Tour de fandom

Wróciłem!

Jeżeli ktoś interesuje się w jakimś minimalnym stopniu moją osobą, powinien zauważyć, że od tygodnia przestałem formalnie istnieć dla znajomych z Legnicy i internetu. Jeżeli ktoś utrzymuje ze mną regularne kontakty albo chociaż czyta tego bloga, powinien wiedzieć, że od poniedziałku nie ma mnie w domu, gdyż zorganizowałem sobie jakże epicko brzmiące tour de fandom. Co może się ukrywać pod tak brzydką francuską nazwą? Ano, korzystając z dobroczynności, dobrego serca i cierpliwości moich świetnych znajomych z całego kraju, których poznałem poprzez konwenty lub internet, spędziłem wspaniałe tygodniowe wakacje w objazdówce, spotykając mnóstwo ludzi, za którymi cholernie się stęskniłem, poznając nowe twarze, a nawet zwiedzając kilka miast. Poniższy wpis będzie formą relacji z podziękowaniami dla wszystkich, z którymi spędziłem czas od poniedziałku do niedzieli, bo te osoby, a szczególnie ci, którzy mnie nocowali, zasługują na wielkiego buziaka za chociażby to, iż im się chciało.

Poniedziałek, dwudziesty trzeci sierpnia 2010, godzina ósma. Dworzec Legnica, lekki deszcz, zjadłem jedynie kanapkę, w kieszeni mam bilet na bezpośrednie InterRegio do Krakowa. O ósmej dwadzieścia wyjechałem, by dojechać o czternastej trzydzieści (trasa przez Wrocław, Opole, Gliwice i Katowice, opóźnienie dziesięć minut), gdzie odebrały mnie Paulina/Kaysh z Aliną/Nomi, przy czym tę drugą miałem okazję spotkać pierwszy raz. Warto wspomnieć, że droga Legnica-Katowice, mimo iż długa, trwała stosunkowo krótko, szczególnie, że zajmowałem przedział ze starszymi, miłymi ludźmi, którzy zagadywali mnie o politykę, gospodarkę, kwestie religijne i wszystkie inne ciekawe tematy, na które starzy ludzie lubią rozmawiać. W Krakowie udało mi się poznać wreszcie Kasię i jej brata, Krzysztofa (niestety niekoniecznie w najlepiej nadających się do tego okolicznościach), by wieczorem w końcu spotkać się z Marcinem, który to zaprowadził mnie do swojego mieszkania, gdzie spędziłem pierwszą noc poza domem na mojej wycieczce.

Wtorek spędziłem cały w Krakowie, z czego się niemiłosiernie cieszę, gdyż wreszcie mogłem poznać to miasto. Ostatni raz byłem w stolicy Małopolski jakieś dziesięć lat temu, więc jedyne, co pamiętałem, to Smok, więc wręcz wypadało zobaczyć chociażby jakieś podstawowe zabytki. Takim oto sposobem poszwendaliśmy się po krakowskim rynku, porobiłem kilka zdjęć Sukiennic, kościoła Mariackiego i uliczek w centrum, by wylądować na Wawelu. Czy mógłbym, będąc w Krakowie, nie zajść na Wawel? Szczególnie w świetle kwietniowych wydarzeń? Och, oczywiście, że byłem w wawelskich kryptach, gdzie widziałem miejsce spoczynku marszałka Józefa Piłsudskiego i prezydenta Lecha Kaczyńskiego wraz z małżonką. Już nie będę się rozpisywał na temat czy powinni oni tam leżeć, ale zaskoczyła mnie niekończąca się kolejka, by zobaczyć za darmo (!) kryptę. Druga część dnia była o wiele ciekawsza, bo Marcin zarządził wakacyjne spotkanie krakowskich fanów, więc miałem okazję poznać tę część fandomu. Drugi dzień z rządu spotkałem się z Pauliną i Aliną, pierwszy raz od tegorocznych Dni Fantastyki zobaczyłem się z Carthem i Jenth, a i udało mi się wreszcie poznać twarzą w twarz z Melethronem, Chosen Onem, Paybackiem, Kirishimą… Mam nadzieję, że o nikim nie zapomniałem. Wieczorem pochodziliśmy jeszcze po Krakowie, zrobiłem zdjęcie słynnej podwawelskiej reklamy Ożyj i zwyciężaj, by później znów odwiedzić Kasię, tym razem nawet z bukietem kwiatów i wrócić wieczorem do Marcina. Jako anegdotę można potraktować fakt, iż bezdomny oznajmił nam, że wszyscy w Krakowie to, cytuję, same chuje.

