Wojna polsko-krzyżacka

Kilka dni temu na Facebooku zgodziłem się z moim znajomym, Robertem, że nie ma sensu rozprawiać na temat afery związanej z krzyżem przed Pałacem Prezydenckim na blogu, gdyż do niczego konkretnego to nie doprowadzi. Powinniśmy raczej głęboko to przemyśleć i pozostawić owe refleksje sobie, jednak zdecydowanie przedłuża się moja przerwa twórcza, a temat jest dobry jak każdy inny, więc ponarzekam dzisiaj znowu na polskie realia. Mam nadzieję, że żaden ignorant polityczny nie zaczął lektury tego tekstu, bo nie zamierzam rozwodzić się nad bieżącą sytuacją, wyjaśniając niuanse i szczegóły – ot, harcerze postawili krzyż w ramach upamiętnienia śmierci Prezydenta RP i całej jego świty pod Smoleńskiem, ktoś zapomniał go zabrać, a teraz wybucha afera czy powinien tam stać. Apogeum zostało osiągnięte w dniu, gdy Kościół zdecydował przenieść te dwie drewniane belki do kościoła pod wezwaniem świętej Anny, a fanatycy i wszelakiej maści oszołomy zaczęli odstawiać swoje przedstawienie.

Zacznijmy może od momentu, gdy po krzyż przyszła procesja księży i harcerzy, którzy mieli go poświęcić (do tej pory nikt tego nie zrobił!), odprawić odpowiednie nabożeństwo i uroczyście przenieść do wskazanego przez hierarchów kościoła. Już przed tym jakże odpowiednio podniosłym wydarzeniem, na placu przed Pałacem zebrał się spory tłum, który mogę nazwać z ręką na sercu bandą oszołomów. Tak, z pewnością obrażam wielu tam zgromadzonych, ale określenia nasuwają się same. Niestety. Fanatycy, bynajmniej nie związani z żadną religią, lecz z konkretnym ugrupowaniem politycznym, zgromadzili się ze sztandarami, wielkimi transparentami, polskimi flagami i oczywiście setką jakże epickich haseł w stylu Witamy w PRLu, Katyń trwa czy też Zostawcie kżyża mjastu (pisownia oryginalna). Oczywiście znalazła się również co bardziej nawiedzona persona, która prawie się ukrzyżowała na stojącym krzyżu, inne agitowały do modlitw, a jeszcze kolejne przechadzały się z polską flagą, twierdząc, że bronią Polski.

I w tym właśnie momencie pojawia się wyżej wspomniany orszak kościelny. Zostaja natychmiastowo wygwizdani przez rozentuzjazmowany tłum, który przecież jest świętszy od papieża i ma lepsze konszachty z Bogiem. W ogólnym harmiderze możemy rozpoznać tylko niektóre z wyzwisk: ubecy, ZOMO, żydzi… Jak w ogóle można tak powiedzieć do kapłana swojej własnej religii? Toż to nawet ci wszyscy jakże popularni w mediach ultraortodoksyjni muzułmanie z ce-czwórkami u pasa odnoszą się z odpowiednim szacunkiem do swoich imamów. W tym jednym momencie byliśmy niemymi świadkami całkowitego zdziczenia i czystego, zdrowego przykładu fanatyzmu politycznego, gdyż po okrzykach Zostawcie krzyż, rozległo się głośne skandowanie Jarek, Jarek! opiewające heroizm jakże wybitnego Jarosława Kaczyńskiego. Tutaj muszę jedynie pogratulować księżom, którzy pozostali niewzruszeni i nie wdali się w rozmowy, które i tak przerodziłyby się w kłótnie z najzwyklejszymi w świecie idiotami. No, nie bójmy się ich tak nazwać.

