Endor 2010

Pilchowicki Endor jest wydarzeniem z tradycjami. Organizowany od ośmiu lat, jest jedyną w swoim rodzaju formą spotkania fanów Gwiezdnych wojen, gdzie nie ma oficjalnego programu, nikt nie przygotowuje żadnych prelekcji, a jedynym celem jest integracja ludzi z całego fandomu… na wielu płaszczyznach. Głównym organizatorem jest Banita, który co roku udostępnia swoją działkę w Pilchowicach, by fani mogli rozpalić ognisko, napić się piwa i innych trunków oraz oddać swobodnym dyskusjom na miliard różnych tematów, począwszy od filmów pokroju Zębów i Ludzkiej stonogi, a skończywszy na czynnościach fizjologicznych Tremayne’a.

Endor 2010, ósma już edycja, był moim debiutem na tej powszechnie szanowanej imprezie. Wcześniej nie miałem nigdy chęci się tam wybrać, chociażby z racji mojej abstynencji alkoholowej, ale w tym roku wreszcie się przekonałem, że warto jechać nawet pół Polski, by spotkać się z tak wspaniałymi i wartościowymi osobami. I co? I nie żałuję, a wręcz jestem zachwycony formułą spotkania, zgromadzonymi ludźmi i całym przedsięwzięciem, ale może zacznę od początku? O godzinie 11:13 dnia dwudziestego czwartego lipca bieżącego roku wyruszyłem z mojej rodzinnej Legnicy z półpełnym plecakiem, kurtką przeciwdeszczową w ręku i biletem do Gliwic w portfelu, by za dwie godziny spotkać się z (już podaruję sobie wypisywanie imion, bo znów wszyscy będziecie płakać, że nie wiecie o kim mówię) Ravem, Appo i Urthoną z Wrocławia oraz Amadeuszem i Minim z Wielkopolski. Jeżeli wierzyć PKP, przed szesnastą pokonałem dwieście siedemnaście klików w jakże niedocenianych polskich pociągach, płacąc za bilet w jedną stronę niecałe dwadzieścia złotych, co zasługuje na wielkie uznanie, szczególnie biorąc pod uwagę stosunek długości jazdy do ceny do komfortu.

Pod gliwickim dworcem czekali już na nas Jaya, Guf i Girdun, a po chwili pojawił się Mand’alor Immo, któremu co rusz wymyślałem nowe przydomki oraz Radek. Gdzieś mignął nam Tremayne, Death i Vissan, jednak szybko zapakowali się niczym burżuazyjni magnaci w Orzeła Siedem, by dotrzeć do Pilchowic na własną rękę; nam pozostał lokalny przewoźnik, notabene cholernie drogi, o czym trzeba z rozgoryczeniem wspomnieć. Przed piątą zero zero dotarliśmy do naszego docelowego miejsca przeznaczenia, czyli działki Banity, gdzie przywitaliśmy się z gospodarzem i ruszyliśmy do pobliskiego sklepu, by zaopatrzyć się z chleb, napoje gazowane, energetyzujące i alkoholowe oraz coś do upieczenia nad słynnym pilchowickim ogniskiem.

Ósma edycja Endoru była przełomowa pod kilkoma względami, jednak nie mnie jest oceniać te zmiany; akcje z poprzednich ognisk znałem jedynie z opowieści, które urosły do rangi mitów w polskim fandomie, więc nie jestem w stanie obiektywnie podsumować zeszłotygodniowych wydarzeń. Pierwszy raz zabrakło tak zwanej starej gwardii, więc średnia wieku drastycznie się obniżyła, pokazując, że rośnie nowe serce fandomu. Pierwszy raz również postanowiono przełamać monopol ogniska Banity na ostateczne przyrządzanie kiełbasek, gdyż Viciu zabrał ze sobą przenośnego grilla, by móc oddać się przyjemnościom nocnego smażenia przepysznej karkówki, za którą na marginesie muszę podziękować Kubie. Zdaniem uczestników poprzednich edycji, było też o wiele grzeczniej, gdyż nikt nie odpadł, a jedyne osoby, które poszły spać, zrobiły to z własnej, nieprzymuszonej woli, a nie, jak dotychczas, zmuszone przez tak zwaną Moc w płynie.

