Sezon serialowy 2009/2010

Sezon serialowy 2009/2010 zakończył się już jakiś czas temu, dla mnie finałem był ostatni odcinek pierwszego sezonu Stargate Universe, który emitowano najpóźniej spośród wszystkich oglądanych przeze mnie seriali, a ja jeszcze nie napisałem o tym ani słowa, ech. W ramach przypomnienia, jestem człowiekiem prawie uzależnionym od produkcji telewizyjnych, a przynajmniej bardzo lubię je oglądać i traktuję to jako świetny rodzaj spędzania wolnego czasu; w zeszłym sezonie byłem na bieżąco z ośmioma serialami: pierwszymi sezonami V oraz FlashForwarda, a także z szóstym i finałowym sezonem Zagubionych stacji ABC, pierwszym sezonem Human Targeta, drugim Fringe’a oraz szóstym House’a od Foxa oraz z pierwszą połową Caprici i pierwszą serią Stargate Universe stacji SyFy. Do czego zmierzam? Wkrótce rozdanie nagród Emmy, a ja postanowiłem zrobić swój własny ranking wedle własnego uznania; w ośmiu kategoriach startować będzie osiem seriali, po trzy nominacje na kategorię. Ciekawi? Zapraszam poniżej.

Najlepszy aktor pierwszoplanowy jest kategorią pierwszą i już na wstępie należy się krótkie sprostowanie. Mamy czasy, w których feministki na okrągło domagają się swoich praw, a, że tak naprawdę nie mogłem znaleźć dobrych kandydatek na najlepszą aktorkę, kategoria obejmuje i najlepszych aktorów, i najlepsze aktorki. Kim w ogóle jest postać pierwszoplanowa? Według większej części prasy zagranicznej jest to główny bohater serialu, jednak ja odcinam się od takiej formy klasyfikowania. Bo trudno chyba powiedzieć, że John Locke nie był bohaterem pierwszoplanowym w Zagubionych, prawda? Idąc takim tokiem rozumowania, wyznaczyłem trzy kreacje, które najbardziej mi się spodobały w przeciągu ostatniego roku, a są to Hugh Laurie za rolę doktora Gregory’ego House’a w Housie Foxa, John Noble za rolę doktora Waltera Bishopa we Fringe Foxa oraz Eric Stoltz za rolę Daniela Graystone’a w Caprice SyFy. Chętnie wstawiłbym jeszcze Joela Gretscha, Josha Hollowaya czy nawet Jackiego Earla Haleya, ale zostańmy przy powyższej trójce. House to House, klasa sama w sobie i nikomu nie trzeba go przedstawiać, Graystone jest świetnie nakreślonym bohaterem, aczkolwiek czekam na dalsze rozwinięcie postaci w kolejnych odcinkach, więc muszę się stwierdzić, że pokochałem Waltera Bishopa jako szalonego naukowca zmagającego się z problemami, które niewątpliwie go przerastają. Takim oto sposobem, najlepszym aktorem mijającego sezonu zostaje John Noble, a Fringe i Fox otrzymują jeden punkt do ogólnej klasyfikacji.

Najlepszy aktor drugoplanowy również obejmować będzie aktorów i aktorki, lecz definicja znowu może nam przysporzyć problemów. Więc kogo uznaję za postać drugoplanową? Myślę, że bohaterów, którzy występowali kilkakrotnie w ciągu sezonu, jednak nigdy nie zostali wymienieni w czołówce jako główna obsada. Zatem kolejna trójka nominantów to Mark Hildreth, odtwórca roli Joshui w pierwszym sezonie V ABC, James Marsters, który zagrał fenomenalną, aczkolwiek słabo wyeksploatowaną postać Barnabasa Greelaya w Caprice stacji SyFy oraz kolega Hildretha z planu, Charles Mesure, którego tutaj nie mogło zabraknąć, a który wcielił się w Kyle’a Hobbesa, również w V. Warto dodać, że ten ostatni został wypromowany do głównej obsady w sezonie drugim, więc w przyszłym roku może powalczyć o inny tytuł niż najlepszy aktor drugoplanowy. Tak, Hobbes stał się ikoną, a ktoś go już zdążył na jakimś forum nazwać największym madafakerem w telewizji, więc nie powinno Was zaskoczyć, że Charles Mesure zostaje najlepszym aktorem drugoplanowym według mojego skromnego zdania (tym samym sposobem V i ABC otrzymują po dodatkowym punkcie).

