Skajkon 2010

Fani Gwiezdnych wojen to grupa społeczna bardzo trudna do prostego zdefiniowania. Obejmuje ludzi w każdym wieku (w samym legnickim fanklubie mamy dziesięciolatków, jak i czterdziestolatków), pracujących w przeróżnych miejscach (oczywiście są to głównie uczniowie i studenci, ale zdarzają się pracownicy muzeum, kina, urzędu miasta, teatru, ZUSu, a nawet operatorzy dmuchanych zjeżdżalni), przedstawicieli wszystkich poglądów politycznych, ludzi pobożnych i ateistów, humanistów i ścisłowców, mężczyzn i kobiety… Można by mnożyć tę różnorodność bez końca, ale największe zróżnicowanie z pewnością zobaczymy patrząc na miejsce zamieszkania: od Szczecina po Kolbuszową, od Legnicy do Olsztyna. Kilka razy w roku mamy konwenty, na których jest okazja, by się w końcu spotkać, ale są małe grupki, którym nawet to nie wystarcza. Bo trzeba powiedzieć, że fandom zaczyna się zmieniać, a niektórzy przenoszą znajomości fanklubowe na inną płaszczyznę, bardziej osobistą.

Mogę się nazwać szczęściarzem, bo akurat nawiązałem znajomość z kilkunastoma wspaniałymi ludźmi, którzy chcą się spotykać poza oficjalnymi spotkaniami i konwentami. Wiadomo, że niemożliwością są wspólne wypady w każdy weekend, ale robimy, co możemy, więc na przykład z Amadeuszem (trasa Leszno-Legnica: sto sześćdziesiąt klików) widziałem się już osiem razy w tym roku, co bardzo mnie cieszy. W ramach podtrzymywania naszych znajomości, jakże kruchych, bo na odległość, a jednak trzymających się dzięki internetowi, Michał zaproponował na początku sierpnia zorganizowanie ogniska u siebie. Ot, w celach integracyjnych. Nazwa Skajkon miała nam mgliście przypominać konwentową genezę naszej znajomości, a cały ten artykuł będzie luźną relacją z imprezy, której domagał się Mateusz, twierdząc, iż za kilka lat będziemy mogli usiąść, przeczytać ją i dobrze się bawić wspominając stare, dobre czasy.

17 sierpnia 2010, godzina 11:00. Razem z Magdą, Łukaszem i ponad kilogramem karkówki stoimy na legnickim dworcu w oczekiwaniu na pociąg. Oczywiście we Wrocławiu zjawiamy się pierwsi, ale po dwudziestu minutach przyjeżdża Wielkopolska w składzie Magda, Amadeusz, Jan i Tymek, za chwilę spotykamy się z Kubą, a za pół godziny zjawia się Mateusz ze Śląska. Ekipa gotowa, gospodarz ma na nas czekać w domu w Iwinach, więc idziemy na szybkie zakupy do Biedronki i pobliskiego monopolowego. Zahaczamy również o KFC, czekając na autobus linii 110. O 16:30, z plecakami pełnymi surowego mięsa, alkoholu i pieczywa, docieramy do Iwin, by okazało się, iż Michał jeszcze nie dojechał na miejsce. Ale czy taka mała niedogodność jak nieobecność gospodarza mogłaby jakkolwiek nam w czymkolwiek przeszkodzić? Och, oczywiście, że nie, więc znaleźliśmy lokalny plac zabaw, by dobrze spożytkować czas.

Michał w końcu dotarł na swoją imprezę, by zastać nas w swoim domu. Podróż stopem nigdy nie odznaczała się punktualnością, tym bardziej, gdy wracamy z dosyć oddalonej Pragi, więc wszyscy się jedynie uśmiechaliśmy i rzeczywiście nie mieliśmy mu nic za złe. Mateusz co rusz rozśmieszał nas opowiadaniem żartów ze śląskim humorem (właściwie opowiadaniem, a nie samymi żartami), Łukasz zniszczył wszystkich ciągłym głośnym oznajmianiem swojej potrzeby fizjologicznej i późniejszą bezradnością wobec niedziałającej spłuczki, a karkóweczka i kiełbaski smażyły się pokornie na grillu. Niestety rozpadał się deszcz, więc impreza z tarasu przeniosła się do mieszkania, stając się jakże uroczą domówką.