Serdecznie chciałbym w tym miejscy pozdrowić wszystkich uczestników Endoru, gdzie lista obecności wygląda następująco: (alfabetycznie) Amadeusz, Appo, Aquenral, Banita, Bidon, Death, Dev, Girdun, Gunfan, Jaya, Immo, Mini, Radek, Rav, Tremayne, Urthona oraz Vissan. Dodatkowe buziaki należą się ekipie, która nie poszła spać i wytrwała całą tą surrealistyczną noc, gdzie poruszyliśmy wiele bardzo dziwnych tematów, a wiele z nich niekoniecznie nadawałoby się na publikację w takim miejscu. Jestem też pełen podziwu dla ekipy telefonicznej, z którą budziliśmy nasze koleżanki w okolicach od pierwszej do trzeciej w nocy, by przedstawić się jako greccy bogowie, dwunastu apostołów lub inne znane postacie biblijne… W sumie wypadałoby chyba przeprosić wszystkie dziewczęta za przerwanie snu, więc niniejszym bardzo przepraszam za siebie i swoich kolegów.

Endor jest wydarzeniem, które każda osoba uważająca się za część fandomu chociaż raz powinna przeżyć. Cieszę się, że miałem okazję lepiej poznać kilka osób (szczególnie miło rozmawiało mi się z Bidonem i Tremaynem), pośpiewać przy ognisku, spróbować bourbona (Mandalorianie wiedzą, co jest dobre!) i nawet jechać tym cholernym pociągiem ze świetną ekipą. Endor 2011? Och, z prawdziwą przyjemnością się znów wybiorę, mając nadzieję, że przedwczorajszy skład się utrzyma, a i dojdzie kilka starych i nowych twarzy. Za takie właśnie rzeczy kocham fandom i jestem dumny, że jestem jego częścią. Z każdą taką imprezą uświadamiam sobie jak wspaniałymi ludźmi są fajni Gwiezdnych wojen… szczególnie w sytuacjach, które w żaden sposób nie są powiązane z odległą galaktyką. Na koniec jeszcze podziękowania dla Urthony za masę wspaniałych zdjęć i do zobaczenia za rok!

Rybkon 2009/2010

Rok 2009 się już skończył, a ja, wbrew wszystkim trendom, nie napisałem żadnego podsumowania i życzeń noworocznych. Dlaczego? Czyżby mi się nie chciało? Nie miałem weny? Uznałem, że i tak Was to nie zainteresuje? Może wszystkiego po trochu, ale mam niespodziankę, czyli raport z Rybkonu 2009/2010, czyli elitarnego i prywatnego, legnicko-chojnowsko-wrocławsko-śląskiego minikonwentu, który odbył się w dniach 31.12.2009-01.01.2010 w Legnicy. Skąd taka nazwa i o co w ogóle chodzi? O tym poniżej, zapraszam do czytania.

***

Rybkon nieoficjalnie rozpoczął się o godzinie 12:04, kiedy to na Dworzec Legnica wjechał pociąg z nieodległego Wrocławia (najdalszej dzielnicy Legnicy) i wysiedli z niego Komisarz Sev i Padme, czyli Michaś i Kasia. Przywitał ich nie kto inny niż ja, czyli Aquenral-Krzysztof, aktualnie dowodzący całą operacją; odprowadziłem gości do mojego domu, gdzie miał się odbyć właściwy Rybkon, ale o tym zaraz. Postanowiliśmy się wybrać na film Avatar w towarzystwie Mr. Hani, Fixera i Dzikiego, a w kinie dołączył do nas Darkdedudis (tak, to sami członkowie legnickiego fanklubu). Po filmie nastąpiła krótka konfrontacja, której punktem zwrotnym był telefon do Matki Hani, co ostatecznie zmusiło samego Hanię do dołączenia do ekipy Rybkonu. Dziki i Darkdedudis odłączyli się pod kinem, a reszta ruszyła do HQ, gdzie dołączył do nich Atroniss, czyli Artur. Po dziewiętnastej Rybkon się rozkręcił.