Najlepszy występ gościnny to już ostatnia kategoria dla aktorów, bo dalej oceniać już będę tylko kwestie techniczne. Występy gościnne, nazywane za oceanem Special Guest Star, to pojedyncze pojawienia się danego aktora w serialu. Dlaczego nas tak fascynują? Ano, często są to gwiazdy z innych produkcji, które zdążyliśmy pokochać, lecz się dawno zakończyły albo też znane persony z życia publicznego. Tak czy owak, są to zazwyczaj mrugnięcia do publiczności, swoiste ciekawostki. Z pewnością muszę nominować Elizabeth Mitchell, która pojawiła się w dwóch odcinkach szóstego sezonu Zagubionych ABC jako kochana przeze mnie Juliet Burke (tak, przez trzy poprzednie sezony miała regularną rolę w głównej obsadzie, a teraz poluje na Obcych w V). Rola była poruszająca, wszystkie sceny z Juliet wzbudziły u mnie niepokojący smutek, więc zdecydowanie zasługuje na wspomnienie, zresztą tak samo jako Leonard Nimoy, którego znamy jako startrekowego Spocka, a który wystąpił jako William Bell we Fringe Foxa. Ta-ak, lubimy takie wystąpienia, bardzo je lubimy… Ale tę kategorię również skradnie V, gdyż Michael Trucco jako mityczny John May, założyciel Piątej Kolumny i zakamuflowana jaszczurka jest najlepszą gościnną kreacją sezonu… Szkoda tylko, że na tak krótko (znów punkty dla V i ABC).

Najlepsza muzyka jest moją ulubioną kategorią, gdyż to właśnie na muzykę zwracam szczególną uwagę w każdym serialu. W dzisiejszych realiach, brak dobrego soundtracku to prawie przestępstwo, jednak coraz więcej producentów angażuje świetnych kompozytorów, by umilić nam oglądanie swoich dzieł. Każdy, kto mnie zna, powinien wiedzieć, że Bear McCreary, mój ukochany artysta, wybił się tak w moich oczach poprzez muzykę do nowego Battlestara, jednak druga z Cylonami definitywnie zakończyła się już w zeszłym sezonie i mogłoby się wydawać, że o McCrearym się zapomni… Fakt, jedną nominację dostaje Michael Giacchino za szósty sezon Zagubionych ABC, a raczej za aranżację przepięknego motywu There’s No Place Like Home, ale dwie pozostałe wędrują do mistrza McCreary’ego: jedna dla Caprici SyFy, a druga dla Human Targeta Foxa. I mogłoby się wydawać, że capricańskie ostinato Graystone’a zwycięży, ale liderem zostaje Human Target Beara McCreary’ego (punkt dla Foxa), na którego dwupłytowe wydanie czekam z niecierpliwością i już polecam każdemu koneserowi dobrej muzyki.

Najlepsza czołówka… Ach, kilka miesięcy temu robiłem taki ranking dla wszystkich seriali jakie kiedykolwiek oglądałem i jednak coś się delikatnie zmieniło. Jestem bardzo zawiedziony polityką ABC, której seriale, mimo iż dobre, ograniczają się do pięciosekundowych wstawek z logo serialu, niszcząc cały klimat i nawet nie zachęcając do oglądania. Tak, tyczy się to wszystkich ichniejszych produkcji z zeszłego sezonu, więc nominacje będzie musiał zgarnąć kto inny. Pokochałem opening Caprici z delikatną muzyką McCreary’ego, który chyba nawet jest lepszy od czołówki Battlestara, a Fringe Giacchiano wciąż pozostaje jedną z moich ulubionych, ale na prowadzenie ostatnio wysunął się Human Target McCreary’ego Foxa, w sumie sam nie wiem dlaczego. Obejrzyjcie, zakochacie się, zobaczycie.

