Współczesne ocenianie

[17:18:25] ** Aquenral słucha 7 Things Hannah Montany. (…)
[17:19:16] Słaba ta piosenka. (…)
[17:19:29] A podobno jej najlepsza.
[17:19:35] Co oznacza, że ogólnie jest słabo. (…)
[17:20:09] I w sumie uznałem, że nie mam prawa krytykować, skoro nawet nie słuchałem.

(zapis z kantyny z dnia 16 maja)

Naszła mnie ostatnio taka nietypowa refleksja dotycząca Hannah Montany… Tak, wiem, może wydawać się to troszkę dziwne, ale postanowiłem włączyć Youtube’a i przesłuchać kilka jej piosenek. Zawsze przyrównywałem jej twórczość do najwyższej klasy kiczu muzycznego, ale zdałem sobie sprawę, że tak naprawdę poddaję się presji tłumu, który skrzyknął się i uznał jednomyślnie jej piosenki za tandetę bez możliwości odwołania się. Cóż, kilka kliknięć i przesłuchałem sobie 7 Things, po czym stwierdziłem, że opinia społeczna tym razem się zbiegła z moimi prywatnymi odczuciami. Wyjątki potwierdzające regułę się zdarzają, ale główna refleksja naszła mnie dopiero po odsłuchaniu tejże piosenki. Dlaczego ludzie nie potrafią dokonać sami oceny i opierają się na innych?

Teraz powinienem przesłuchać wszelakiego rodzaju zespoły, na których nie zostawiam suchej nitki, z Jonas Brothers na czele, ale zwyczajnie mi się nie chce. Jednej piosenki wysłuchałem, męcząc się i mając zaciśnięte pięści, widząc tag rock pod fleszowym odtwarzaczem, a resztę sobie podaruję, chroniąc moją psychikę. Zdaję sobie sprawę, że ocena po jednej tylko składowej części danego czegoś nie może być obiektywna, ale zwyczajnie nie wytrzymuję takiej dawki kiczu. Co mi się natomiast nie podoba? To, iż kogokolwiek bym nie zapytał (no, za wyjątkiem Karola, którego pozdrawiam), powiedzą, że Hannah Montany, a właściwie Miley Cyrus, nie warto słuchać. A czy kiedykolwiek jej słuchali? Zapewne nie. Może to błahy przykład, ale nasze kochane społeczeństwo bazuje właśnie na opiniach, które biorą się zewsząd i znikąd, zapewne z głębokich czeluści kosmosu lub innych zakamarków kościelnych archiwów.

Weźmy na celownik książkową kwadrylogię Stephanie Meyer, czyli znany i niekochany Zmierzch oraz części kolejne. Lista bestsellerów w empiku od dłuższego czasu jest okupowana przez wszystkie cztery pozycje, w mediach mówi się o ewenemencie społecznym, gdzie każdy uwielbia historię nastolatki zakochanej w przystojnym wampirze, ale kogokolwiek byśmy nie zapytali, stwierdzi, że to zwykłe, za przeproszeniem, gówno. Czytał? A skądże! Może gdzieś tam obejrzał migawki z filmu, strasznie spapranego swoją drogą i na tym buduje swoją opinię. Lepiej się spodobać społeczeństwu i powiedzieć, że Bella i Edward nie zasługują nawet na przeczytanie. Nie żebym sam tak nie twierdził przed lekturą, która całkowicie zmieniła mój pogląd, bo książki są zwyczajnie dobre (nie jakieś świetne i rewelacyjne, ale czyta się przyjemnie, ot co). Ech, a jakakolwiek wzmianka o Zmierzchu i przyznanie się do przeczytania wszystkich pozycji w cyklu powoduje natychmiastowe wybuchy szyderczego śmiechu, zdziwienie, a niekiedy nawet czystą pogardę. Ot, tak działa dzisiejszy świat, witamy.

Człowiek nie jest w stanie ogarnąć wszystkiego, przesłuchać każdej piosenki, zobaczyć każdy film czy serial, przeczytać każdej książki… Jest to najzwyczajniej w świecie niemożliwe fizycznie. Sam też nie pochwalę się swoją znajomością szeroko pojętej kultury, bo nie wszystko mnie interesuje, ale przynajmniej nie wypowiadam się na obce mi tematy. Nie oceniam bez uprzedniego zapoznania się z podmiotem, nie krytykuję bez podstawowych informacji na jego temat. Czy to naprawdę takie trudne? No tak, przecież lepiej posłuchać pierwszej-lepszej nieznanej osoby z brzegu i skopiować jej opinię. Jest ona z pewnością obiektywną ekspertyzą, którą warto propagować wśród znajomych, którzy zapewne również pokuszą się o jej rozpowszechnianie. Fakt, Miley Cyrus vel Hannah Montana śpiewa tragicznie, ale skąd możesz to wiedzieć, skoro nie słuchałeś ani jednej jej piosenki? Ptaszek Ci powiedział? Do zobaczenia po drugiej stronie i obyśmy nie popadli w kompletny debilizm, o.