Muzyka była przednia: wpierw odtworzono złote przeboje Seva z jego empeczwórki, a wśród wykonawców można była poznać Modern Talking, Franka Kimono, Michaela Jacksona, Tenacious D, Nightwisha i ABBĘ. Później zmieniono odtwarzacz na mp3 Aquenrala, który zaserwował zapętlone The Riddle Gigi’ego d’Agostino, a później mieszankę Skilleta, Nightwisha i Jona Lajoie. Jadło i napitki również były niczego sobie: smażone kiełbaski i kurczak, trzy rodzaje sałatek, mnóstwo chipsów prosto z Chojnowa, słone orzeszki, mnóstwo ciasta i jeszcze więcej kartonów z sokami pomarańczowymi i jabłkowymi. Ze względu na kwestie prawne, Rybkon propagował całkowitą abstynencję od napojów alkoholowych, co nikomu nie przeszkodziło dobrze się bawić (coooo?). Jak to bywa, Hania wyżarł wszystkie orzeszki, po czym skierował swoją uwagę na chipsy. Rozmowy przedstawiały zdecydowanie wysoki poziom: wpierw dysputowano o Battlestarze, później skierowano się na fandom, Turkish Star Wars, znów fandom, sprawy prywatne i na totalne absurdy, począwszy od tego, że Kasia miała kiedyś gołębia (co niesamowicie rozbawiło Hanię do tego stopnia, że spadł z sofy, płacząc ze śmiechu), a skończywszy na udowodnieniu naukowym tezy, iż zarost rośnie szybciej, gdy człowiek nie śpi. Wybicie dwunastej celebrowano symbolicznym toastem, jednak Artur z Hanią musieli trochę no-life’ować i włączyć komputer o 23:50, by przeglądnąć strony Lockerz. Okazało się, że Sev jest mistrzem, jeśli chodzi o zakręcone kwadraty, a Hania potrafi tańczyć Scoobi-Doo z nogą i bez nogi, cokolwiek nie miałoby to znaczyć.

Około piątej nad ranem postanowiliśmy podzwonić po ludziach, życząc im szczęśliwego nowego roku. Na pierwszy ogień poszedł Rav, którego brutalnie obudziliśmy, krzycząc, że potrzebujemy baniaków i nawozu do konia. Następna była Magda, gdzie Sevuś dzielnie udawał Forwalla, nie wiedząc, że ten siedzi obok niej. Rozmowa również się skończyła wrzaskiem Hani, który domagał się baniaków. Ale nawet rozmowa z Hellem wydaje się słaba w porównaniem z półgodzinną konwersacją z Ludwikiem:

Hania: (…) I jak, dobrze się bawiłeś dziś w nocy?
Ludwik: Ano, całkiem fajnie.
Hania: No tak, to zrozumiałe, w Twoim wieku młodzi ludzie lubią pobalować. A jakieś miłe dziewczęta spotkałeś?
Ludwik: Ehe. (…) Wdepnąłem w rzygi.
Hania: Ale butem czy na boso? (…) Jeśli butem, może go umyj, bo będzie śmierdział.
Ludwik: Zostawiłem na korytarzu.
Hania: To wspaniale. A te dziewczęta? Jakaś Ci się konkretnie spodobała? (…) Nie chcesz teraz się żenić? Wolisz poślubić jakąś starą i brzydką? A może ty jesteś homo, co?
Ludwik: Nie nie…
Hania: Może boisz się dziewcząt? (…)

A dlaczego Rybkon? Ano, przy stole stoi sporych rozmiarów akwarium, gdzie pływają dwa skalary: biały i czarny. Szybko okazało się, że ten drugi (większy) to Murzyn, rybia wersja Mace’a Windu. Sev, z nadmiaru emocji, zaczął wyzywać skalara: Hey, you! Rybish, motherfrakker, do you speak it? Rybkon? Ładnie brzmi, tak konwentowo, bo wszyscy stwierdzili, że atmosfera bardzo przypomina takowe wydarzenia (no, poza standardowym upojeniem alkoholowym). Ważniejszymi punktami programu, swoistymi achievmentami, była gra w ping-ponga o czwartej nad ranem (Artur złamał stół!) oraz lepienie bałwana o szóstej. Swoją drogą, trzeba jeszcze wspomnieć o tym, że wszyscy przejęli natywny zwyczaj łapania się z podbródek w kontemplacyjnym geście Hani, legnickie słynne Cooooo? i okazało się, że nie można zrobić facepalma nogą.

***

Żeby było już jakoś formalniej: wszystkiego najlepszego w 2010 (mamy jeszcze szmat czasu przed końcem świata!) i spełnienia tych marzeń, które nie kolidują z moimi. Dziękuję i so say we all.