Najlepszy finał sezonu to nagroda, którą bardzo chciałem przyznać odcinkowi The End, który zakończył Zagubionych ABC, jednak nie dostanie on nawet nominacji za swój bezsens i zniszczenie całego serialu. Z finałem kojarzy nam się zazwyczaj mocny cliff-hanger, im mocniejszy, tym finał lepszy. O dziwo, te same zakończenia nas niesamowicie irytują, wywołując złość i rozgoryczenie spowodowane świadomością, że trzeba będzie czekać cały rok na następny odcinek… A czasami już nigdy nie ujrzymy naszych ulubionych bohaterów. A więc bardzo podobał mi się wieńczący pierwszy sezon V ABC, Future Shock, będący zakończeniem całego FlashForwarda ABC również był świetnie skonstruowany i zrealizowany, jednak palma pierwszeństwa należy się dla niesamowicie klimatycznego Over There, które każe nam czekać na trzeci sezon Fringe’a Foxa. Oby było więcej takich finałów, o!

Najlepsze efekty specjalne – muszę szczerze przyznać, że z tą kategorią miałem największe trudności. Przeszło mi nawet w pewnym momencie przez głowę V, gdyż zakochałem się w okrętach Przybyszów z zewnątrz… jednak szybko sobie przypomniałem o ich wyglądzie od środka, więc nominacja zdecydowanie odpadła. Efekty w serialach mnie jakoś nie przekonują, jednak bardzo ładnie radę sobie daje stacja SyFy, więc dwie pierwsze nominacje wędrują do Caprici i Stargate Universe, gdyż spece od CGI wykonali tam kawał dobrej roboty, szczególnie, jeżeli uwzględnić budżet malutkiej stacji. Jednak ani okręt kolonizacyjny klasy Destiny, ani Vipery klasy pierwszej, ani nawet prekursor Cylonów nie przekonają mnie bardziej niż efekty we Fringe Foxa. Okej, może nie ma ich tam wiele, ale są przyjemne dla oczu, więc nie mogę narzekać.

Ostatnią kategorią jest coś, co nazwałem najlepszym serialem sezonu, ale dopiero teraz uświadomiłem sobie jak trudno dokonać wyboru. Gdybyśmy podliczyli punkty, które przyznałem w poprzednich kategoriach, wygrałby Fringe (trzy punkty), potem byłby Human Target oraz V (po dwa punkty), a reszta się nawet nie zaklasyfikowała. Jeżeli miałbym brać pod uwagę nominację, ba podium znalazłyby się Caprica i Fringe (po pięć nominacji), potem V (cztery), następnie Human Target i Lost z dwiema, a nowy Stargate, House i FlashForward zamykaliby klasyfikację z jedyną nominacją. Najlepszą premierą sezonu z pewnością będzie V, które mnie kompletnie zauroczyło, a porażką – Zagubieni, którzy zawiedli mnie na całej linii. No, niech będzie, że Fringe rozgromił innych kandydatów w zeszłym roku, brawo dla Foxa!

A co się szykuje w tym sezonie? Powraca Fringe z trzecim sezonem, V, Stargate i Human Target doczekały się drugich serii, Caprica dokończy pierwszy sezon zimą (swoją drogą, ma świetny trailer!), House pojawi się już siódmy raz, a z premier czekam na The Event, The Walking Dead i The Cape. Czy będą dobre? Zobaczymy, ale żałuję, że nie ma żadnego militarystycznego serialu fantastyczno-naukowego w planie… Albo po prostu tęsknię za Battlestarem, który zgarnąłby wszystkie nagrody, gdybym zrobił podsumowanie za zeszły rok. W takim razie polecam wszystko powyższe i życzę miłych wakacji, jeżeli ktoś takowe ma.