W pewnym momencie pojawił się w pokoju komputer, któremu sprzeciwiałem się od początku, wiedząc jak może się skończyć tego obecność w pokoju nerdów, ale oczywiście nikt mnie nie słuchał. Fakt, wpierw było całkiem miło, gdyż z głośników sączyła się muzyka… W końcu jednak ktoś puścił przekomiczny trailer Avatara 2, potem jakiś teledysk Lady Gagi, by skończyć na oglądaniu najbardziej psychodelicznego filmu świata, który zyskał również najgorszej kinowej produkcji globu, surrealistycznego, postapokaliptycznego filmu fantastyczno-naukowego, czyli znanych i lubianych tak zwanych Tureckich Gwiezdnych wojen. Jest to taka produkcja, że cała nasza dziesiątka płakała ze śmiechu, więc było bardzo przyjemnie.

Nieodłączną częścią takich imprez jest alkohol, a fani Gwiezdnych wojen niechlubnie słyną z miłości do wszelakich trunków. Tak więc piwo tradycyjnie do grilla było (dzięki Magdzie poznałem jakże babskiego, ale również jakże dobrego Gingersa), wykwintniejsze alkohole jakoś nie znalazły się na stole (och, pamiętam jeszcze ten endorowy burbon), aż w końcu otworzyliśmy mandarynkową wódkę, którą wspólnie sprawiliśmy Michałowi jako prezent w ramach podzięki za udostępnienie nam mieszkania. Co mnie zaskoczyło najbardziej? To, że nawet Łukasz i Kuba z nami pili! Uhm, nie wspominając już o mnie, bo przyznam, że to pierwsza moja przygoda z wódką na imprezie ze znajomymi. Patrząc obiektywnie, nie było źle, a wręcz całkiem kulturalnie, gdyż nikt nie miał problemów gastrycznych, a jedynie Michał poszedł spać w połowie wypowiadanego zdania.

Co by nie mówić, uwielbiam tych ludzi. Zdaję sobie sprawę, że zwykły człowiek czułby się dziwnie w naszym towarzystwie, czego przypuszczalnie doświadczyły jedyne dziewczyny, dwie Magdy. Wynika to najpewniej z mnogości naszych hermetycznych żartów, długości naszej znajomości, chociażby przez internet, a także ze zwykłego nerdyzmu, bo kto ogląda Battlestara o czwartej nad ranem? I do tego jeszcze robi wspólne zdjęcie z admirałem Adamą golącym wąsy po exodusie z Nowej Caprici? A po wszystkim wrzuca te fotografie na Fejsbuka, gdzie razem z dziesiątką innych osób cieszy się jak małe dziecko? Smuci mnie ogólne społeczne przekonanie, że fani Gwiezdnych wojen to grube nerdy, socjopaci i osoby bez normalnego życia oraz perspektyw na nie… Och, może i się takowe przypadki zdarzają, ale ja śmiem twierdzić, że może to najwspanialsza grupa ludzi jaką kiedykolwiek poznałem.

Chciałbym zatem na koniec podziękować wszystkim naraz i z osobna, szczególnie Michałowi, który nas ugościł, Magdom, że pomogły przełamać stereotyp nerdowskiej imprezy bez dziewcząt, a także Mateuszowi, Amadeuszowi, Tymkowi, Janowi, Łukaszowi oraz Kubie, że dane było nam się spotkać w tak miłej atmosferze. Szkoda, że kilka osób, które się deklarowały, nie dojechały, ale bawiliśmy się mimo to świetnie, więc reszta może jedynie żałować. A co w planach na najbliższą przyszłość? Zamierzam korzystać dobroczynności kochanych ludzi z fandomu i wybieram się na tour de fandom w ostatnim tygodniu wakacji. Na trasie Kraków, Katowice, Otwock i Leszno, zwiedzę również Warszawę, poznam gro nowych osób i spotkam się z dawno niewidzianymi twarzyczkami. Relacja na żywo będzie na moim Ćwierkaczu, a Wam życzę miłego dnia.