Krzyża nie przeniesiono. Kordon policyjny, który ustawił się wokół placu był nieustannie łamany, a tylko kilkakrotnie widziałem jakiekolwiek interwencje, głównie z użyciem gazu. Powiedzcie mi, proszę, dlaczego nie można było użyć jakichś innych metod? Naprawdę szkoda było mi tych wszystkich policjantów, którzy powinni rozpędzić całe to towarzystwo bez żadnych skrupułów. Później wypowiadano się wiele o zaistniałych wydarzeniach, zarówno na oficjalnych kanałach, jak i mniej oficjalnych, jednak do tej chwili nie mogę zrozumieć jak osoba, która uważa się za inteligentną i w pełni świadomą politycznie, nie widzi w tym pierwszej klasy gry aparatu politycznego i przyznaje rację samozwańczym obrońcom krzyża. Obrońcom, którzy raczej ten symbol chrześcijaństwa bezczeszczą i hańbią, a nie chronią przed wyimaginowanymi przeciwnikami. Po prostu mi ręce opadają, dalej nie wiem, co mógłbym jeszcze napisać.

Zostaje jeszcze, może niekoniecznie związana z głównym tematem, chociaż równie interesująca, wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego wyjaśniająca jego nieobecność na zaprzysiężeniu Prezydenta RP. Najpierw chcę rozwiać pewną sprawę: Jarosław Kaczyński nie przybył na tę uroczystość, twierdząc, że to jego prawo. Gówno prawda! Jest posłem, zwykłym posłem, a jego obowiązkiem jest uczestniczyć w Zgromadzeniu Narodowym. Po takim incydencie powinno się go wywalić na zbity pysk z Parlamentu, bo nie spełnia swoich z góry ustanowionych obowiązków. No i jego argumentacja i przytoczone sprawy. Zwycięstwo Komorowskiego jest spowodowane jedynie śmiercią Lecha Kaczyńskiego – błagam, wyjaśnijcie mi, gdzie w tym znajdę jakąkolwiek logikę? Nie wiem czy mam się śmiać czy też płakać. Zaczynam nie ogarniać polskiej sceny politycznej, którą wpierw interesowałem się z przyjemności, później dla czystej rozrywki, a teraz zaczyna mnie przerażać. To jeden z tych niewielu przypadków, że wstyd mi bycia Polakiem. A szkoda.

Do broni, kamraci!

No, patrzcie… Miałem zaplanowany na dziś artykuł przedstawiający realia polskiego fandomu i zachęcający do przyjazdu na konwenty (w szczególności na zbliżające się wielkimi krokami Dni Fantastyki we Wrocławiu; to już 25 czerwca!), ale byłem wczoraj na pełnometrażowej wersji Drużyny A, więc postanowiłem zrobić jejże recenzję. Zauważyłem jednak, że ostatnio recenzowałem książkowego FlashForwarda Sawyera, przez co byłby przesyt tematyczny, bo ileż można opisywać dzieła kulturalne, a mam równie dobry temat do opisania, więc właśnie go dziś poruszę. Temat, który wypłynął u nas w klasie na którejś z przerw międzylekcyjnych, temat mocno kontrowersyjny, temat, który zmusza do głębszej refleksji i zdrowego uargumentowania. Cóż to? Ano, legalizacja broni w Polsce.

Wojciech zabłysnął nieuargumentowanym i opozycyjnym w stosunku do reszty klasy stwierdzeniem, iż broń palna winna zostać w Polsce prawnie zalegalizowana. Odnosił się zapewne, niestety nie jestem tego teraz potwierdzić w stu procentach, do amerykańskiego prawa, które jakoś funkcjonuje u naszych przyjaciół zza oceanu, a które pozwala w niektórych stanach na noszenie gnatów przez każdego obywatela. Pacyfistą nie jestem zdecydowanie, ale jakoś nie widzę takiej sytuacji w państwie nad Wisłą… Cóż, stwierdzenie, że byłoby bezpieczniej, początkowo wywołało u mnie bardziej salwę śmiechu, ale potem, już z dala kpiących uwag ze strony rówieśników, zacząłem się nad tym zastanawiać.