Dni Fantastyki 2010

Mój ostatni tydzień wyglądał zdecydowanie dziwnie, gdyż od wtorku do piątku spędzałem czas w szpitalu na kardiologii (spokojnie, nic mi nie jest), do niedzieli nie spałem nawet jednej minuty, bawiąc się na wrocławskich Dniach Fantastyki, by w końcu odespać te pięćdziesiąt sześć godzin na nogach szesnastogodzinnym snem. Jak minął konwent? Dni Fantastyki 2010, bo o nich będzie mowa przez cały ten sentymentalny wpis, odbyły się w dniach 25-27 czerwca bieżącego roku we wrocławskim CK Zamek w Leśnicy; oprócz tradycyjnych bloków programowych, w tym również gwiezdnowojennego, pojawił się blok fantastyczno-naukowy, który był głównym celem mojej wizyty ze strony prelekcyjnej… Aczkolwiek, tak naprawdę, najważniejszym priorytetem było samo spotkanie się z tymi wszystkimi ludźmi z całej Polski, by spędzić razem te kilka dni w niesamowitej atmosferze, za co czas gorąco podziękować.

Na samym początku chciałem gorąco podziękować Mateuszowi, z którym się widzę niestety dopiero trzeci raz w życiu, a z którym rozmawiam prawie codziennie. Mimo tego, iż nie spełniłeś obietnicy przyjścia po mnie na dworzec, wciąż pozostajesz moim fandomowym bratem i chcę żebyśmy spotykali się jak najczęściej… A nawet jeszcze częściej! Konkurs wiedzowy o Zagubionych był przedni, mimo niektórych dziwnych pytań i nieuznawania naszych odpowiedzi (od kiedy pilot helikoptera jest profesją naukową?) był świetnie spędzoną godziną, która zaowocowała zacnymi nagrodami (ach, ten piąty sezon na dvd) i na miejscu chciałem też znowu pogratulować wszystkim współzawodnikom oraz Hani z Wojtkiem, z którymi zajęliśmy trzecie miejsce. A skoro jesteśmy przy tym, podziękowania imienne lecą również do Patryka, który był drugą osobą odpowiedzialną za konkurs, a który wytrzymywał ze mną tyle czasu bez narzekania. No i przyszedł po mnie na dworzec, więc wielki plus dla całego Otwocka!

Amadeuszowi już kiedyś powiedziałem, że ożeniłbym się z nim, gdyby któreś z nas było kobietą i wciąż się trzymam tego stwierdzenia… No, chyba, że któremuś z nas wpadnie do głowy idiotyczny pomysł operacji, co raczej by mnie nieco odrzuciło… Uhm… Nieważne, zapomnijmy o tym. Bardzo było mi miło poznać Miszę, wielkie dzięki za ten cały spędzony razem czas, wspólne posiłki i wszystko inne, czego nie jestem w stanie wymienić, bo zabraknie mi miejsca w bazie danych na taką ilość informacji. Do zobaczenia za tydzień, kochany! Tymkowi też się oczywiście należy wielki, heteroseksualny buziak, bo również mnie gorąco przywitał na dworcu zwalającym z nóg uściskiem i karteczką Nie masz nuk, lol, a później dotrzymywał towarzystwa przez cały, długi, pięćdzisięciosześciogodzinny Dzień Fantastyki. Panowie, dzięki Wam Wielkopolska staje się jednym z moich ulubionych województw i chcę się w końcu wybrać na jakieś Wasze spotkanie!

Michał stał się bohaterem konwentu, więc chciałem złożyć hołd Hernánowi Cortésowi, trzykrotnemu wszechwładcy Chile, Urugwaju, Ekwadoru, Paragwaju, Argentyny i Peru, mając nadzieję na ponowne go spotkanie w przyszłości. Szkoda, że nie udało Ci się trafić na mój konkurs wiedzowy o Battlestarze, bo miałbyś szansę go wygrać, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo być może zwyciężysz w nim na następnym konwencie! Skaj zasłużył sobie jeszcze na dodatkowe podziękowanie i gorącego całusa za odwiedzenie mnie w szpitalu, kiedy to poprowadziliśmy naprawdę przyjemną rozmową na nerdowskie tematy. Ojciec Cortésa, Marcin, przybył z Mroźnej Północy i jestem nadzwyczaj usatysfakcjonowany zawarciem tej jakże ekscytującej znajomości z tak barwną osobą jaką jest polski odpowiednik doktora House’a. Żal wyciska z fok ostatnie łzy, że nie mogliśmy sobie zrobić wspólnego zdjęcia (zarówno chwalebnego Kantyna Teamu, jak i zespołu diagnostycznego), ale nadrobimy to w przyszłości, obiecuję.

