O wampirach słów kilka

Ostatnio na łamach Dziennika pokładowego możecie uświadczyć mojej fascynacji wampirami, której owocami są chociażby recenzje Zmierzchu czy Daybreakers. Ci z Was, którzy znają mnie osobiście, być może zauważyli moje wampiryczne (wampirze?) upodobania w dziedzinie literackiej, filmowej i kulturalnej, ale nie sądzę, żeby ktokolwiek wiedział jaka jest geneza mojej najnowszej pasji. Prawda jest niestety taka, że sam za bardzo nie orientuję się dlaczego nagle zainteresowałem się tradycyjną fantastyką opartą na ludowych wierzeniach i mitach, skoro zawsze wolałem fantastykę naukową i związane z nią bitwy kosmiczne, okręty gwiezdne i zaawansowaną technologię. Wciąż nie darzę sympatią elfów, czarownic, krasnoludów czy nawet wilkołaków, ale pijawki w jakiś tajemniczy sposób zdobyły moje serce. Poszedłem jakiś czas temu do szkolnej biblioteki (ach, te staroświeckie sposoby szukania informacji) i trafiłem na antologię wydaną pod zgrabnym tytułem Opowieści wampiryczne, w której skład wchodzą dzieła takich mistrzów literatury jak Goethe, Gogol czy Tołstoj. Opowiadania są całkiem interesujące, bardzo spodobał mi się Gość Drakuli Stokera i Upiór Tołstoja, ale najbardziej zaintrygował mnie jednak wstęp, który jest istną kopalnią informacji o wampirach.

Hospodar Wład III Drakula.

Larofan wczoraj skomentował moją recenzję Daybreakers: Świt, pytając o naturę prawdziwych wampirów. Tak, zdaję sobie w pełni sprawę z faktu, że wampiry są jedynie stworzeniami mitologicznymi i występują tylko w podaniach ludowych, aczkolwiek musi istnieć jakaś geneza tego wszystkiego. Już darując sobie stwierdzenia, że w każdym micie znajduje się chociażby najmniejsze ziarnko prawdy i pomijając naukowo potwierdzone przypadki wampiryzmu w postaci porfirii, załóżmy, że wampiry przedstawiane w dzisiejszych mediach w rzeczywistości nie istnieją, bo jako takiego prawa bytu nawet nie powinny mieć. Problem pojawia się w miejscu, gdy chcemy zdefiniować wampira, bo pogląd na upiora w dzisiejszych czasach uległ zdecydowanym zmianom od epoki romantyzmu. Może wpierw przedstawię swój pogląd na sprawę, okej? Mój wampir jest krwiopijcą, który nie wzdryga się przed ukąszeniem człowieka i wyssania z niego ciepłej krwi, która jest mu do życia niezbędnie potrzebna niczym woda dla człowieka. Słońce powinno mieć niekorzystny wpływ na wampirzą skórę, delikwent winien być nieśmiertelny i wiecznie tkwić w wieku, w którym został ugryziony; ów ukąszenie przemienia ofiarę w kolejnego wampira. Mimo metabolicznej nieśmiertelności, nasz wampir może zostać zabity w sposób konwencjonalny tudzież kołkiem w serce. Oczywiście nie ma mowy o żadnej zmianie postaci w nietoperza czy wilka albo o strachu przed krzyżem, bo tego nie da się w żaden racjonalny sposób wytłumaczyć (abstrahując już od faktu, że próbuję wyjaśnić istnienie wampirów). Jak jest w dzisiejszym świecie, widzi każdy. Pojawia się mnóstwo dzieł, gdzie wampiry stają się obrońcami biednych ludzi, piją krew zwierzęcą tudzież syntetyczną i starają się żyć w cywilizacji Homo sapiens. Ech.

Ach, ten Edward Cullen.