Być (fanem) albo nie być

Hej, mała, jestem fanem „Gwiezdnych wojen” – takim tekstem z pewnością można zdobyć serce niejednej młodej damy. No cóż, każdy lubi to, co mu się podoba, niektóre rzeczy mogą się innym wydawać przynajmniej dziwne, ale najważniejsze jest to, by nie wstydzić się swoich zainteresować. Ja mówię otwarcie, że jestem fanem fantastyki naukowej i uważam, że to moja prywatna sprawa, więc nikt nie powinien mnie oceniać przez pryzmat mojego hobby. Fanem Gwiezdnych wojen jestem od prawie dziesięciu lat (najwcześniejsze wspomnienia sięgają 2001 roku), były one ze mną przez prawie całą szkołę podstawową, wszystkie trzy klasy gimnazjum i dotychczasową całość liceum, George Lucas zarobił na mnie dobre kilka tysięcy dolarów (ach, te wszystkie książki, komiksy i reszta kolekcjonerstwa), nie wspominam już nawet o czasie pożartym przez odległą galaktykę, bo wynik wyliczeń mógłby mnie przestraszyć. Prawda jest taka, że związało się to ze mną w tak ścisłej symbiozie, że jeszcze niedawno nie mogłem sobie wyobrazić bez tego życia, gdyż stało się to jego nieodłączną częścią, czymś tak dla mnie naturalnym jak chodzenie do szkoły czy czytanie książek (notabene większości z logiem Star Wars). A kilka dni temu doszedłem do wniosku, że… to mnie już w ogóle nie kręci.

Straciłem do tego wszystkiego jakoś zapał, jakiekolwiek chęci i motywację. Prawda, mam cholernie wielki sentyment i niejasne przeczucie, że moja fascynacja odległą galaktykę wróci i to pewnie niedługo, ale czuję się z tym zdecydowanie nieswojo. Ciekawostka autobiograficzna #1: w gimnazjum również miałem okres odpłynięcia od Gwiezdnej Sagi, jednak zainteresowanie wróciło po kilku miesiącach, by w końcu z tego powstał fanklub. O, właśnie, legnicki fanklub Gwiezdnych wojen, czyli moje trzyletnie dziecko, dzięki któremu jestem tym, kim dzisiaj jestem. Już abstrahując od faktu, że to jedno z moich największych osiągnięć życiowych i całkiem przyjemna forma spędzania wolnego czasu, fanklub, a później i fandom, dał mi możliwość spotkania się z gronem niesamowitych osób, z którymi w inny sposób nigdy bym się pewnie nie spotkał. I mimo mojej przerwy od Gwiezdnych wojen, ci ludzie wciąż są świetnymi kumplami, a nawet i przyjaciółmi. To właśnie jest powód, dla którego najbardziej cenię dzieło Lucasa – łączy ludzi lepiej niż cokolwiek innego i nigdy wcześniej nie spotkałem się z takim zjawiskiem. Co mogę zawdzięczać jeszcze swojej pasji? Z pewnością to, że przez ostatnie dziesięć lat przeczytałem mnóstwo książek, przez co nie tylko wzbogaciłem swój język, ale także zdobyłem mnóstwo praktycznej w abstrakcyjnych sytuacjach wiedzy, ale o tym już chyba kiedyś pisałem na łamach tego bloga.

Najśmieszniejsze w tej całej sytuacji jest to, że mam to przeświadczenie, iż to tylko tymczasowe zniechęcenie, dlatego też kupuję na bieżąco literaturę i wciąż prowadzę fanklub. Wiem, że żałowałbym sprzedania chociaż jednej książki z mojej kolekcji (tutaj się muszę pochwalić, bo udało mi się skompletować wszystkie wydane w Polsce przez Amber książki, czyli około 120 pozycji), więc tylko patrzę na te wszystkie grzbiety z uczuciem nostalgii. Tutaj chciałbym podzielić się swoją refleksją na ten temat; co prawda, nie była ona jakoś szczególnie długa ani głęboka, ale to zawsze coś! Mam z tym wszystkim styczność praktycznie codziennie, więc najzwyczajniej mi się to przejadło, bo ileż można się ekscytować tym samym? Stopniowo przestawałem interesować się nieścisłościami w kanonie, niedopatrzeniami autorów, wszystkimi tymi małymi rzeczami, które mnie zawsze irytowały, aż w końcu uznałem, że chyba trzeba sobie zrobić odpoczynek. Cóż, problem polega na tym, że prowadzę legnicki fanklub, działam aktywnie w fandomie i posiadam naprawdę dużą wiedzę na temat tej galaktyki, że nie mogę oderwać się o tego całkowicie. No cóż, może to i dobrze, przynajmniej mam pewność, że wrócę.