Sezon serialowy 2009/2010

Sezon serialowy 2009/2010 zakończył się już jakiś czas temu, dla mnie finałem był ostatni odcinek pierwszego sezonu Stargate Universe, który emitowano najpóźniej spośród wszystkich oglądanych przeze mnie seriali, a ja jeszcze nie napisałem o tym ani słowa, ech. W ramach przypomnienia, jestem człowiekiem prawie uzależnionym od produkcji telewizyjnych, a przynajmniej bardzo lubię je oglądać i traktuję to jako świetny rodzaj spędzania wolnego czasu; w zeszłym sezonie byłem na bieżąco z ośmioma serialami: pierwszymi sezonami V oraz FlashForwarda, a także z szóstym i finałowym sezonem Zagubionych stacji ABC, pierwszym sezonem Human Targeta, drugim Fringe’a oraz szóstym House’a od Foxa oraz z pierwszą połową Caprici i pierwszą serią Stargate Universe stacji SyFy. Do czego zmierzam? Wkrótce rozdanie nagród Emmy, a ja postanowiłem zrobić swój własny ranking wedle własnego uznania; w ośmiu kategoriach startować będzie osiem seriali, po trzy nominacje na kategorię. Ciekawi? Zapraszam poniżej.

Najlepszy aktor pierwszoplanowy jest kategorią pierwszą i już na wstępie należy się krótkie sprostowanie. Mamy czasy, w których feministki na okrągło domagają się swoich praw, a, że tak naprawdę nie mogłem znaleźć dobrych kandydatek na najlepszą aktorkę, kategoria obejmuje i najlepszych aktorów, i najlepsze aktorki. Kim w ogóle jest postać pierwszoplanowa? Według większej części prasy zagranicznej jest to główny bohater serialu, jednak ja odcinam się od takiej formy klasyfikowania. Bo trudno chyba powiedzieć, że John Locke nie był bohaterem pierwszoplanowym w Zagubionych, prawda? Idąc takim tokiem rozumowania, wyznaczyłem trzy kreacje, które najbardziej mi się spodobały w przeciągu ostatniego roku, a są to Hugh Laurie za rolę doktora Gregory’ego House’a w Housie Foxa, John Noble za rolę doktora Waltera Bishopa we Fringe Foxa oraz Eric Stoltz za rolę Daniela Graystone’a w Caprice SyFy. Chętnie wstawiłbym jeszcze Joela Gretscha, Josha Hollowaya czy nawet Jackiego Earla Haleya, ale zostańmy przy powyższej trójce. House to House, klasa sama w sobie i nikomu nie trzeba go przedstawiać, Graystone jest świetnie nakreślonym bohaterem, aczkolwiek czekam na dalsze rozwinięcie postaci w kolejnych odcinkach, więc muszę się stwierdzić, że pokochałem Waltera Bishopa jako szalonego naukowca zmagającego się z problemami, które niewątpliwie go przerastają. Takim oto sposobem, najlepszym aktorem mijającego sezonu zostaje John Noble, a Fringe i Fox otrzymują jeden punkt do ogólnej klasyfikacji.

Najlepszy aktor drugoplanowy również obejmować będzie aktorów i aktorki, lecz definicja znowu może nam przysporzyć problemów. Więc kogo uznaję za postać drugoplanową? Myślę, że bohaterów, którzy występowali kilkakrotnie w ciągu sezonu, jednak nigdy nie zostali wymienieni w czołówce jako główna obsada. Zatem kolejna trójka nominantów to Mark Hildreth, odtwórca roli Joshui w pierwszym sezonie V ABC, James Marsters, który zagrał fenomenalną, aczkolwiek słabo wyeksploatowaną postać Barnabasa Greelaya w Caprice stacji SyFy oraz kolega Hildretha z planu, Charles Mesure, którego tutaj nie mogło zabraknąć, a który wcielił się w Kyle’a Hobbesa, również w V. Warto dodać, że ten ostatni został wypromowany do głównej obsady w sezonie drugim, więc w przyszłym roku może powalczyć o inny tytuł niż najlepszy aktor drugoplanowy. Tak, Hobbes stał się ikoną, a ktoś go już zdążył na jakimś forum nazwać największym madafakerem w telewizji, więc nie powinno Was zaskoczyć, że Charles Mesure zostaje najlepszym aktorem drugoplanowym według mojego skromnego zdania (tym samym sposobem V i ABC otrzymują po dodatkowym punkcie).

