Tour de fandom

Wróciłem!

Jeżeli ktoś interesuje się w jakimś minimalnym stopniu moją osobą, powinien zauważyć, że od tygodnia przestałem formalnie istnieć dla znajomych z Legnicy i internetu. Jeżeli ktoś utrzymuje ze mną regularne kontakty albo chociaż czyta tego bloga, powinien wiedzieć, że od poniedziałku nie ma mnie w domu, gdyż zorganizowałem sobie jakże epicko brzmiące tour de fandom. Co może się ukrywać pod tak brzydką francuską nazwą? Ano, korzystając z dobroczynności, dobrego serca i cierpliwości moich świetnych znajomych z całego kraju, których poznałem poprzez konwenty lub internet, spędziłem wspaniałe tygodniowe wakacje w objazdówce, spotykając mnóstwo ludzi, za którymi cholernie się stęskniłem, poznając nowe twarze, a nawet zwiedzając kilka miast. Poniższy wpis będzie formą relacji z podziękowaniami dla wszystkich, z którymi spędziłem czas od poniedziałku do niedzieli, bo te osoby, a szczególnie ci, którzy mnie nocowali, zasługują na wielkiego buziaka za chociażby to, iż im się chciało.

Poniedziałek, dwudziesty trzeci sierpnia 2010, godzina ósma. Dworzec Legnica, lekki deszcz, zjadłem jedynie kanapkę, w kieszeni mam bilet na bezpośrednie InterRegio do Krakowa. O ósmej dwadzieścia wyjechałem, by dojechać o czternastej trzydzieści (trasa przez Wrocław, Opole, Gliwice i Katowice, opóźnienie dziesięć minut), gdzie odebrały mnie Paulina/Kaysh z Aliną/Nomi, przy czym tę drugą miałem okazję spotkać pierwszy raz. Warto wspomnieć, że droga Legnica-Katowice, mimo iż długa, trwała stosunkowo krótko, szczególnie, że zajmowałem przedział ze starszymi, miłymi ludźmi, którzy zagadywali mnie o politykę, gospodarkę, kwestie religijne i wszystkie inne ciekawe tematy, na które starzy ludzie lubią rozmawiać. W Krakowie udało mi się poznać wreszcie Kasię i jej brata, Krzysztofa (niestety niekoniecznie w najlepiej nadających się do tego okolicznościach), by wieczorem w końcu spotkać się z Marcinem, który to zaprowadził mnie do swojego mieszkania, gdzie spędziłem pierwszą noc poza domem na mojej wycieczce.

Wtorek spędziłem cały w Krakowie, z czego się niemiłosiernie cieszę, gdyż wreszcie mogłem poznać to miasto. Ostatni raz byłem w stolicy Małopolski jakieś dziesięć lat temu, więc jedyne, co pamiętałem, to Smok, więc wręcz wypadało zobaczyć chociażby jakieś podstawowe zabytki. Takim oto sposobem poszwendaliśmy się po krakowskim rynku, porobiłem kilka zdjęć Sukiennic, kościoła Mariackiego i uliczek w centrum, by wylądować na Wawelu. Czy mógłbym, będąc w Krakowie, nie zajść na Wawel? Szczególnie w świetle kwietniowych wydarzeń? Och, oczywiście, że byłem w wawelskich kryptach, gdzie widziałem miejsce spoczynku marszałka Józefa Piłsudskiego i prezydenta Lecha Kaczyńskiego wraz z małżonką. Już nie będę się rozpisywał na temat czy powinni oni tam leżeć, ale zaskoczyła mnie niekończąca się kolejka, by zobaczyć za darmo (!) kryptę. Druga część dnia była o wiele ciekawsza, bo Marcin zarządził wakacyjne spotkanie krakowskich fanów, więc miałem okazję poznać tę część fandomu. Drugi dzień z rządu spotkałem się z Pauliną i Aliną, pierwszy raz od tegorocznych Dni Fantastyki zobaczyłem się z Carthem i Jenth, a i udało mi się wreszcie poznać twarzą w twarz z Melethronem, Chosen Onem, Paybackiem, Kirishimą… Mam nadzieję, że o nikim nie zapomniałem. Wieczorem pochodziliśmy jeszcze po Krakowie, zrobiłem zdjęcie słynnej podwawelskiej reklamy Ożyj i zwyciężaj, by później znów odwiedzić Kasię, tym razem nawet z bukietem kwiatów i wrócić wieczorem do Marcina. Jako anegdotę można potraktować fakt, iż bezdomny oznajmił nam, że wszyscy w Krakowie to, cytuję, same chuje.