No, niestety, muszę przyznać, że moja przygoda z krwiopijcami zaczęła się intensywnie przy lekturze Zmierzchu i jego kontynuacji, przez co mam nieco zniekształcone postrzeganie wszystkiego, co jest związane z wąpierzami (ach, te słowiańskie nazwy!) i ich obyczajami. Ostatnio wydaje mi się, że powoli mija ogólnoświatowy szał na wampiry, który jest owocem wyżej wymiennego Zmierzchu (tudzież Roberta Pattisona) i pożywką dla licznych seriali, między innymi Czystej krwi czy Dzienników wampirów, którymi wszyscy się niesamowicie podniecają. Niestety tak się złożyło, że zainteresowałem się tą tematykę w dobie wampirzej mody, ale, mam nadzieję, nie jest to tylko tymczasowa pasja, bo temat jest niesamowicie wciągający. Ale zaraz, co może być wciągającego i interesującego w upiorach, które odżywiają się ludzką krwią – mógłbyś zapytać, drogi czytelniku. Mnie najbardziej intryguje sam fakt, iż wampiry przetrwały do dnia dzisiejszego i wciąż fascynują ludzi, ponadto ich korzenie sięgają czasów starożytnych, są wspominane w eposie o Gilgameszu, a nawet w Biblii! Każde źródło opisuje je na swój sposób, w każdej książce mają inne atrybuty, w każdym filmie inaczej się zachowują i (nie)żyją, przez co nigdy nie poznamy prawdziwej natury wampirów i nigdy nawet nie zdefiniujemy ów stworzeń. Szczerze mówiąc, chyba chciałbym wierzyć, że wampiry istnieją. Naprawdę.

Świadomość historyczna

Jak już wiele razy wspominałem, oficjalnie jestem matematykiem, informatykiem tudzież fizykiem, więc powinienem stronić od wszelkiej maści przedmiotów humanistycznych. A co jest sztandarową nauką humanistyczną (humanistyczną w aktualnym znaczeniu tego słowa, pozdrowienia dla Seva)? Ano, historia. Historia, której program edukacyjny najprawdopodobniej jest skonstruowany najgorzej spośród wszystkich przedmiotów, historia, do której nikt poza uczniami klas pol-hist nie przywiązuje większej wagi i wreszcie historia, która wielu osobom wydaje się być najniepotrzebniejszym przedmiotem w dzisiejszej szkole. Tak, może i jestem tym wcześniej wspomnianym ścisłowcem, ale jestem także (a może ponadto?) patriotą, więc dzisiejszy wpis będzie przewidywalny i sztampowy… A może jednak nie?

Niektórzy myślą, że to Józef Stalin

Wpierw chciałem zwrócić Waszą uwagę, moi drodzy, na fakt, iż Ministerstwo Edukacji Narodowej, które tak bardzo dba o nasz rozwój od lat dziecięcej beztroski (ta-a…), nie potrafi sobie poradzić z problemem ułożenia sensownego programu edukacyjnego, który pomógłby nauczyć młodzież historii. Jak to obecnie wygląda? Każdy uczeń, który w miarę interesuje się swoimi przedmiotami, odczuwa déj? vu, bo przecież to wszystko już było! Trzy razy uczymy się o królach Polski, trzy razy dowiadujemy się o Waterloo, trzy razy dochodzimy do II Wojny Światowej i nie wiadomo nawet czy ją kiedykolwiek skończymy. Program w mojej szkole podstawowej skończył się w ’44 roku, gimnazjum zakończyliśmy w latach 80. XX wieku, a w liceum (teraz mamy ostatni rok nauki, czyli zostało jeszcze sześć miesięcy) dopiero uczymy się o rewolucji francuskiej. Jeżeli spojrzeć na nasze postępy, to nawet nie dotrzemy do dwudziestolecia międzywojennego, nie wspominając już nawet o WWII. Teraz jakiś członek zbuntowanych środowisk młodzieżowych może zapytać: Ale po co mam się uczyć historii, skoro zdaję matmę, fizykę i chemię na maturze? No cóż, pytanie może wydawać się słuszne, ale… Czy jest jakikolwiek sens, by na nie odpowiadać? Powiedzmy sobie szczerze, pomijając już wszystkie wyświechtane frazesy i przetarte ideały, czy człowiek powinien znać swoją historię? Tak, do cholery, bo to część naszego życia, naszej tradycji i naszego dziedzictwa. Bo nie ważne jest to czy będziesz fizykiem nuklearnym, konstruktorem wahadłowców dla NASA, bioinżynierem w MIT czy innym frakkin’ naukowcem – podstawowa wiedza historyczna zawsze będzie potrzebna.