Najlepszy występ gościnny to już ostatnia kategoria dla aktorów, bo dalej oceniać już będę tylko kwestie techniczne. Występy gościnne, nazywane za oceanem Special Guest Star, to pojedyncze pojawienia się danego aktora w serialu. Dlaczego nas tak fascynują? Ano, często są to gwiazdy z innych produkcji, które zdążyliśmy pokochać, lecz się dawno zakończyły albo też znane persony z życia publicznego. Tak czy owak, są to zazwyczaj mrugnięcia do publiczności, swoiste ciekawostki. Z pewnością muszę nominować Elizabeth Mitchell, która pojawiła się w dwóch odcinkach szóstego sezonu Zagubionych ABC jako kochana przeze mnie Juliet Burke (tak, przez trzy poprzednie sezony miała regularną rolę w głównej obsadzie, a teraz poluje na Obcych w V). Rola była poruszająca, wszystkie sceny z Juliet wzbudziły u mnie niepokojący smutek, więc zdecydowanie zasługuje na wspomnienie, zresztą tak samo jako Leonard Nimoy, którego znamy jako startrekowego Spocka, a który wystąpił jako William Bell we Fringe Foxa. Ta-ak, lubimy takie wystąpienia, bardzo je lubimy… Ale tę kategorię również skradnie V, gdyż Michael Trucco jako mityczny John May, założyciel Piątej Kolumny i zakamuflowana jaszczurka jest najlepszą gościnną kreacją sezonu… Szkoda tylko, że na tak krótko (znów punkty dla V i ABC).

Najlepsza muzyka jest moją ulubioną kategorią, gdyż to właśnie na muzykę zwracam szczególną uwagę w każdym serialu. W dzisiejszych realiach, brak dobrego soundtracku to prawie przestępstwo, jednak coraz więcej producentów angażuje świetnych kompozytorów, by umilić nam oglądanie swoich dzieł. Każdy, kto mnie zna, powinien wiedzieć, że Bear McCreary, mój ukochany artysta, wybił się tak w moich oczach poprzez muzykę do nowego Battlestara, jednak druga z Cylonami definitywnie zakończyła się już w zeszłym sezonie i mogłoby się wydawać, że o McCrearym się zapomni… Fakt, jedną nominację dostaje Michael Giacchino za szósty sezon Zagubionych ABC, a raczej za aranżację przepięknego motywu There’s No Place Like Home, ale dwie pozostałe wędrują do mistrza McCreary’ego: jedna dla Caprici SyFy, a druga dla Human Targeta Foxa. I mogłoby się wydawać, że capricańskie ostinato Graystone’a zwycięży, ale liderem zostaje Human Target Beara McCreary’ego (punkt dla Foxa), na którego dwupłytowe wydanie czekam z niecierpliwością i już polecam każdemu koneserowi dobrej muzyki.

Najlepsza czołówka… Ach, kilka miesięcy temu robiłem taki ranking dla wszystkich seriali jakie kiedykolwiek oglądałem i jednak coś się delikatnie zmieniło. Jestem bardzo zawiedziony polityką ABC, której seriale, mimo iż dobre, ograniczają się do pięciosekundowych wstawek z logo serialu, niszcząc cały klimat i nawet nie zachęcając do oglądania. Tak, tyczy się to wszystkich ichniejszych produkcji z zeszłego sezonu, więc nominacje będzie musiał zgarnąć kto inny. Pokochałem opening Caprici z delikatną muzyką McCreary’ego, który chyba nawet jest lepszy od czołówki Battlestara, a Fringe Giacchiano wciąż pozostaje jedną z moich ulubionych, ale na prowadzenie ostatnio wysunął się Human Target McCreary’ego Foxa, w sumie sam nie wiem dlaczego. Obejrzyjcie, zakochacie się, zobaczycie.

Najlepszy finał sezonu to nagroda, którą bardzo chciałem przyznać odcinkowi The End, który zakończył Zagubionych ABC, jednak nie dostanie on nawet nominacji za swój bezsens i zniszczenie całego serialu. Z finałem kojarzy nam się zazwyczaj mocny cliff-hanger, im mocniejszy, tym finał lepszy. O dziwo, te same zakończenia nas niesamowicie irytują, wywołując złość i rozgoryczenie spowodowane świadomością, że trzeba będzie czekać cały rok na następny odcinek… A czasami już nigdy nie ujrzymy naszych ulubionych bohaterów. A więc bardzo podobał mi się wieńczący pierwszy sezon V ABC, Future Shock, będący zakończeniem całego FlashForwarda ABC również był świetnie skonstruowany i zrealizowany, jednak palma pierwszeństwa należy się dla niesamowicie klimatycznego Over There, które każe nam czekać na trzeci sezon Fringe’a Foxa. Oby było więcej takich finałów, o!