Środa… Rano spotkałem się z delegacją kolbuszowskiego fanklubu, która wybierała się na Tricon, a postanowiła zahaczyć o Kraków, by się ze mną spotkać. Udało mi się wreszcie poznać mojego fandomowego syna, Mateusza/Raitha, a także Maćka/Vaknella oraz jego uroczą dziewczynę, Martę. Nie mogę też zapomnieć o reszcie kolbuszowian: Adamie, Robercie i Bartku. Spotkaliśmy się znowu z Pauliną i Tomkiem, spędziliśmy kilka godzin razem, po czym odprowadzono mnie na Kraków Główny, bym mógł wyruszyć InterRegio do Katowic. Dwie godziny nudnej i ślamazarnej jazdy później, z katowickiego dworca odebrał mnie Radek, a po chwili spotkaliśmy Kasię. Zjadłem u mojego wspaniałego gospodarza obiad, zostawiłem bagaż i wyruszyliśmy do podbój stolicy industrializowanego Śląska razem z Wojtkiem/Immo i Tomkiem/Tremem. Po wizycie w jednym pubie i kebabie, spotkał się z nami jeszcze drugi Wojtek, Aedin, by odwiedzić kolejny pub. Ogólnie byłem zaskoczony Katowicami; zawsze żartowałem, że węgiel tam leży na ulicach, ale nie spodziewałem się tak uroczego, czystego i nawet zalesionego (!) miasta. Do Radka wróciliśmy chyba koło drugiej, więc zasadniczo zaczął się już…

Czwartek. O dziewiątej trzydzieści byłem już w InterRegio do Warszawy, gdzie spotkałem bardzo miłą, starszą panią, która pracuje, jak to określiła, w branży krewetkowej. Tutaj pozwolę sobie pochwalić pociągi, a konkretnie ukochane teraz przeze mnie InterRegio, dzięki któremu zrobiłem ponad tysiąc kilometrów za niecałe sto złotych; sama trasa Katowice-Warszawa kosztowała mnie jedynie dwadzieścia pięć złotych i trwała tylko trzy godziny. Na Warszawie Wschodniej odebrali mnie Karolina/Jul z Maćkiem/Vosem, których również spotkałem pierwszy raz w życiu, z czego się bardzo cieszę. Zobaczyłem co ciekawsze miejsca, włączając w to wycieczkę pod słynny już krzyż pod pałacem (chwała moim przewodnikom!), by w końcu spotkać się w centrum z Patrykiem/Moofem, z którym dostałem się do Otwocka, gdzie miałem spędzić kolejne dwie noce. U Patryka miała odbyć się większa impreza, ale w końcu wszyscy się wykruszyli, niszcząc ideę Moofkonu.

Piątek zaczął się po dwunastej, bo obudziliśmy się nieco późno. Szybko zjedliśmy odgrzewane w mikrofalówce longery z KFC z keczupem, pogadaliśmy o miliardzie głupich rzeczach, wspomnieliśmy o wyższości tureckiego kina nad oryginalnymi produkcjami Badi mnie zniszczył totalnie), zrobiliśmy obiad i pojechaliśmy do Warszawy. Odwiedziliśmy nawet Skierniewice, niestety nie udało nam się skomunikować z Mateuszem, więc wróciliśmy równie szybko jak się tam znaleźliśmy. Wróciliśmy stosunkowo późno, więc piątek nie był jakoś szczególnie epicki i nie wyróżnił się niestety ilością poznanych osób, ale in plus zaliczymy to, że pierwszy raz w życiu piłem mojito i chyba zostałem fanem.

