, ani Uwolnić karły się nie odnalazło wśród moich znajomych (wszak to drugie stało się hasłem bojowym poniektórych). Jako, że jestem człowiekiem złym, a na dodatek niepijącym, mam satysfakcję z oglądania poczynań wstawionych ludzi. Może to jest jakieś niefajne czy samolubne, ale nikt przecież nie jest idealny; przecież mogę się z Was trochę pośmiać, gdy nie jesteście trzeźwo myślący. Zarzućcie mi egocentryzm czy egoizm, okej, dlaczego nie? Doskonale wiecie, że wszystko, co mi powiecie, odbije się ode mnie, a najpewniej jeszcze odleci z powrotem w Waszą stronę napełnione ironią i sarkazmem. Cóż, takie życie.

Ale wróćmy do tematu. Dzwonienie do Mamy jest bardzo popularne wśród młodzieży; to widać na pierwszy rzut oka. Niepijące osoby w moim wieku, które znam i lubię, mogę policzyć na palcach. Taka niefajna tendencja do picia, cóż można poradzić? Bywając w środowisku młodzieżowym mam okazję obserwować nawalonych ludzi, przez co znam większość skutków nadużycia alkoholu. Zaraz zaczniecie mi wyrzucać, że jestem nieczłowiekiem, że (za przeproszeniem) pieprzę głupoty, ale muszę coś dopowiedzieć. Mianowicie, uważam, że prawie wszystko jest dla ludzi, tylko należy mieć umiar. Mówiąc prawie, mam na myśli substancje, które wyniszczają natychmiastowo organizm, ale także takie, które po prostu odrzucają. Zauważcie, że coraz mniej młodych ludzi pali tytoń. Mój Tato wspomina czasy, gdy na trzydzieści osób w klasie w technikum tylko dwie nie paliły. To jeden z niewielu pozytywnych skutków owczego pędu, za którym podąża tłum niemyślących logicznie ludzi. Inną przyczyną jest oczywiście również cena paczki fajek, ale to się tak bardzo nie zmieniło przez ostatnie dwadzieścia lat. Palenie stało się po prostu niemodne, za co dziękuję z całego sercu Bogu. Na nasze szczęście, polskie prawo walczy ze zjawiskiem palenia wśród młodzieży, wprowadzając przepisy zabraniające palenia w miejscach publicznych. Może to i też jakoś, jakkolwiek, pomaga, jednak chodzi głównie o trendy i bycie cool.

Znów wypadłem z tematu, wybaczcie. Alkohol. Uderzające jest to, że coraz więcej ludzi nie potrafi się bawić bez procentów. Jest to dla mnie kompletne zdziczenie społeczeństwa, które nie umie usiąść z kumplami, zjeść pizzę, wyjść na rower czy pogadać o Gwiezdnych wojnach. Ja rozumiem, że do trzech z powyższych czynności można wypić piwo, naprawdę to rozumiem. Ale to trzeba robić z umiarem i bez żadnej nachalności. No i ważne jest to, aby pić coś, co nadaje się do picia. Piwo, wino, ostatecznie wódka, okej. Ale branie się za (znów za przeproszeniem) pieprzone ruskie szampany, goolmany czy, nie daj Boże, Antały Wiśniowe, to głupota w czystym wydaniu. To ostatnie to totalna porażka, która jednak dzięki przystępnej cenie i plastikowej butelce uniemożliwiającej porównanie tego do alkoholu, podbiła serca, żołądki i głowy moich kolegów i koleżanek. Siarka, ekstrakty nadające barwę i tzw. smak oraz konserwanty. Ani jednej kropli wody. Po prostu raj na ziemi. Widzimy tutaj właśnie to zdziczenie społeczeństwa, o którym wspominałem. Mianowicie, ludzie nie potrafią pić z umiarem i kulturą. Umieją jedynie wypić litr antałka, aby być fajnym i pokazać kolegom, że potrafią w siebie wcisnąć każde gówno, aby tylko miało coś etanolopodobnego. Co z tego, że rzyga się po tym nie gorzej niż po 2Girls, 1Cup, a ów rzygi – a nie, przepraszam, przecież to tylko Mama oddzwania - walą tak, że samemu mi się chciało zwrócić wszystko, co jadłem przez ostatnie trzy tygodnie? Najgorsze jest jednak to, że większość ów młodych ludzi nie widzi, że to coś złego. Wypiją antałka, porzygają trochę, wyśpią się, a następnej nocy odkręcą kolejny czerwony korek i bynajmniej nie od Coca-Coli.

Żeby potem nie było pretensji: a owszem, są ludzie, którzy potrafią pić kulturalnie. Już pomijając nielicznych abstynentów, istnieją ludzie, którzy wypiją jedynie piwo do meczu czy do pizzy i wiedzą, że nie ma sensu uchlanie się. Szanuję i cenię takich ludzi, bo to jednak objaw inteligencji, ewentualnie szczątkowej zdolności myślenia (w zależności do kogo się odnosi). Swoją drogą, ciekawe jest to, gdy nietrzeźwi ludzie przyrzekają sobie i innym, że (och!) już nigdy nie wezmę alkoholu do ust! Najlepsze jest to, że nie są świadomi, że mówią to przy osobach w pełni trzeźwych, którzy nie zapomną tego epickiego przyrzeczenia, a które i tak zostanie złamane następnej nocy przy kolejnej butelce Antała Wiśniowego, a może (kto wie?) czegoś bardziej wyrafinowanego. Doskonale wszyscy wiecie, że mam swój cholernie rozbudowany system oceniania ludzi, bynajmniej trudny do ogarnięcia nawet przeze mnie. To, że pijecie, wcale Was zazwyczaj nie dyskwalifikuje, bo wiem, że jesteście tylko ludźmi. Każdemu może odwalić, każdy może zaliczyć epic faila, ale najważniejsze jest to, aby zachować z tego coś mądrego. I wcale nie mówię o wytartych frazesach czy przyrzekaniu o abstynencji, bo to i tak nic nie da. Najważniejsze, aby powiedzieć sobie jakim to się jest idiotą, pomyśleć, jak to się zbłaźniło przed innymi, jak to ktoś inny musiał spać w zarzyganym pokoju albo sprzątać twoje rzygi. I następnym razem powiedzieć w odpowiedniej chwili Nie, wybrać zwykłego Lecha zamiast antałka i cieszyć się życiem.

Cieszę się, że nic nie piję. Sarkastycznie jeszcze na koniec rzucę, że czuję się dzięki temu od Was lepszy. Aquenral się rozłącza.