Najlepsze efekty specjalne – muszę szczerze przyznać, że z tą kategorią miałem największe trudności. Przeszło mi nawet w pewnym momencie przez głowę V, gdyż zakochałem się w okrętach Przybyszów z zewnątrz… jednak szybko sobie przypomniałem o ich wyglądzie od środka, więc nominacja zdecydowanie odpadła. Efekty w serialach mnie jakoś nie przekonują, jednak bardzo ładnie radę sobie daje stacja SyFy, więc dwie pierwsze nominacje wędrują do Caprici i Stargate Universe, gdyż spece od CGI wykonali tam kawał dobrej roboty, szczególnie, jeżeli uwzględnić budżet malutkiej stacji. Jednak ani okręt kolonizacyjny klasy Destiny, ani Vipery klasy pierwszej, ani nawet prekursor Cylonów nie przekonają mnie bardziej niż efekty we Fringe Foxa. Okej, może nie ma ich tam wiele, ale są przyjemne dla oczu, więc nie mogę narzekać.

Ostatnią kategorią jest coś, co nazwałem najlepszym serialem sezonu, ale dopiero teraz uświadomiłem sobie jak trudno dokonać wyboru. Gdybyśmy podliczyli punkty, które przyznałem w poprzednich kategoriach, wygrałby Fringe (trzy punkty), potem byłby Human Target oraz V (po dwa punkty), a reszta się nawet nie zaklasyfikowała. Jeżeli miałbym brać pod uwagę nominację, ba podium znalazłyby się Caprica i Fringe (po pięć nominacji), potem V (cztery), następnie Human Target i Lost z dwiema, a nowy Stargate, House i FlashForward zamykaliby klasyfikację z jedyną nominacją. Najlepszą premierą sezonu z pewnością będzie V, które mnie kompletnie zauroczyło, a porażką – Zagubieni, którzy zawiedli mnie na całej linii. No, niech będzie, że Fringe rozgromił innych kandydatów w zeszłym roku, brawo dla Foxa!

A co się szykuje w tym sezonie? Powraca Fringe z trzecim sezonem, V, Stargate i Human Target doczekały się drugich serii, Caprica dokończy pierwszy sezon zimą (swoją drogą, ma świetny trailer!), House pojawi się już siódmy raz, a z premier czekam na The Event, The Walking Dead i The Cape. Czy będą dobre? Zobaczymy, ale żałuję, że nie ma żadnego militarystycznego serialu fantastyczno-naukowego w planie… Albo po prostu tęsknię za Battlestarem, który zgarnąłby wszystkie nagrody, gdybym zrobił podsumowanie za zeszły rok. W takim razie polecam wszystko powyższe i życzę miłych wakacji, jeżeli ktoś takowe ma.

Pokolenie MMO

Komputer służy mi głównie do bliżej niesprecyzowanej pracy związanej z zagadnieniami dotyczącymi tworzenia stron internetowych, do utrzymywania kontaktu z wieloma osobami, które mieszkają nawet po kilkaset klików ode mnie, przez co odpadają konwencjonalne spotkania, a także do dzielenia się swoimi czasem bezsensownymi przemyśleniami na przeróżnych forach i na łamach Dziennika pokładowego. Internet mam od jakichś dobrych siedmiu lat, więc już dawno zainteresowałem się innymi aspektami niż gry komputerowe, nad którymi będę dzisiaj dywagował. Mogę z ręką na sercu powiedzieć, że przez ostatnie kilka lat nie tknąłem żadnej gry poza wesołą siekaniną mieczem świetlnym z Jedi Academy z kolegami, Robot Unicorn Attack, przy którym mogę się odstresować podczas przerzucaniu plików między bazami danych, ewentualnie kilkuminutową grą na Playstation 2 mojego brata w którąś z rozgrywek na dwie osoby. Nie wiem dlaczego, ale taki rodzaj rozrywki w ogóle mnie nie ciągnie. Po prostu.