Sobotę głównie spędziłem w pociągu, bo wpierw musiałem się dostać Kolejami Mazowieckimi z Otwocka do Warszawy, później przejechałem InterRegio do Poznania, gdzie spotkałem się na krótko z Magdą, by wieczorem dostać się osobówką do Leszna. Tak się fajnie złożyło, że akurat trwało leszczyńskie spotkanie, więc oprócz Amadeusza, mojego kochanego gospodarza, spotkałem się z Minim, Nestorem, Yahoo, Burzolem, Lordem Sidiousem i Chewie. Niestety w tym miejscu zaczęły kończyć się moje fundusze, więc zjadłem dopiero u Amadeusza w domu. Nie no, fakt, miałem ze sobą jeszcze trochę pieniędzy, ale gdybym je rozmienił, wiem, że szybko bym je zmarnotrawił. Po udanym spotkaniu (z Janem na przykład nie widziałem się od marca!), odprowadziliśmy wszystkich na dworzec, a wieczorem odwiedziliśmy kantynę z komputera Amadeusza. Anegdotka #2: przez cały tydzień wchodziłem na czat pod nickiem ~NienawidzeRyb z czterech różnych IP i hostów.

Niedziela w Lesznie miała być już definitywnym końcem mojej wycieczki, ale spotkała mnie bardzo miła niespodzianka, o której muszę wspomnieć. Mianowicie na dworcu we Wrocławiu spotkałem się z Bartkiem/Ravem, który zaprosił mnie do siebie, gdzie nawet zjadłem obiad z Kubą/Appo i ich rodzicami. takimi oto sposobem do mojego touru wpadł jeszcze Wrocław, w którym spędziłem kilka godzin. Żeby było jeszcze milej, w pociągu do Legnicy spotkałem moją starą znajomą, z którą kontakt mi się jakiś czas temu… urwał, no. W taki oto sposób dotarłem do domu w miłym towarzystwie po godzinie osiemnastej, by troszkę się ogarnąć, zjeść drugi obiad i napisać ten wpis.

Gdybym chciał to wszystko podsumować… Przejechałem ponad tysiąc dwieście kilometrów w siedem dni. Byłem w Krakowie, Katowicach, we Włoszczowej, w Warszawie, Otwocku, Skierniewicach, Poznaniu, Lesznie i we Wrocławiu. Zaliczyłem dwa fandomowe spotkania (Kraków i Leszno), spałem w czterech różnych mieszkaniach, byłem w sześciu. Spotkałem trzydzieści pięć osób z fandomu, z czego czternaście po raz pierwszy, a także rodziców pięciu osób. Wydałem dwieście złotych, z czego sto na same połączenia kolejowe. A najlepsze jest to, że zostałem ponownie zaproszony do wszystkich odwiedzonych ludzi… W przyszłym roku tour de fandom, mam nadzieję, również się odbędzie i powiedzie, a zahaczę jeszcze o Kolbuszową i Toruń, więc szykuję się na przynajmniej dwutygodniowy wyjazd. Cóż mogę na koniec powiedzieć? Kocham fandom, po prostu kocham.

Skajkon 2010

Fani Gwiezdnych wojen to grupa społeczna bardzo trudna do prostego zdefiniowania. Obejmuje ludzi w każdym wieku (w samym legnickim fanklubie mamy dziesięciolatków, jak i czterdziestolatków), pracujących w przeróżnych miejscach (oczywiście są to głównie uczniowie i studenci, ale zdarzają się pracownicy muzeum, kina, urzędu miasta, teatru, ZUSu, a nawet operatorzy dmuchanych zjeżdżalni), przedstawicieli wszystkich poglądów politycznych, ludzi pobożnych i ateistów, humanistów i ścisłowców, mężczyzn i kobiety… Można by mnożyć tę różnorodność bez końca, ale największe zróżnicowanie z pewnością zobaczymy patrząc na miejsce zamieszkania: od Szczecina po Kolbuszową, od Legnicy do Olsztyna. Kilka razy w roku mamy konwenty, na których jest okazja, by się w końcu spotkać, ale są małe grupki, którym nawet to nie wystarcza. Bo trzeba powiedzieć, że fandom zaczyna się zmieniać, a niektórzy przenoszą znajomości fanklubowe na inną płaszczyznę, bardziej osobistą.