Środa… Rano spotkałem się z delegacją kolbuszowskiego fanklubu, która wybierała się na Tricon, a postanowiła zahaczyć o Kraków, by się ze mną spotkać. Udało mi się wreszcie poznać mojego fandomowego syna, Mateusza/Raitha, a także Maćka/Vaknella oraz jego uroczą dziewczynę, Martę. Nie mogę też zapomnieć o reszcie kolbuszowian: Adamie, Robercie i Bartku. Spotkaliśmy się znowu z Pauliną i Tomkiem, spędziliśmy kilka godzin razem, po czym odprowadzono mnie na Kraków Główny, bym mógł wyruszyć InterRegio do Katowic. Dwie godziny nudnej i ślamazarnej jazdy później, z katowickiego dworca odebrał mnie Radek, a po chwili spotkaliśmy Kasię. Zjadłem u mojego wspaniałego gospodarza obiad, zostawiłem bagaż i wyruszyliśmy do podbój stolicy industrializowanego Śląska razem z Wojtkiem/Immo i Tomkiem/Tremem. Po wizycie w jednym pubie i kebabie, spotkał się z nami jeszcze drugi Wojtek, Aedin, by odwiedzić kolejny pub. Ogólnie byłem zaskoczony Katowicami; zawsze żartowałem, że węgiel tam leży na ulicach, ale nie spodziewałem się tak uroczego, czystego i nawet zalesionego (!) miasta. Do Radka wróciliśmy chyba koło drugiej, więc zasadniczo zaczął się już…

Czwartek. O dziewiątej trzydzieści byłem już w InterRegio do Warszawy, gdzie spotkałem bardzo miłą, starszą panią, która pracuje, jak to określiła, w branży krewetkowej. Tutaj pozwolę sobie pochwalić pociągi, a konkretnie ukochane teraz przeze mnie InterRegio, dzięki któremu zrobiłem ponad tysiąc kilometrów za niecałe sto złotych; sama trasa Katowice-Warszawa kosztowała mnie jedynie dwadzieścia pięć złotych i trwała tylko trzy godziny. Na Warszawie Wschodniej odebrali mnie Karolina/Jul z Maćkiem/Vosem, których również spotkałem pierwszy raz w życiu, z czego się bardzo cieszę. Zobaczyłem co ciekawsze miejsca, włączając w to wycieczkę pod słynny już krzyż pod pałacem (chwała moim przewodnikom!), by w końcu spotkać się w centrum z Patrykiem/Moofem, z którym dostałem się do Otwocka, gdzie miałem spędzić kolejne dwie noce. U Patryka miała odbyć się większa impreza, ale w końcu wszyscy się wykruszyli, niszcząc ideę Moofkonu.

Piątek zaczął się po dwunastej, bo obudziliśmy się nieco późno. Szybko zjedliśmy odgrzewane w mikrofalówce longery z KFC z keczupem, pogadaliśmy o miliardzie głupich rzeczach, wspomnieliśmy o wyższości tureckiego kina nad oryginalnymi produkcjami Badi mnie zniszczył totalnie), zrobiliśmy obiad i pojechaliśmy do Warszawy. Odwiedziliśmy nawet Skierniewice, niestety nie udało nam się skomunikować z Mateuszem, więc wróciliśmy równie szybko jak się tam znaleźliśmy. Wróciliśmy stosunkowo późno, więc piątek nie był jakoś szczególnie epicki i nie wyróżnił się niestety ilością poznanych osób, ale in plus zaliczymy to, że pierwszy raz w życiu piłem mojito i chyba zostałem fanem.