Twórczość fanów jako element kultury fandomowej

TWÓRCZOŚĆ FANÓW JAKO ELEMENT KULTURY FANDOMOWEJ,
czyli dlaczego fani zawsze i wszędzie muszą dorzucić swoje trzy grosze?

Kreowane przez wizjonerów fantastyczne światy i wszechświaty rządzą się swoimi prawami: zazwyczaj są objęte pewnym rodzajem kanonu, akcja nie wykracza poza z góry wytyczone granice, a świat przedstawiony często zamyka się w jednej konwencji. Wszystko to jest respektowane przez liczną rzeszę fanów w różnym stopniu (fani Gwiezdnych wojen uważają kanon za świętość, Trekkerzy interpretują wszystko po własnej myśli, a w jeszcze innych źródłach nie istnieje żadne prawo kanoniczności i wszystkie wydarzenia sobie przeczą), ale jedna rzecz trapi wszystkich: żadna fanowska praca nie dostanie się do oficjalnego świata przedstawionego. Mimo to, fani ogólnie pojętej fantastyki wciąż piszą, rysują i tworzą, a fani Gwiezdnych wojen, mimo restrykcyjnej polityki George’a Lucasa, zaliczają się do czołówki najpłodniejszych fandomów.

Pamiętam, że jako dziesięciolatek w czwartej klasie szkoły podstawowej rysowałem na nudniejszych lekcjach ilustracje do książek z cyklu Nowa era Jedi. Może to dziwne zainteresowanie jak na małe dziecko, ale Yuuzhan Vongowie i ichniejsza technologia zawsze mnie fascynowały, więc przelewałem moje wyobrażenia na ich temat na papier za pomocą ołówka i gumki. Niedawno znalazłem plik kartek A4 i z uśmiechem na twarzy obejrzałem moje wszystkie prace: zniszczenie Sernpidala, oblężenie Gyndine, misję nad Myrkrem czy panoramę Yuuzhan’tara. Jako dziesięciolatek bez samokrytyki marzyłem, by ktoś kiedyś wydał wznowienia tychże książek, począwszy od Wektora pierwszego, a skończywszy na Szlaku przeznaczenia (dalej jeszcze nie zdążyłem przeczytać) z moimi ilustracjami ? wydawało mi się, że byłby to nie lada zaszczyt. Teraz, siedząc na podłodze i śmiejąc się z moich szkaradnych voxynów i ogniodmuchów, naszła mnie refleksja: dlaczego przestałem rysować? Wiadomo, nie każdy ma talent, a moje prace nie zaliczały się do najwybitniejszych, ale przecież mogłem rysować do przysłowiowej szuflady. Przestałem rysować, bo w końcu uznałem, że rzeczywiści mi to nie wychodzi, ale zabrałem się za coś, co uznałem za poważniejsze: pisanie. Fan-fiction to chyba najprężniej rozwijająca się dziedzina twórczości fanów na całym świecie; byłem święcie przekonany o swoim talencie pisarskim, a polonistka podnosiła moją samoocenę, wystawiając same piątki z wypracowań (cóż, nie zauważyłem, że większość moich kolegów ze szkolnej ławy też dostawało same piątki). Napisałem jedno opowiadanie, ale zaciąłem się w połowie. Zacząłem drugie… I też go nie skończyłem. W szóstej klasie rozpocząłem prace nad tworzeniem całkowicie nowego świata, gdyż akcja nowego dzieła miała rozgrywać się w galaktyce Yuuzhan Vongów podczas wojny cremleviańskiej, ale i tym razem nic nie wyszło, a czterdzieści pięć stron A4 przez długi czas leżały na dysku twardym, by w końcu zostać sformatowanymi. Zdałem sobie sprawę, że nie mam cierpliwości do takich rzeczy i nigdy nie napiszę czegoś dłuższego niż kilkanaście stron. Ostatnio znów mnie złapała wena i zacząłem kreować całkiem nowy świat i nowe realia, by zrobić podwaliny pod przyszłe opowiadania, ale wyszedłem ze świata Gwiezdnych wojen, opuszczając tym samym rejon twórczości fanów na rzecz twórczości własnej.