Mogę się nazwać szczęściarzem, bo akurat nawiązałem znajomość z kilkunastoma wspaniałymi ludźmi, którzy chcą się spotykać poza oficjalnymi spotkaniami i konwentami. Wiadomo, że niemożliwością są wspólne wypady w każdy weekend, ale robimy, co możemy, więc na przykład z Amadeuszem (trasa Leszno-Legnica: sto sześćdziesiąt klików) widziałem się już osiem razy w tym roku, co bardzo mnie cieszy. W ramach podtrzymywania naszych znajomości, jakże kruchych, bo na odległość, a jednak trzymających się dzięki internetowi, Michał zaproponował na początku sierpnia zorganizowanie ogniska u siebie. Ot, w celach integracyjnych. Nazwa Skajkon miała nam mgliście przypominać konwentową genezę naszej znajomości, a cały ten artykuł będzie luźną relacją z imprezy, której domagał się Mateusz, twierdząc, iż za kilka lat będziemy mogli usiąść, przeczytać ją i dobrze się bawić wspominając stare, dobre czasy.

17 sierpnia 2010, godzina 11:00. Razem z Magdą, Łukaszem i ponad kilogramem karkówki stoimy na legnickim dworcu w oczekiwaniu na pociąg. Oczywiście we Wrocławiu zjawiamy się pierwsi, ale po dwudziestu minutach przyjeżdża Wielkopolska w składzie Magda, Amadeusz, Jan i Tymek, za chwilę spotykamy się z Kubą, a za pół godziny zjawia się Mateusz ze Śląska. Ekipa gotowa, gospodarz ma na nas czekać w domu w Iwinach, więc idziemy na szybkie zakupy do Biedronki i pobliskiego monopolowego. Zahaczamy również o KFC, czekając na autobus linii 110. O 16:30, z plecakami pełnymi surowego mięsa, alkoholu i pieczywa, docieramy do Iwin, by okazało się, iż Michał jeszcze nie dojechał na miejsce. Ale czy taka mała niedogodność jak nieobecność gospodarza mogłaby jakkolwiek nam w czymkolwiek przeszkodzić? Och, oczywiście, że nie, więc znaleźliśmy lokalny plac zabaw, by dobrze spożytkować czas.

Michał w końcu dotarł na swoją imprezę, by zastać nas w swoim domu. Podróż stopem nigdy nie odznaczała się punktualnością, tym bardziej, gdy wracamy z dosyć oddalonej Pragi, więc wszyscy się jedynie uśmiechaliśmy i rzeczywiście nie mieliśmy mu nic za złe. Mateusz co rusz rozśmieszał nas opowiadaniem żartów ze śląskim humorem (właściwie opowiadaniem, a nie samymi żartami), Łukasz zniszczył wszystkich ciągłym głośnym oznajmianiem swojej potrzeby fizjologicznej i późniejszą bezradnością wobec niedziałającej spłuczki, a karkóweczka i kiełbaski smażyły się pokornie na grillu. Niestety rozpadał się deszcz, więc impreza z tarasu przeniosła się do mieszkania, stając się jakże uroczą domówką.

W pewnym momencie pojawił się w pokoju komputer, któremu sprzeciwiałem się od początku, wiedząc jak może się skończyć tego obecność w pokoju nerdów, ale oczywiście nikt mnie nie słuchał. Fakt, wpierw było całkiem miło, gdyż z głośników sączyła się muzyka… W końcu jednak ktoś puścił przekomiczny trailer Avatara 2, potem jakiś teledysk Lady Gagi, by skończyć na oglądaniu najbardziej psychodelicznego filmu świata, który zyskał również najgorszej kinowej produkcji globu, surrealistycznego, postapokaliptycznego filmu fantastyczno-naukowego, czyli znanych i lubianych tak zwanych Tureckich Gwiezdnych wojen. Jest to taka produkcja, że cała nasza dziesiątka płakała ze śmiechu, więc było bardzo przyjemnie.

Nieodłączną częścią takich imprez jest alkohol, a fani Gwiezdnych wojen niechlubnie słyną z miłości do wszelakich trunków. Tak więc piwo tradycyjnie do grilla było (dzięki Magdzie poznałem jakże babskiego, ale również jakże dobrego Gingersa), wykwintniejsze alkohole jakoś nie znalazły się na stole (och, pamiętam jeszcze ten endorowy burbon), aż w końcu otworzyliśmy mandarynkową wódkę, którą wspólnie sprawiliśmy Michałowi jako prezent w ramach podzięki za udostępnienie nam mieszkania. Co mnie zaskoczyło najbardziej? To, że nawet Łukasz i Kuba z nami pili! Uhm, nie wspominając już o mnie, bo przyznam, że to pierwsza moja przygoda z wódką na imprezie ze znajomymi. Patrząc obiektywnie, nie było źle, a wręcz całkiem kulturalnie, gdyż nikt nie miał problemów gastrycznych, a jedynie Michał poszedł spać w połowie wypowiadanego zdania.