Pierwszy raz dziękuję publicznie moim legniczanom, gdyż zawsze robiłem to na naszym prywatnym forum, jednak czas przełamać tę dziwną formę, więc Łukasz zaczyna nową tradycję. Bezsenność we Wrocławiu najwyraźniej nie jest tylko moim problemem, ale nawet ja nigdy nie miałem blackouta w łazience. Okazało się, że chłopak jest wybitnym nauczyciele pokory, kiedy to zbił litrową butelkę wódki truskawkowej innych legniczan, za co Wojtek chciał go wyrzucić z naszego fanklubu. Nie rozumiem do teraz ja można było zapomnieć imienia Daniela Graystone’a, ale jestem pewnie podziwu względem wygłoszonej przez Hanię prelekcji. Fizyka kwantowa jakoś mnie trochę rozbudziła w niedzielny poranek, profesjonalne wykonanie zachwyciło (od dzisiaj sam będę robił takie prezentacje!), więc jestem w stanie powiedzieć, że była to najlepsza prelekcja na jakiej byłem, o! No i bardzo przyjemnie było się tę plazmę krawkowo-gluonową, nie powiem, że nie. Wojtkowi, który siedział ze mną zdecydowaną większość konwentu, również gorąco dziękuję, a moim marzeniem jest by więcej takich ludzi jeździło z Legnicy na konwenty. Pełny profesjonalizm i zdrowe podejście, oto czego potrzebuje każdy fan!

Bardzo było miło mi w końcu poznać Paulinę, która według kantynowego drzewa genealogicznego jest moją córką. Cóż, być może to patologia, że widzimy się dopiero pierwszy raz w życiu, chociaż bardziej chore mogłoby się wydawać to, że jest ode mnie jedynie dwa lata młodsza, ale niczemu to nie przeszkadza. Cholernie się cieszę, że wyruszyłaś w świat, by spotykać się z resztą fandomu i fajnie się wśród nas zaaklimatyzowałaś, do zobaczenia na wakacjach! A skoro jesteśmy przy rodzinie, trzeba wspomnieć o Michale, któy jest adoptowanym bratem mojego szwagra po nieżyjącej już żonie. Jak będziesz studiował we Wrocławiu, pewnie będziemy się spotykać częściej, ale podziwiam Cię za to, że po konwencie miałeś jeszcze czas na koncert. Ja już bym dawno umarł.

Artykuł zaczyna się niepokojąco wydłużać, a ja w głowie jedynie skreślam nazwiska tych, którym jeszcze muszę napisać parę zdań. Na pewno muszę wspomnieć o Szymonie, który znalazł niesamowity bodziec do stanu błogości jakim było smyranie mojej klatki piersiowej. Świetnie było Cię znowu, spotkać i mam nadzieję, że niedługo znów się jakoś zobaczymy, stary. Przykro mi, że nie wziąłem tego Battlestara i przeproś ode mnie Sylwię, ale to wina polskiej służby zdrowia, o! Kto tu jeszcze był niesamowity? Ach, jakże mogłem zapomnieć o parze, bez której to wszystko byłoby niemożliwe? Iza i Karol umożliwiają nam spotkanie się, dobrą zabawę i świetne spędzenie czasu, gdyż czuwają nad organizacją i trzymają to wszystko w garści; nie wyobrażam sobie konwentu bez Was i nie chcę nawet na takowym kiedykolwiek być.