Sobotę głównie spędziłem w pociągu, bo wpierw musiałem się dostać Kolejami Mazowieckimi z Otwocka do Warszawy, później przejechałem InterRegio do Poznania, gdzie spotkałem się na krótko z Magdą, by wieczorem dostać się osobówką do Leszna. Tak się fajnie złożyło, że akurat trwało leszczyńskie spotkanie, więc oprócz Amadeusza, mojego kochanego gospodarza, spotkałem się z Minim, Nestorem, Yahoo, Burzolem, Lordem Sidiousem i Chewie. Niestety w tym miejscu zaczęły kończyć się moje fundusze, więc zjadłem dopiero u Amadeusza w domu. Nie no, fakt, miałem ze sobą jeszcze trochę pieniędzy, ale gdybym je rozmienił, wiem, że szybko bym je zmarnotrawił. Po udanym spotkaniu (z Janem na przykład nie widziałem się od marca!), odprowadziliśmy wszystkich na dworzec, a wieczorem odwiedziliśmy kantynę z komputera Amadeusza. Anegdotka #2: przez cały tydzień wchodziłem na czat pod nickiem ~NienawidzeRyb z czterech różnych IP i hostów.

Niedziela w Lesznie miała być już definitywnym końcem mojej wycieczki, ale spotkała mnie bardzo miła niespodzianka, o której muszę wspomnieć. Mianowicie na dworcu we Wrocławiu spotkałem się z Bartkiem/Ravem, który zaprosił mnie do siebie, gdzie nawet zjadłem obiad z Kubą/Appo i ich rodzicami. takimi oto sposobem do mojego touru wpadł jeszcze Wrocław, w którym spędziłem kilka godzin. Żeby było jeszcze milej, w pociągu do Legnicy spotkałem moją starą znajomą, z którą kontakt mi się jakiś czas temu… urwał, no. W taki oto sposób dotarłem do domu w miłym towarzystwie po godzinie osiemnastej, by troszkę się ogarnąć, zjeść drugi obiad i napisać ten wpis.

Gdybym chciał to wszystko podsumować… Przejechałem ponad tysiąc dwieście kilometrów w siedem dni. Byłem w Krakowie, Katowicach, we Włoszczowej, w Warszawie, Otwocku, Skierniewicach, Poznaniu, Lesznie i we Wrocławiu. Zaliczyłem dwa fandomowe spotkania (Kraków i Leszno), spałem w czterech różnych mieszkaniach, byłem w sześciu. Spotkałem trzydzieści pięć osób z fandomu, z czego czternaście po raz pierwszy, a także rodziców pięciu osób. Wydałem dwieście złotych, z czego sto na same połączenia kolejowe. A najlepsze jest to, że zostałem ponownie zaproszony do wszystkich odwiedzonych ludzi… W przyszłym roku tour de fandom, mam nadzieję, również się odbędzie i powiedzie, a zahaczę jeszcze o Kolbuszową i Toruń, więc szykuję się na przynajmniej dwutygodniowy wyjazd. Cóż mogę na koniec powiedzieć? Kocham fandom, po prostu kocham.

Skajkon 2010

Fani Gwiezdnych wojen to grupa społeczna bardzo trudna do prostego zdefiniowania. Obejmuje ludzi w każdym wieku (w samym legnickim fanklubie mamy dziesięciolatków, jak i czterdziestolatków), pracujących w przeróżnych miejscach (oczywiście są to głównie uczniowie i studenci, ale zdarzają się pracownicy muzeum, kina, urzędu miasta, teatru, ZUSu, a nawet operatorzy dmuchanych zjeżdżalni), przedstawicieli wszystkich poglądów politycznych, ludzi pobożnych i ateistów, humanistów i ścisłowców, mężczyzn i kobiety… Można by mnożyć tę różnorodność bez końca, ale największe zróżnicowanie z pewnością zobaczymy patrząc na miejsce zamieszkania: od Szczecina po Kolbuszową, od Legnicy do Olsztyna. Kilka razy w roku mamy konwenty, na których jest okazja, by się w końcu spotkać, ale są małe grupki, którym nawet to nie wystarcza. Bo trzeba powiedzieć, że fandom zaczyna się zmieniać, a niektórzy przenoszą znajomości fanklubowe na inną płaszczyznę, bardziej osobistą.