Co by nie mówić, uwielbiam tych ludzi. Zdaję sobie sprawę, że zwykły człowiek czułby się dziwnie w naszym towarzystwie, czego przypuszczalnie doświadczyły jedyne dziewczyny, dwie Magdy. Wynika to najpewniej z mnogości naszych hermetycznych żartów, długości naszej znajomości, chociażby przez internet, a także ze zwykłego nerdyzmu, bo kto ogląda Battlestara o czwartej nad ranem? I do tego jeszcze robi wspólne zdjęcie z admirałem Adamą golącym wąsy po exodusie z Nowej Caprici? A po wszystkim wrzuca te fotografie na Fejsbuka, gdzie razem z dziesiątką innych osób cieszy się jak małe dziecko? Smuci mnie ogólne społeczne przekonanie, że fani Gwiezdnych wojen to grube nerdy, socjopaci i osoby bez normalnego życia oraz perspektyw na nie… Och, może i się takowe przypadki zdarzają, ale ja śmiem twierdzić, że może to najwspanialsza grupa ludzi jaką kiedykolwiek poznałem.

Chciałbym zatem na koniec podziękować wszystkim naraz i z osobna, szczególnie Michałowi, który nas ugościł, Magdom, że pomogły przełamać stereotyp nerdowskiej imprezy bez dziewcząt, a także Mateuszowi, Amadeuszowi, Tymkowi, Janowi, Łukaszowi oraz Kubie, że dane było nam się spotkać w tak miłej atmosferze. Szkoda, że kilka osób, które się deklarowały, nie dojechały, ale bawiliśmy się mimo to świetnie, więc reszta może jedynie żałować. A co w planach na najbliższą przyszłość? Zamierzam korzystać dobroczynności kochanych ludzi z fandomu i wybieram się na tour de fandom w ostatnim tygodniu wakacji. Na trasie Kraków, Katowice, Otwock i Leszno, zwiedzę również Warszawę, poznam gro nowych osób i spotkam się z dawno niewidzianymi twarzyczkami. Relacja na żywo będzie na moim Ćwierkaczu, a Wam życzę miłego dnia.

Endor 2010

Pilchowicki Endor jest wydarzeniem z tradycjami. Organizowany od ośmiu lat, jest jedyną w swoim rodzaju formą spotkania fanów Gwiezdnych wojen, gdzie nie ma oficjalnego programu, nikt nie przygotowuje żadnych prelekcji, a jedynym celem jest integracja ludzi z całego fandomu… na wielu płaszczyznach. Głównym organizatorem jest Banita, który co roku udostępnia swoją działkę w Pilchowicach, by fani mogli rozpalić ognisko, napić się piwa i innych trunków oraz oddać swobodnym dyskusjom na miliard różnych tematów, począwszy od filmów pokroju Zębów i Ludzkiej stonogi, a skończywszy na czynnościach fizjologicznych Tremayne’a.

Endor 2010, ósma już edycja, był moim debiutem na tej powszechnie szanowanej imprezie. Wcześniej nie miałem nigdy chęci się tam wybrać, chociażby z racji mojej abstynencji alkoholowej, ale w tym roku wreszcie się przekonałem, że warto jechać nawet pół Polski, by spotkać się z tak wspaniałymi i wartościowymi osobami. I co? I nie żałuję, a wręcz jestem zachwycony formułą spotkania, zgromadzonymi ludźmi i całym przedsięwzięciem, ale może zacznę od początku? O godzinie 11:13 dnia dwudziestego czwartego lipca bieżącego roku wyruszyłem z mojej rodzinnej Legnicy z półpełnym plecakiem, kurtką przeciwdeszczową w ręku i biletem do Gliwic w portfelu, by za dwie godziny spotkać się z (już podaruję sobie wypisywanie imion, bo znów wszyscy będziecie płakać, że nie wiecie o kim mówię) Ravem, Appo i Urthoną z Wrocławia oraz Amadeuszem i Minim z Wielkopolski. Jeżeli wierzyć PKP, przed szesnastą pokonałem dwieście siedemnaście klików w jakże niedocenianych polskich pociągach, płacąc za bilet w jedną stronę niecałe dwadzieścia złotych, co zasługuje na wielkie uznanie, szczególnie biorąc pod uwagę stosunek długości jazdy do ceny do komfortu.