Radkowi (któremu nie chciało się wymyślać nicka) i Wojtkowi (Mand’alorowi, któremu nie okazuję szacunku, krzycząc Cześć, Wojtku!) podziękuję razem, wybaczcie, ale jakoś jesteście połączeni na stale w mojej podświadomości. Żałuję, że nie mogłem się zjawić na Waszym konkursie, gratuluję pierwszego miejsca, które robi z Was osoby mające największą wiedzę o Gwiezdnych wojnach w Polsce i chcę, żebyśmy spotykali się jak najczęściej, bo to wstyd, że średnio wypada nam jedno spotkanie na pół roku. Zostańmy na chwilę jeszcze przy Śląsku, bym mógł podziękować Tomkowi, z którym niby już się poznałem na zeszłorocznych DeeFach, ale nigdy nie mieliśmy okazji lepiej się poznać poza Kantyną. Obściskiwanie na powitanie gęsto owłosionego olbrzyma z maczugą nigdy nie było jakoś moim priorytetem życiowym, tak samo jak rysowanie serduszek na jego plecach i obserwowanie jak hasa po szkolnych korytarzach w samej bieliźnie, ale poznanie tak ciekawej osoby, która trzyma się swego zdania do końca i nikogo nie udaje, by zdobyć znajomych jest wystarczającą rekompensatą za ekscentryczne zachowania.

Kasiu i Miśku, cieszę się, że chociaż z Wami widuję się stosunkowo często, jednak każde kolejne spotkanie jest dla mnie balsamem dla duszy, hihi. Tak się składa, że cholernie Was lubię i smucę się nad tym, że Kasia mieszka ponad dwieście klików stąd… Chociaż, z drugiej strony, daje jej to rzadsze okazje nazywania mnie zdrobniałymi nazwami owoców i narzekaniem, że się nie ogoliłem. A na poważnie, wielki buziak jeszcze się należy za wizytę w szpitalu (dwukrotną!) i perspektywę przyszłych spotkań. Następni w kolejce do publicznego podziękowania będą Bartek z Kubą, którzy są również podstawą dobrego konwentu, a także Maciek, Aleksander i reszta wrocławskiego fanklubu.

Wybaczcie mi już za zbiorowe podziękowania, ale przeraża mnie ilość tekstu powyżej. Tak więc, buziaki do Legnicy, skąd przyjechali (oprócz powyższych) Daniel, Kacper, Tomek i Wojtek. Nie mogę pominąć Wałbrzycha, który wysłał jedynie dwuosobową ekipę, jednak udało mi się miło pogadać z Arkiem; Częstochowa również nie popisała się wielką delegacją, ale jestem zaszczycony, gdyż mogłem spotkać się z Dawidem. Super było zobaczyć wszystkich ze Śląska (Daria, Mikołaj, Dawid, Marzena z Pawłem oraz wszyscy inni) ze szczególnym wyróżnieniem dla Bartka, który użył swoich magicznych zdolności, aby moja wuwuzela zniknęła na prawie cały czas trwania konwentu oraz dla Samuela, z którym się nie pożegnałem, bo jestem zwykłym huncwotem. Wielkopolska też była niczego sobie, więc po buziaku dla Jana, Łukasza, Mateusza i całej reszty wesołej ekipy, gdzie muszę wyszczególnić Bartka, który odwalił kawał dobrej roboty, relacjonując cały konwent na żywo przez Twittera. Kraków też ładnie dopisał i ślę gorące pozdrowienia dla Marcina, mając nadzieję, że wkrótce do Was wpadnę. Nie mogę oczywiście zapomnieć o Pawle, Adamie, Marcie z Radkiem i każdej jednej duszyczce, które przewinęły się przez leśnicki Zamek, a o których zapomniałem tutaj wspomnieć.

Uff, mam nadzieję, że nikt nie poczuje się urażony, jeśli nie pojawił się na powyższej liście, ale pamięć ludzka jest zwyczajnie zawodna i mogłem najnormalniej w świecie o kim zapomnieć, jednak nie myślcie, że nie lubię Was i nie będę dziękował za wspólnie spędzony czas. Przykro mi, że nie wszyscy, którzy mieli jechać, przyjechali, tyczy się to szczególnie delegacji legnickiej, szkoda mi też tych, którzy z góry zapowiadali, że się nie pojawią (Kraków, Goleniów), a wielki buziak należy się dla wyżej wymienionego Raya, który pojawił się mimo wcześniej rezygnacji na forum Bastionu. Poza tym wspaniałą robotę odwalił Urthona, fotografując wszystkich przez całe trzy dni, zapisując tym samym wszystko w historii, którą raczej nie będziemy dzielili się z naszymi dziećmi.