A żeby nie było wątpliwości, że to wciąż ja, powiem, że przerzuciłem się z jednego fikcyjnego uniwersum na drugie i teraz obiektem mojej głębokiej fascynacji jest reimaginowany świat Dwunastu Kolonii, gdzie człowiek zabawił się w Boga, tworząc rasę Cylonów, a resztki ludzkiej cywilizacji ku zbawieniu wiedzie jeden okręt zwany Galacticą. Realia Battlestara i Caprici wciągnęły mnie tak szybko, że nie sądziłem, iż takie coś jest w ogóle możliwe, ale… No właśnie, pooglądam sobie kilkanaście razy moje ulubione odcinki, posłucham McCreary’ego, pokrzyczę So say we all!, ale w końcu znajdzie się rzecz, która przywróci mnie do gwiezdnowojennej galaktyki. Przypuszczalnie będzie to coś, co przywróci mi wiarę w to uniwersum, jakaś książka, komiks, a może fanklubowe spotkanie lub konwent, a wtedy z mojej tapety na pulpicie zniknie Kara Thrace, a z telefonu ulotnią się muzyczny motyw Adamy jako dzwonek, muzyka aktywująca Cylonów jako dźwięk esemesa i odznaka Pegasusa na tapecie, by ich miejsce zajęło coś związanego z Gwiezdnymi wojnami. No, a tymczasem przygotowuję się na prelekcję o Yuuzhan Vongach na Pyrkonie, pracuję nad fanklubową stroną i będę musiał wyruszyć do kiosku po nowy komiks. Ach, to bycie fanem, so say we all!

Już świta

Daybreakers (2010)

Przechodzę ostatnio niesamowicie zaawansowaną fascynację wampirami i wszystkim, co jest z nimi pośrednio lub bezpośrednio związane, więc nikogo chyba nie zdziwi fakt, iż wybrałem się do kina na najnowszą produkcję braci Spierig o wdzięcznym tytule Daybreakers. Można by powiedzieć, że to kolejny film bazujący na wampiromanii wywołanej Zmierzchem, ale tutaj się pojawia pewna niekonsekwencja: Świt jest całkowitym przeciwieństwem (i to dosłownie) świata stworzonego przez panią Meyer. Gdy tylko zobaczyłem trailer na Youtube przed dwoma tygodniami, od razu zakochałem się w tytule i nie mogłem się doczekać premiery. Byłem, zobaczyłem… i zaraz postanowię Was przekonać do przejścia się do kina.

Mamy rok 2019, dziesięć lat wcześniej wybuchła epidemia, która przekształciła większą część ludzkości w wampiry (od razu zaznaczam, że to prawdziwe wampiry, które muszą pić ludzką krew, nie wychodzą na słońce, a ich odbić nie widać w lustrach), które postanowiły prowadzić dalej konsumpcyjną cywilizację człowieka. Wiadomo, zmiany są bolesne i tak dalej, więc mamy kilka innowacji: przebudowę miast na potrzeby nocnego życia, modyfikacje samochodów do jazdy w dzień, butiki z ciepłą krwią na dworcach… I to jest chyba najwspanialsza rzecz w tym filmie: klimatycznie zbudowany świat przedstawiony. Nie odczuwamy tego, że wszyscy ludzie w całym mieście to w rzeczywistości potwory, które piją kawę z krwią, a na imprezy przynoszą krew w butelkach po winie. Głodujący bezdomni chodzą z kartonikami z napisami Proszę o krew, a w telewizji lecą reklamy pasty do kłów Bielsze nie będą, jednak wydaje się to… naturalne? Mnie wszystkie takie rzeczy niesamowicie bawiły, wprowadzały mroczną atmosferę i nastrój, który opacznie mi się udzieliły, ale pokazały też, że wampiry to też ludzie, jeśli wiecie o co mi chodzi. No właśnie, a gdzie się podziewają poczciwi Homo sapiens? Nieliczne egzemplarze, które przeżyły masową wampiryzację ukrywają się w słonecznych miejscach w obawie przed prześladowaniami na tle stricte rasowym, bowiem nasi bladzi przyjaciele polują na nich i przetrzymują na farmach, gdzie pobiera się hektolitry krwi, by zaspokoić wampirze potrzeby. I tutaj się zaczyna cała fabuła, która jest mocnym, naprawdę mocnym fundamentem całego filmu.

Narada wojenna.