Pod gliwickim dworcem czekali już na nas Jaya, Guf i Girdun, a po chwili pojawił się Mand’alor Immo, któremu co rusz wymyślałem nowe przydomki oraz Radek. Gdzieś mignął nam Tremayne, Death i Vissan, jednak szybko zapakowali się niczym burżuazyjni magnaci w Orzeła Siedem, by dotrzeć do Pilchowic na własną rękę; nam pozostał lokalny przewoźnik, notabene cholernie drogi, o czym trzeba z rozgoryczeniem wspomnieć. Przed piątą zero zero dotarliśmy do naszego docelowego miejsca przeznaczenia, czyli działki Banity, gdzie przywitaliśmy się z gospodarzem i ruszyliśmy do pobliskiego sklepu, by zaopatrzyć się z chleb, napoje gazowane, energetyzujące i alkoholowe oraz coś do upieczenia nad słynnym pilchowickim ogniskiem.

Ósma edycja Endoru była przełomowa pod kilkoma względami, jednak nie mnie jest oceniać te zmiany; akcje z poprzednich ognisk znałem jedynie z opowieści, które urosły do rangi mitów w polskim fandomie, więc nie jestem w stanie obiektywnie podsumować zeszłotygodniowych wydarzeń. Pierwszy raz zabrakło tak zwanej starej gwardii, więc średnia wieku drastycznie się obniżyła, pokazując, że rośnie nowe serce fandomu. Pierwszy raz również postanowiono przełamać monopol ogniska Banity na ostateczne przyrządzanie kiełbasek, gdyż Viciu zabrał ze sobą przenośnego grilla, by móc oddać się przyjemnościom nocnego smażenia przepysznej karkówki, za którą na marginesie muszę podziękować Kubie. Zdaniem uczestników poprzednich edycji, było też o wiele grzeczniej, gdyż nikt nie odpadł, a jedyne osoby, które poszły spać, zrobiły to z własnej, nieprzymuszonej woli, a nie, jak dotychczas, zmuszone przez tak zwaną Moc w płynie.

Serdecznie chciałbym w tym miejscy pozdrowić wszystkich uczestników Endoru, gdzie lista obecności wygląda następująco: (alfabetycznie) Amadeusz, Appo, Aquenral, Banita, Bidon, Death, Dev, Girdun, Gunfan, Jaya, Immo, Mini, Radek, Rav, Tremayne, Urthona oraz Vissan. Dodatkowe buziaki należą się ekipie, która nie poszła spać i wytrwała całą tą surrealistyczną noc, gdzie poruszyliśmy wiele bardzo dziwnych tematów, a wiele z nich niekoniecznie nadawałoby się na publikację w takim miejscu. Jestem też pełen podziwu dla ekipy telefonicznej, z którą budziliśmy nasze koleżanki w okolicach od pierwszej do trzeciej w nocy, by przedstawić się jako greccy bogowie, dwunastu apostołów lub inne znane postacie biblijne… W sumie wypadałoby chyba przeprosić wszystkie dziewczęta za przerwanie snu, więc niniejszym bardzo przepraszam za siebie i swoich kolegów.

Endor jest wydarzeniem, które każda osoba uważająca się za część fandomu chociaż raz powinna przeżyć. Cieszę się, że miałem okazję lepiej poznać kilka osób (szczególnie miło rozmawiało mi się z Bidonem i Tremaynem), pośpiewać przy ognisku, spróbować bourbona (Mandalorianie wiedzą, co jest dobre!) i nawet jechać tym cholernym pociągiem ze świetną ekipą. Endor 2011? Och, z prawdziwą przyjemnością się znów wybiorę, mając nadzieję, że przedwczorajszy skład się utrzyma, a i dojdzie kilka starych i nowych twarzy. Za takie właśnie rzeczy kocham fandom i jestem dumny, że jestem jego częścią. Z każdą taką imprezą uświadamiam sobie jak wspaniałymi ludźmi są fajni Gwiezdnych wojen… szczególnie w sytuacjach, które w żaden sposób nie są powiązane z odległą galaktyką. Na koniec jeszcze podziękowania dla Urthony za masę wspaniałych zdjęć i do zobaczenia za rok!