Wynika to być może z faktu, że uważam bieganie z wirtualnym mieczem i zbieranie złotych, lewitujących i obracających się wokół własnej osi monet za marnotrawstwo czasu w czystej postaci. To samo się tyczy zdobywania kolejnych poziomów zaawansowania (wbijania leveli), wypełniania zadań (questów) czy poddawania się innym, bliżej dla mnie niezrozumiałym wydarzeniom. No dobra, ale trzeba tutaj się jakoś rozgraniczyć, bo wrzucam wszystko do jednego worka, co nigdy nie wychodzi na plus. Dla spokoju ducha, podzielę gry, o których zamierzam mówić na trzy rodzaje: gry dla jednego gracza, gry z trybem multiplayer oraz MMO. Podczas, gdy do pierwszych nie mam żadnych zastrzeżeń, chociaż bardzo szybko mogą człowieka znudzić, drugie są całkiem fajnym sposobem na spędzanie wolnego czasu, gdzie można pohasać z grupką kolegów i postrzelać do siebie bez żadnych konsekwencji, to ememo jakoś nie potrafię zdzierżyć. I to nie wiem ile czasu bym się do nich przekonywał albo próbował zaakceptować, po prostu nie mogę się przezwyciężyć.

Wikipedia ma całkiem porządny artykuł o brzydko brzmiącym tytule Massively multiplayer online game, gdzie wyróżnione zostają różne typy rozgrywki podzielone według różnych klasyfikacji. Przeglądam sobie to wszystko i nie rozumiem, po prostu nie rozumiem, dlaczego jest to taki internetowy fenomen? Jaki sposobem World of Warcraft potrafiło oczarować, ilu, jedenaście milionów graczy? Jak to jest, że kolejne miliony grają w jakieś przeglądarkowe oGame, Zielone Królestwo czy inne cholerne BiteFighty? I na dodatek jeszcze za to płacą! Okej, rozumiem, że można sobie pograć od czasu do czasu, ale nie oszukujmy się, wszyscy wiemy jak wygląda prawdziwa gra w typowe MMO: trzeba jej poświęcić mnóstwo wolnego czasu, który można by spożytkować w inny, bardziej produktywny lub konstruktywny sposób. Wcale nie neguję idei gier MMO, bo co złego mogłoby być w interakcji z innymi ludźmi z całego świata poprzez wirtualną rzeczywistość? Problemem jest jednak to, że całe rzesze ludzi zatracają się w Azeroth lub innym wyimaginowanym świecie, tracąc nierzadko kontakt z rzeczywistością, zaniechując swoje prawdziwe życie na rzecz zdobywania magicznych amuletów czy innego bezwartościowego śmiecia.

Ach, już słyszę głos Kacpra wyzywający mnie od hipokrytów, bo przecież nigdy nie grałem w żadne MMO, więc nie powinienem się wypowiadać. Szkopuł polega na tym, że jednak nie mówię niczego złego o samych grach, a raczej o ich wpływie na ludzi. Czy nie chciałbym pograć? Nie, dzięki, naprawdę mnie jakoś nie ciągnie, a ostatnio próbuję nieco ograniczyć czas spędzany przy komputerze, więc jakiekolwiek MMO odpada w moim przypadku. W środowiskach fanowskich od jakiegoś czasu wszyscy przeżywają coraz to nowsze trailery najnowszej produkcji BioWare’u, czyli The Old Republic, którego akcja będzie osadzona w starożytnych czasach galaktyki Gwiezdnych wojen. Wszyscy ze zdziwieniem reagują na moje odpowiedzi, iż nie interesuje mnie to w ogóle i nie zamierzam grać. Ale to przecież Star Warsy! – można usłyszeć, ale przecież Star Wars: Galaxies nie było niczym innym niż tOR, a nawet nie zagrałem w darmową wersję demonstracyjną. Już abstrahuję od tego, że nie lubię tego okresu historycznego jakim są czasy trzy i pół tysiąca lat przed bitwą o Yavin… Po prostu nie chce mi się grać.

Jest natomiast jeszcze jedna rzecz, rzecz która mnie przeraża w samym sobie, rzecz która może być interpretowana przez niektórych, że mogę być jeszcze w jakiejś części normalny. W bliżej nieokreślonej przyszłości na rynku gier MMO ma pojawić się tytuł Battlestar Galactica Online, który jakimś dziwnym sposobem mnie poruszył; któż nie chciałby wylecieć Viperem klasy drugiej z hangarów Galactici, by zniszczyć parę cylońskich raiderów? Nie wiem dlaczego, ale być może to będzie pierwsze MMO, w które zagram. Ot, by sprawdzić i ewentualnie mieć podstawy do dalszego narzekania na cały gatunek. Zatem do zobaczenia po drugiej stronie i nie dajcie się zwariować.