Brakuje krwi. No, kto by pomyślał, że tak przyziemna sprawa jak brak pożywienia może zaszkodzić wampirzej cywilizacji? Nieśmiertelni i piękni są narażeni na obrzydliwą mutację, która przemienia ich w instynktownie szukające krwi bestie z wielkimi pazurami, kłami, skrzydłami i całą resztą wyposażenia, którego ludzki wampir nie posiada. Firmy hematologiczne (które zmieniły target z rynku medycznego na spożywczy) próbują opracować substytut krwi, który wcale nie ma pomóc umęczonej rasie ludzkiej, ale przeprowadzić wampiry znad przepaści, na którą same się zapędziły. Znowu pojawia się ten niesamowity klimat: głodujące wampiry przyspieszają własną mutację, pijąc własną krew, w mediach mówi się o braku krwi w trzecim świecie i o pożarach wywoływanych przez płonące zwampiryzowane zwierzęta, które wychodzą na światło słoneczne, dzieci rozkopują cmentarze, mając nadzieję na znalezienie choć kropelki krwi, a wszędzie panuje nieufność i atmosfera nadchodzącej burzy. W takim świecie żyje Edward (cholera jasna!) Dalton, miłośnik ludzi i hematolog, który został zmieniony w wampira wbrew sobie. Oczywiście spotyka ludzką kobietę, oczywiście jest ona piękna i oczywiście zakochuje się ? w taki oto sposób mamy całkowitą odwrotność Zmierzchu. Edward pojawia się sam w domu pełnym ludzi, którzy marzą tylko o jego śmierci, a sam chce się stać na powrót człowiekiem, bo okazuje się, że proces dewampiryzacji jest możliwy (ot, ciekawostka naukowa).

Fabuła może wyglądać teraz na przewidywalną, ale z ręką na sercu powiem, że takiego zakończenia z pewnością się nie spodziewałem. Nie ma tutaj typowej amerykanizacji przemysłu filmowego (no, poza plakatem rekrutacyjnym do armii z Wujem Samem), która ostatnio zdominowała wszelakie kinowe produkcje. Okej, podniecam się klimatem, zachwycam fabułą, ale przecież coś trzeba było spieprzyć, prawda? Ano, prawda. Efekty specjalne, które wykonywała ta sama firma, co do Władcy pierścieni, zawiodły mnie; inaczej się nie wyrażę, bo szkoda cennych bajtów w bazie danych. Sam efekt płonących wampirów na świetle słonecznym był już średni, ale niesmak wzbudziły u mnie przede wszystkim zmutowane wampiry, które grasowały po mieście w poszukiwaniu krwi. Sam pomysł jest świetny: nie pijesz ludzkiej krwi, więc zamieniasz się w potwora; dla takiego idealisty jak Edward to nie lada wyzwanie etyczno-moralne, bo spożywanie krwi też uważa za potworny czyn. Jedyną sceną, gdzie mutant mi się podobał, był atak ów stwora na Edwarda w jego własnym domu. Biedny ogrodnik wyczuł zapach butelki z krwią przyniesionej przez brata Eda i nie mógł powstrzymać głodu. Moment, gdy zlizuje krople krwi z mebli i rysuje szponami na skrzydłach szafki jest po prostu piękny; późniejsza walka wypada słabo, no, ale nie jest z drugiej strony taka tragiczna. Mimo wszystko, myślę, że można było wyłożyć więcej pieniążków i zrobić coś atrakcyjniejszego wizualnie, bo mam dziwne wrażenie, że połowa budżetu poszła na ostatnią bitwę w centrum hematologicznym.

Aquenral ocenia
Trailer: 10/10.
Fabuła: 9+/10.
Klimat: 10/10.
Efekty: 5/10.
Muzyka: 2/10.
Ogółem: 7-/10.

O aktorach nie będę się wypowiadał, bo zagrali dobrze. Asia zauważyła, iż Ethan Hawke wygląda przystojniej jako człowiek niż wampir (cóż, ja nie zwróciłem na to uwagi), ale spodobała mi się rola Willem Dafoe jako Elvisa. Małym smaczkiem dla mnie, jako fana Gwiezdnych wojen, było pojawienie się Jaya Laga’aii (Gregar Typho) jako wampirzego senatora z proludzkimi sympatiami. Na całej linii zawiodłem się na muzyce: nie mam zielonego pojęcia, kto ją pisał, ale mam wrażanie, że nawet nikt jej nie skomponował. Przydałaby się potężna orkiestra albo chociaż smętne Running Up That Hill Placebo z trailera, a tu nic. Polało się sporo krwi, wyrwano wiele kończyn i zjedzono jeszcze więcej ludzi, ale myślę, że można byłoby trochę okroić film z brutalności. Mówi się, że Zmierzch jest gwałtem na wampirach. Cóż, trzeba obejrzeć Daybreakers i dopiero wtedy się wypowiedzieć, o. So say we all.