Konwenty zaliczam do dni, które są jednymi z najlepszych w moim życiu. Na ten wynik składa się wiele czynników, a są to prelekcje, budowa programu, organizacja, baza noclegowa i jej wyposażenie, ale na pierwszym miejscu stawiam ludzi, którzy są podstawą każdego konwentu i dla którym jedzie się czasami taki kawał drogi, by tylko się spotkać i pośmiać we wspólnym towarzystwie. Zwykła osoba spotkana na ulicy nie zrozumie więzi jaka łączy wszystkich przez te trzy dni, być może nas wyśmieje, możliwe, że popuka się jedynie w czoło, ale z pewnością nie pomyśli, że to może by wspaniałe. Jesteśmy przecież tylko bandą fanatyków, a na dodatek widzimy się maksymalnie dwa razy w roku, więc jak mogą wyglądać relacje między takimi ludźmi? Przecież to chore, głupie i dziecinne… Całe szczęście, że oprócz takich osób są jeszcze świetni ludzie, którzy jeżdżą na konwenty, a gdyby fani byliby szerzej rozwiniętą grupą społeczną, tworzyliby najlepszą z najlepszych.

Żeby to zrozumieć, wystarczy zjawić się w takim miejscu i poczuć magię konwentu. Zawiążą się znajomości, które być może dotrwają do końca żywota, ktoś być może spotka swoją przyszłą ukochaną, a kto inny podbije Chile – gdzie indziej można tego doświadczyć? Widzę na przykładzie swoich znajomych i rodziny, że zwykli ludzie tego po prostu nie rozumieją, ale także nie chcą rozumieć (no, poza paroma wyjątkami) używając tak zwanego argumentu kobiecego brzmiącego bo tak! Warto pojechać na konwent, przyszłoroczne Dni Fantastyki, StarForce, Pyrkon czy cokolwiek innego, chociażby dla spojrzenia na to z innej perspektywy. Ja kiedyś postanowiłem spróbować i uważam, że była to świetna decyzja, która kilka rzeczy w moim życiu i we mnie zmieniła. Na lepsze.

Być (fanem) albo nie być

Hej, mała, jestem fanem „Gwiezdnych wojen” – takim tekstem z pewnością można zdobyć serce niejednej młodej damy. No cóż, każdy lubi to, co mu się podoba, niektóre rzeczy mogą się innym wydawać przynajmniej dziwne, ale najważniejsze jest to, by nie wstydzić się swoich zainteresować. Ja mówię otwarcie, że jestem fanem fantastyki naukowej i uważam, że to moja prywatna sprawa, więc nikt nie powinien mnie oceniać przez pryzmat mojego hobby. Fanem Gwiezdnych wojen jestem od prawie dziesięciu lat (najwcześniejsze wspomnienia sięgają 2001 roku), były one ze mną przez prawie całą szkołę podstawową, wszystkie trzy klasy gimnazjum i dotychczasową całość liceum, George Lucas zarobił na mnie dobre kilka tysięcy dolarów (ach, te wszystkie książki, komiksy i reszta kolekcjonerstwa), nie wspominam już nawet o czasie pożartym przez odległą galaktykę, bo wynik wyliczeń mógłby mnie przestraszyć. Prawda jest taka, że związało się to ze mną w tak ścisłej symbiozie, że jeszcze niedawno nie mogłem sobie wyobrazić bez tego życia, gdyż stało się to jego nieodłączną częścią, czymś tak dla mnie naturalnym jak chodzenie do szkoły czy czytanie książek (notabene większości z logiem Star Wars). A kilka dni temu doszedłem do wniosku, że… to mnie już w ogóle nie kręci.