Do czego doszedłem? Jedyną opcją, jaką przyjmuję do wiadomości jest możliwość posiadania broni na posesji prywatnej do użycia tylko na niej. Przykładowa sytuacja numer jeden wygląda tak: siedzisz sobie spokojnie w domu, oglądasz mecz, jesz odgrzewaną w mikrofalówce pizzę i słyszysz trzask: to jakiś skurwysyn włamuje się do Twojego mieszkania. Jeżeli zabiłbyś go albo chociaż obezwładnił, może on, dzięki polskim realiom, nawet Cię podać do sądu za napaść. Chore? Niestety, tak wygląda rzeczywistość, ileż było takich spraw roztrząsanych w mediach? Wariacja sytuacji numer jeden, gdzie prawo pozwala trzymać broń we własnym domu, a co ważniejsze, pozwala na jej użycie: włam do Twojego mieszkania, strzał w nogę, bandyta jedzie do więzienia, koniec bajki. Jeden z nielicznych przepisów w prawie niektórych stanów w USA to właśnie świętość własności prywatnej. To jest moje i tylko moje, nikt niech nawet nie waży się tego tknąć, bo zabiję. I wszystko w świetle prawa.

Ale zawsze jest jakieś ale. W tym przypadku tym nielubianym spójnikiem będzie jakże często krytykowana przeze mnie polska mentalność. Nie będę się enty raz rozpisywał, że to wynika z pięćdziesięcioletniego zacofania względem cywilizowanego świata przez zamknięcie żelazną kurtyną albo ma korzenie o ksenofobicznym podłożu, bo to nic nie da; Polak jest jaki jest i koniec. Gdyby broń była ogólnie dostępna, na ulicach działby się rzeczy… straszne. Będę szczery, nawet teraz boję się przejść wieczorem niektórymi ulicami, a co by było, gdyby każdy potencjalny człowiek przechodzący z naprzeciwka miałby glocka albo innego kolta za paskiem. Albo tacy pseudokibice po meczu? Kije bejsbolowe czy inne łomy by im nie wystarczyły, to pewne, gdyby mieli ciekawsze rozwiązania.

Nie, legalizacja broni nie była dobrym rozwiązaniem, nie w dzisiejszych realiach. Człowiek, który posiada broń, może zrobić głupi błąd, którego nigdy by nie popełnił, nie mając tejże broni. Błąd, którego nie dałoby się poprawić, bo jego konsekwencje sięgałby granicy życia i śmierci. Błąd, którego można by żałować do końca swojego życia. Nie sądzę, by argumenty, że była to jedynie samoobrona uspokoiły Twoje sumienie, bo, powiedzmy sobie szczerze, byłbyś w stanie pozbawić życia drugiego człowieka?

Nie matura, lecz chęć szczera…

Maj trwa sobie w najlepsze (chociaż pogoda na to nie wskazuje w żadnym wypadku), gdzieś tam podobno kwitną kasztany, a zgraja młodych ludzi próbuje zdać testy maturalne zwane dumnie egzaminem dojrzałości. Wszystko to jeszcze przede mną, bo podchodzę do niego za rok, ale poczułem jakiś wewnętrzny imperatyw, by nawiązać do tego jakże wdzięcznego tematu i poznęcać się psychicznie nad biednymi humanistami, którzy biadolą nad obowiązkową maturą z matematyki. O, i to właśnie będzie motywem przewodnim dzisiejszego wywodu, w którym nie będę się koncentrował na krytykowaniu humanistów (och, przecież i ja do nich po części należę) jak twierdzą niektórzy z Was, ale spojrzę na temat w miarę obiektywnie i wysunę odpowiednie wnioski.