Dlaczego? Po co rysowałem to wszystko i bezsensownie pisałem? W jakim celu, skoro nic z tego nie ujrzało światła dziennego, nie mówiąc już o publikacji w internecie? Doszedłem do wniosku, że każdy fan jest tak bardzo związany ze swoim ukochanym uniwersum, że chce w jakiś sposób wnieść coś od siebie. Jeżeli człowiek umie rysować ? rysuje. Jeżeli potrafi pisać ? pisze. Inni rzeźbią, tworzą modele i kostiumy, śpiewają albo kręcą własne fanowskie filmy. Kacper Karcz z Legnicy (nick KAcpeross) opowiada na pytanie dotyczące rysowania: Rysuję, bo umiem, po czym dodaje: Wprowadzam postacie z ?Gwiezdnych wojen? w sytuacje jakie sam sobie wymyślę. Fani czasami czują się przygnieceni ciężarem rozbudowanego kanonu, w którym nie mogą znaleźć wszystkiego, co by chcieli, więc sięgają po ołówki, kredki i farby. Mogą w taki sposób wizualizować swoje myśli i wyobrażenia. Rysunki, nieważne jakie by nie były, nigdy nie oddadzą tyle, co opowiadania i dłuższe formy literackie, za czym idzie fakt, iż nie mogą tyle namieszać w ogólnie przyjętym kanonie. Radek Salamończyk z Włocławka (w fandomie znany jako Foleb), autor opowiadania Pogrom nad Cypharem, twierdzi, iż napisał swoją pracę pod wpływem weny twórczej i impulsu. Miałem taki motyw w głowie, który mnie nie opuszczał – przypomina sobie Foleb. Wszystko widziałem w głowie, niczym film, po czym tylko przelewałem to na papier, zamieniając obrazy w litery. W założeniu, Pogrom jest pierwszym opowiadaniem z cyklu, ale w kwietniu 2009 ucichły wszystkie informacje na temat kolejnych części. Niektórzy porzucają pracę umysłową i tak jak Tomasz Rewak z Legnicy (znany również jako Fixer) tworzą repliki rekwizytów i zbroi z Gwiezdnych wojen. Fixer na swoim koncie, a raczej w warsztacie, ma już mandaloriańską zbroję, pełny ubiór Człowieka Pustyni, szatę Jedi i rękojeść miecza świetlnego, a teraz pracuje nad projektami niekoniecznie związanymi z uniwersum Lucasa (twarzołap z filmów Obcy oraz insygnia admiralskie z serialu Battlestar Galactica. Na zadane pytanie, dlaczego robi to wszystko, odpowiada bez zastanowienia: Po prostu lubię to robić, sprawia mi to przyjemność. Poza tym miło jest popatrzeć na wszystko ze świadomością, że zrobiłeś to sam.

Jak widać, fani nie próżnują. Na forum Bastionu polskich fanów Gwiezdnych wojen co rusz pojawiają się nowe opowiadania, a Redakcja organizuje konkursy plastyczne, by promować młodych twórców. Większa część fanów tworzy lub tworzyła cokolwiek w przeszłości, chociaż nie każdy się teraz do tego przyznaje. Publikowane dzieła są różnie napisane, a autorzy mają zróżnicowane ambicje, ale prawda jest smutna: George Lucas nigdy nie włączy żadnej fanowskiej pracy, a tym bardziej pochodzącej od polskiego autora, do gwiezdowojennego kanonu. Prawdą jest to, że zorganizowano kilka konkursów (między innymi słynny Darth Who?), ale fani mają znikomy wpływ na losy tegoż uniwersum. Świadomość, iż tworzone przez nas prace nigdy nie zostaną kanonizowane nikomu jednak nie przeszkadza. Wystarczy wejść na forum Bastionu i zobaczyć, że Heavy Metal Mando dodał kolejne rysunki na swojego bloga, a Nadiru Radena opublikował kolejne opowiadanie. Wtedy trzeba tylko zaparzyć sobie herbatkę, rozsiąść się wygodnie w fotelu i doświadczyć, co twórcy chcą nam przekazać. A nuż zmotywuje nas to do stworzenia czegoś własnego?

Adnotacja

Wszystkie osoby cytowane w tekście wyraziły zgodę na publikację własnych wypowiedzi oraz danych personalnych. Esej brał udział w konkursie na artykuł prasowy organizowanym przez Bastion polskich fanów Gwiezdnych wojen.