Straciłem do tego wszystkiego jakoś zapał, jakiekolwiek chęci i motywację. Prawda, mam cholernie wielki sentyment i niejasne przeczucie, że moja fascynacja odległą galaktykę wróci i to pewnie niedługo, ale czuję się z tym zdecydowanie nieswojo. Ciekawostka autobiograficzna #1: w gimnazjum również miałem okres odpłynięcia od Gwiezdnej Sagi, jednak zainteresowanie wróciło po kilku miesiącach, by w końcu z tego powstał fanklub. O, właśnie, legnicki fanklub Gwiezdnych wojen, czyli moje trzyletnie dziecko, dzięki któremu jestem tym, kim dzisiaj jestem. Już abstrahując od faktu, że to jedno z moich największych osiągnięć życiowych i całkiem przyjemna forma spędzania wolnego czasu, fanklub, a później i fandom, dał mi możliwość spotkania się z gronem niesamowitych osób, z którymi w inny sposób nigdy bym się pewnie nie spotkał. I mimo mojej przerwy od Gwiezdnych wojen, ci ludzie wciąż są świetnymi kumplami, a nawet i przyjaciółmi. To właśnie jest powód, dla którego najbardziej cenię dzieło Lucasa – łączy ludzi lepiej niż cokolwiek innego i nigdy wcześniej nie spotkałem się z takim zjawiskiem. Co mogę zawdzięczać jeszcze swojej pasji? Z pewnością to, że przez ostatnie dziesięć lat przeczytałem mnóstwo książek, przez co nie tylko wzbogaciłem swój język, ale także zdobyłem mnóstwo praktycznej w abstrakcyjnych sytuacjach wiedzy, ale o tym już chyba kiedyś pisałem na łamach tego bloga.

Najśmieszniejsze w tej całej sytuacji jest to, że mam to przeświadczenie, iż to tylko tymczasowe zniechęcenie, dlatego też kupuję na bieżąco literaturę i wciąż prowadzę fanklub. Wiem, że żałowałbym sprzedania chociaż jednej książki z mojej kolekcji (tutaj się muszę pochwalić, bo udało mi się skompletować wszystkie wydane w Polsce przez Amber książki, czyli około 120 pozycji), więc tylko patrzę na te wszystkie grzbiety z uczuciem nostalgii. Tutaj chciałbym podzielić się swoją refleksją na ten temat; co prawda, nie była ona jakoś szczególnie długa ani głęboka, ale to zawsze coś! Mam z tym wszystkim styczność praktycznie codziennie, więc najzwyczajniej mi się to przejadło, bo ileż można się ekscytować tym samym? Stopniowo przestawałem interesować się nieścisłościami w kanonie, niedopatrzeniami autorów, wszystkimi tymi małymi rzeczami, które mnie zawsze irytowały, aż w końcu uznałem, że chyba trzeba sobie zrobić odpoczynek. Cóż, problem polega na tym, że prowadzę legnicki fanklub, działam aktywnie w fandomie i posiadam naprawdę dużą wiedzę na temat tej galaktyki, że nie mogę oderwać się o tego całkowicie. No cóż, może to i dobrze, przynajmniej mam pewność, że wrócę.

A żeby nie było wątpliwości, że to wciąż ja, powiem, że przerzuciłem się z jednego fikcyjnego uniwersum na drugie i teraz obiektem mojej głębokiej fascynacji jest reimaginowany świat Dwunastu Kolonii, gdzie człowiek zabawił się w Boga, tworząc rasę Cylonów, a resztki ludzkiej cywilizacji ku zbawieniu wiedzie jeden okręt zwany Galacticą. Realia Battlestara i Caprici wciągnęły mnie tak szybko, że nie sądziłem, iż takie coś jest w ogóle możliwe, ale… No właśnie, pooglądam sobie kilkanaście razy moje ulubione odcinki, posłucham McCreary’ego, pokrzyczę So say we all!, ale w końcu znajdzie się rzecz, która przywróci mnie do gwiezdnowojennej galaktyki. Przypuszczalnie będzie to coś, co przywróci mi wiarę w to uniwersum, jakaś książka, komiks, a może fanklubowe spotkanie lub konwent, a wtedy z mojej tapety na pulpicie zniknie Kara Thrace, a z telefonu ulotnią się muzyczny motyw Adamy jako dzwonek, muzyka aktywująca Cylonów jako dźwięk esemesa i odznaka Pegasusa na tapecie, by ich miejsce zajęło coś związanego z Gwiezdnymi wojnami. No, a tymczasem przygotowuję się na prelekcję o Yuuzhan Vongach na Pyrkonie, pracuję nad fanklubową stroną i będę musiał wyruszyć do kiosku po nowy komiks. Ach, to bycie fanem, so say we all!