Nie matura, lecz chęć szczera zrobi z Ciebie oficera mówi stare porzekadło, którego korzenie sięgają ery głębokiego komunizmu, a które jest w dzisiejszych czasach tak… nieprawdziwe. Niestety, jak to w Polsce bywa, przeszliśmy z jednej skrajności, którą było niedocenianie posiadania wiedzy ponadprogramowej (zdana matura i studia były powodem do zdziwienia), w drugą, gdzie prawie każdy młody człowiek czuje niezidentyfikowaną potrzebę zdania egzaminu maturalnego i uczęszczania na jakąś, czasami jakąkolwiek uczelnię. Cóż, sam wybieram się na studia, ale dlatego, że tego zdecydowanie chcę, widzę konkretne powody oraz, nie oszukujmy się, jestem po prostu zdolny. Poziom edukacyjny dzisiejszych dzieci spada na łeb, na szyję, co jest bardzo smutne, a nie możemy temu w żaden sposób zaradzić; owe dzieci są coraz głupsze, nie mają wyobraźni, nie potrafią logicznie myśleć… Gdybym był złośliwszy, zdefiniowałbym ich dwoma słowami: współcześni humaniści.

Nie, nie chcę obrażać humanistów, naprawdę. Problem w tym, że w ciągu ostatnich lat zawieruszyła się gdzieś definicja humanisty jako człowieka wszechstronnie uzdolnionego, który w małym palcu ma całą wiedzę matematyczną, przyrodniczą, związaną z literaturą, kulturą i wszystkim innym. A dziś? Nie ma co ubierać następującego zdania w ładne słówka, bo niczemu to nie pomoże: dzisiejszy humanista, a przynajmniej przykładowy osobnik wyciągnięty z grupy stu osób uważających się za humanistów, to zwykły nieuk, który nie radzi sobie z matematyką. Nie potrafię liczyć, cholera, zostanę humanistą! Fakt, może trochę hiperbolizuję, ale sami wiecie jak wygląda sytuacja, prawda?

I w tym miejscu znów wracamy do tematu matury. W tym roku wreszcie przywrócono obowiązkowy egzamin z matematyki dla wszystkich zdających. Nie ukrywam, że to jedno z najlepszych posunięć Ministerstwa od wielu, wielu lat, a jakby lepiej się przyjrzeć, może i najlepsze. No i mamy wielki płacz, lament, zgrzytanie zębów, bo tysiące humanistów boi się o swoją przyszłość. Ludzie, do cholery! Przecież matematyka jest podstawą wszystkiego w dzisiejszym świecie i nie macie szans bez jej znajomości przetrwać. Tutaj mógłbym napisać i ze dwa akapity na ten temat, ale kto to przeczyta? Piąty maja, dzień matury, setki tysięcy maturzystów z przerażeniem spogląda na swoje arkusze, po czym… Okazuje się, że Ministerstwo przygotowało dobry dowcip.

Mnie matura podstawowa (którą i tak muszę zdać) zajęła niecałe pół godziny, gdzie zrobiłem wszystkie zadania z tematów, które braliśmy do tej pory w szkole. Przy drugim zadaniu rozpłakałem się ze śmiechu, żeby po chwili znaleźć czas na smutną refleksję. Jeżeli czegoś takiego wymagają na maturze, jaki ona reprezentuje poziom? Mówi się, że zrobili takie proste zadania, by każdy zdał, a ja się pytam dlaczego? Przecież nie każdy musi mieć maturę, cholera. Jeżeli w założeniach każdy ma ją zdać, jaki jest sens jej istnienia? To tylko marnotrawienie czasu, sił, środków i pieniędzy. Ech, naprawdę zawiodłem się na tegorocznej maturze, po prostu jest mi przykro. A jeszcze gorsze jest to, że są ludzie, którzy jej nie zdają, a to już jest nie lada wyczyn. Skoro nie chcecie obowiązkowej matematyki, po co w ogóle szliśmy do liceum ogólnokształcącego, hę? Do zobaczenie po drugiej stronie, o!