Mogę się nazwać szczęściarzem, bo akurat nawiązałem znajomość z kilkunastoma wspaniałymi ludźmi, którzy chcą się spotykać poza oficjalnymi spotkaniami i konwentami. Wiadomo, że niemożliwością są wspólne wypady w każdy weekend, ale robimy, co możemy, więc na przykład z Amadeuszem (trasa Leszno-Legnica: sto sześćdziesiąt klików) widziałem się już osiem razy w tym roku, co bardzo mnie cieszy. W ramach podtrzymywania naszych znajomości, jakże kruchych, bo na odległość, a jednak trzymających się dzięki internetowi, Michał zaproponował na początku sierpnia zorganizowanie ogniska u siebie. Ot, w celach integracyjnych. Nazwa Skajkon miała nam mgliście przypominać konwentową genezę naszej znajomości, a cały ten artykuł będzie luźną relacją z imprezy, której domagał się Mateusz, twierdząc, iż za kilka lat będziemy mogli usiąść, przeczytać ją i dobrze się bawić wspominając stare, dobre czasy.

17 sierpnia 2010, godzina 11:00. Razem z Magdą, Łukaszem i ponad kilogramem karkówki stoimy na legnickim dworcu w oczekiwaniu na pociąg. Oczywiście we Wrocławiu zjawiamy się pierwsi, ale po dwudziestu minutach przyjeżdża Wielkopolska w składzie Magda, Amadeusz, Jan i Tymek, za chwilę spotykamy się z Kubą, a za pół godziny zjawia się Mateusz ze Śląska. Ekipa gotowa, gospodarz ma na nas czekać w domu w Iwinach, więc idziemy na szybkie zakupy do Biedronki i pobliskiego monopolowego. Zahaczamy również o KFC, czekając na autobus linii 110. O 16:30, z plecakami pełnymi surowego mięsa, alkoholu i pieczywa, docieramy do Iwin, by okazało się, iż Michał jeszcze nie dojechał na miejsce. Ale czy taka mała niedogodność jak nieobecność gospodarza mogłaby jakkolwiek nam w czymkolwiek przeszkodzić? Och, oczywiście, że nie, więc znaleźliśmy lokalny plac zabaw, by dobrze spożytkować czas.

Michał w końcu dotarł na swoją imprezę, by zastać nas w swoim domu. Podróż stopem nigdy nie odznaczała się punktualnością, tym bardziej, gdy wracamy z dosyć oddalonej Pragi, więc wszyscy się jedynie uśmiechaliśmy i rzeczywiście nie mieliśmy mu nic za złe. Mateusz co rusz rozśmieszał nas opowiadaniem żartów ze śląskim humorem (właściwie opowiadaniem, a nie samymi żartami), Łukasz zniszczył wszystkich ciągłym głośnym oznajmianiem swojej potrzeby fizjologicznej i późniejszą bezradnością wobec niedziałającej spłuczki, a karkóweczka i kiełbaski smażyły się pokornie na grillu. Niestety rozpadał się deszcz, więc impreza z tarasu przeniosła się do mieszkania, stając się jakże uroczą domówką.

W pewnym momencie pojawił się w pokoju komputer, któremu sprzeciwiałem się od początku, wiedząc jak może się skończyć tego obecność w pokoju nerdów, ale oczywiście nikt mnie nie słuchał. Fakt, wpierw było całkiem miło, gdyż z głośników sączyła się muzyka… W końcu jednak ktoś puścił przekomiczny trailer Avatara 2, potem jakiś teledysk Lady Gagi, by skończyć na oglądaniu najbardziej psychodelicznego filmu świata, który zyskał również najgorszej kinowej produkcji globu, surrealistycznego, postapokaliptycznego filmu fantastyczno-naukowego, czyli znanych i lubianych tak zwanych Tureckich Gwiezdnych wojen. Jest to taka produkcja, że cała nasza dziesiątka płakała ze śmiechu, więc było bardzo przyjemnie.

Nieodłączną częścią takich imprez jest alkohol, a fani Gwiezdnych wojen niechlubnie słyną z miłości do wszelakich trunków. Tak więc piwo tradycyjnie do grilla było (dzięki Magdzie poznałem jakże babskiego, ale również jakże dobrego Gingersa), wykwintniejsze alkohole jakoś nie znalazły się na stole (och, pamiętam jeszcze ten endorowy burbon), aż w końcu otworzyliśmy mandarynkową wódkę, którą wspólnie sprawiliśmy Michałowi jako prezent w ramach podzięki za udostępnienie nam mieszkania. Co mnie zaskoczyło najbardziej? To, że nawet Łukasz i Kuba z nami pili! Uhm, nie wspominając już o mnie, bo przyznam, że to pierwsza moja przygoda z wódką na imprezie ze znajomymi. Patrząc obiektywnie, nie było źle, a wręcz całkiem kulturalnie, gdyż nikt nie miał problemów gastrycznych, a jedynie Michał poszedł spać w połowie wypowiadanego zdania.

Co by nie mówić, uwielbiam tych ludzi. Zdaję sobie sprawę, że zwykły człowiek czułby się dziwnie w naszym towarzystwie, czego przypuszczalnie doświadczyły jedyne dziewczyny, dwie Magdy. Wynika to najpewniej z mnogości naszych hermetycznych żartów, długości naszej znajomości, chociażby przez internet, a także ze zwykłego nerdyzmu, bo kto ogląda Battlestara o czwartej nad ranem? I do tego jeszcze robi wspólne zdjęcie z admirałem Adamą golącym wąsy po exodusie z Nowej Caprici? A po wszystkim wrzuca te fotografie na Fejsbuka, gdzie razem z dziesiątką innych osób cieszy się jak małe dziecko? Smuci mnie ogólne społeczne przekonanie, że fani Gwiezdnych wojen to grube nerdy, socjopaci i osoby bez normalnego życia oraz perspektyw na nie… Och, może i się takowe przypadki zdarzają, ale ja śmiem twierdzić, że może to najwspanialsza grupa ludzi jaką kiedykolwiek poznałem.

Chciałbym zatem na koniec podziękować wszystkim naraz i z osobna, szczególnie Michałowi, który nas ugościł, Magdom, że pomogły przełamać stereotyp nerdowskiej imprezy bez dziewcząt, a także Mateuszowi, Amadeuszowi, Tymkowi, Janowi, Łukaszowi oraz Kubie, że dane było nam się spotkać w tak miłej atmosferze. Szkoda, że kilka osób, które się deklarowały, nie dojechały, ale bawiliśmy się mimo to świetnie, więc reszta może jedynie żałować. A co w planach na najbliższą przyszłość? Zamierzam korzystać dobroczynności kochanych ludzi z fandomu i wybieram się na tour de fandom w ostatnim tygodniu wakacji. Na trasie Kraków, Katowice, Otwock i Leszno, zwiedzę również Warszawę, poznam gro nowych osób i spotkam się z dawno niewidzianymi twarzyczkami. Relacja na żywo będzie na moim Ćwierkaczu, a Wam życzę miłego dnia.

Mit alkoholu

Krzychu, idziemy na piwo?

Jak kilka razy na łamach Dziennika pokładowego wspominałem, a co można było zauważyć w moim zachowaniu na wszelakich imprezach, również tych osiemnastkowych, ale również i na zwykłych wypadach ze znajomymi, alkoholu nawet nie tykałem. Wyjaśniałem to wielu osobom, aczkolwiek uzasadnienie ogranicza się do stwierdzenia, iż jestem upartym człowiekiem, który próbuje sobie coś udowodnić, gdzie to coś jest metaforycznym przedstawieniem możliwości zwyciężenia z własnymi słabościami. Udało mi się? Udało, gdyż do dnia swoich osiemnastych urodzin nie piłem ani razu, z czego jestem dumny, mimo nieprzychylnych głosów, opinii i złośliwych komentarzy wielu ludzi. Teraz natomiast mogę pić, zarówno legalnie względem prawa, jak i własnego sumienia, ale… Wciąż nie czuję żadnej potrzeby.

Pierwszym argumentem może być to, że przez te kilka ostatnich lat, gdzie moi rówieśnicy zawsze bawili się z alkoholem, ja wyrobiłem sobie zdolność do wkręcania się w atmosferę imprezy bez jakichkolwiek używek. I czy to typowa impreza, czy wycieczka szkolna, czy jakiś konwent, przyzwyczaiłem się już do bycia trzeźwym, chociaż nadrabiam to niespaniem całe noce, przez co wyglądam równie tragicznie jak reszta, miewam tymczasowe utraty świadomości (ach, te blekałty!) i kontroli motorycznej, ogólnie można by posądzić mnie rano o syndrom dnia następnego. Na szkolnej wyciecze w Karpaczu moi koledzy z pokoju byli zafascynowani tym, że potrafię wczuć się w klimat bez chociażby łyka wódki, ale, co najdziwniejsze, wcale nie czuję się z tym jakoś gorzej. Ot, funkcjonuję jak wszyscy inni, bawię się tak samo dobrze, nie przeszkadzam innym, a inni nie przeszkadzają mi. Ale argument, że umiem się rozerwać bez alkoholu nie jest dobrą wymówką, by nie pójść gdziekolwiek, prawda?

A więc może przekona kogoś fakt, że alkohol w ogóle mi nie smakuje. Wódkę piłem raz, symbolicznie z Tatą na osiemnastkę, rum i wino wywołują u mnie dreszcz lekkiego obrzydzenia, a piwo jest najzwyczajniej w świecie niesmaczne. Fakt, moje jedyne doświadczenia z tym ostatnim obejmują wciąż nieznany dla mnie arabski browar, Warkę, Okocimia, Reddsa i Despedarosa, z czego jedynie tego ostatniego mogę pić bez wykrzywienia, ale nie widzę sensu w zmuszaniu się do sączenia jakże przereklamowanego piwa, nawet do towarzystwa. Co ciekawe, z moich obserwacji wynika, że większość ludzi twierdzi, iż nie lubi tego smaku, a pije jedynie, bo inni piją, a nie wypada odmówić. Okej, jeszcze tego głupiego Desperadosa rzeczywiście mogę wypić, nawet dla tego abstrakcyjnego pojęcia towarzystwa, ale czy jest to mi jakoś bardzo potrzebne? Nie, nie sądzę.

A na koniec zostawiłem jeszcze jedną sprawę, która została nagłośniona przez naszego kochanego Fejsbuka, a o której chcę się publicznie wypowiedzieć. Tak, oczywiście, że mi chodzi o założoną przez Kacpra grupę Chcemy upojenia alkoholowego Krzysztofa „Aquenrala” Rewaka!, która zdobyła szerokie grono fanów… O dziwo, włączając w to nawet osoby, których nie znam. Grupa w założeniu ma być żartobliwa, dzisiaj nawet wrzuciłem zdjęcie, które miałoby świadczyć o moim stanie na osiemnastce Kuby, jednak niestety jest ono niechybnie sfałszowane i zrobione ku uciesze innych. Jakoś nie widzę jakiejś wielkiej potrzeby wprowadzenia się w stan upojenia, po prostu lubię panować nad samym sobą i nie chcę później słuchać o rzeczach, których nie pamiętam. Mam do siebie samego szacunek i wolę się tego konsekwentnie trzymać. Tak, wiem, że zawiodłem kilkanaście, a może i nawet kilkadziesiąt osób, ale w najbliższej przyszłości nie zamierzam dużo pić, przykro mi. Do zobaczenia po drugiej stronie!