Jak widzę ludzi, którzy nie znają podstawowych dat w historii naszego kraju (966, 1410, 1795, 1918, 1989) to mnie, za przeproszeniem, szlag i jasna cholera bierze. Tak, sam nie wymienię wszystkich królów Polski od pierwszego do ostatniego, ale przynajmniej wiem, że to nie Mieszko, ale Bolesław Chrobry był ów pierwszym królem. Orientuję się też mniej-więcej w ówczesnej polityce i wiem, że św. Jan Apostoł (pozdrawiam moją klasę!) z pewnością nie brał udziału w obradach soboru trydenckiego. Zawsze lubiłem historię, bo uważałem ją za ciekawą i interesującą, ale nie wszystko jestem w stanie ogarnąć; poza tym nie wszystko chcę wiedzieć, nie obchodzą mnie losy Gwatemali po entej wojnie domowej. Gadam tak sobie, gadam, ale trzeba przejść do meritum: historia Polski – tak, historia powszechna – tak, ale ogólnie, historia Francji, Rosji, Szwecji czy Hiszpanii – nie, nie i jeszcze raz nie! Tak, zdaję sobie sprawę, że niektóre fakty trzeba poznać, by zrozumieć całość, ale nie przesadzajmy, zagłębiając się w nie wiadomo jak marginalnych urzędników pełniących swoje funkcje podczas rewolucji francuskiej czy ucząc się o procesach sukcesyjnych w Rosji. Wbija nam się do głowy terabajty bezużytecznych danych, zamiast nauczyć czegoś konkretnego i potrzebnego. Nauczyciel przyjmuje, że my już wiemy wszystko i brnie dalej, opowiadając o niestworzonych historiach, a my tępo gapimy się w sufit tudzież mapę ówczesnej Europy.

W tym miejscu chciałem napisać o tym, że historia jest nam potrzebna w życiu codziennym, ale wolę wyskoczyć z czymś bardziej niekonwencjonalnym: uważam, że historia (oczywiście na poziomie podstawowym) powinna być przedmiotem obowiązkowym na maturze. Że co, ku*wa? – zapytacie. Może to i dziwne, ale skoro zdajemy i język ojczysty, i matematykę, powinniśmy też wykazać jakąkolwiek znajomość historii własnego kraju. Uczniowie przynajmniej staraliby się w minimalnym stopniu uważać na lekcjach, a nikt nie przyznawałby się później, że nie wie w których latach toczyła się druga wojna światowa. Tak, sam sobie się dziwię i nie wierzę w to, co wystukuję na klawiaturze. Żeby było śmieszniej, uważam, że ludzie, którzy zamierzają zdawać historię na maturze jako przedmiot główny, nie mają szans w życiu na dobrą i wysokopłatną pracę, ale o tym już kiedy wspominałem i pewnie jeszcze wspomnę. Ale zejdźmy na ziemię, do naszych doczesnych problemów, bo dlaczego mam się interesować Waszą świadomością patriotyczno-egzystencjalną? Każdy niechaj uczy się czego chce, bo to Wasze życie. So say we all!

Korekcie ustrojowej mówimy tak

ODNOŚNIK DO ZEWNĘTRZNEGO ŹRÓDŁA
Poniższy wpis odnosi się do ? bieżących wydarzeń politycznych.

Rząd Donalda Tuska, jakże ostatnio krytykowany przez media i opinię publiczną, przygotował projekt nowej ustawy, która ma być korektą ustrojową zmieniającą dzisiejszy stan polityczny naszego kraju. Projekt ów zakłada wiele bardzo przyjemnych rzeczy, począwszy na ograniczeniu władzy Prezydenta RP (między innymi zlikwidowania jego prawa weta), a skończywszy na zmniejszeniu liczby posłów i senatorów. Ostatnio z polityką na bieżąco zdecydowanie nie jestem, ale ważne informacje docierają do moich uszu raczej na bieżąco, dlatego jestem zaskoczony faktem, iż taki pomysł w ogóle się narodził w głowach polityków. Zawsze myślałem, że starają się oni tylko zwiększać swoje wpływy i mnożyć liczbę miejsc pracy (patrz: wielka niechęć przed likwidacją KRRiT, którą obiecano przy wyborach), a tu nagle taka miła niespodzianka. Ale przyjrzyjmy się temu wszystkiemu bliżej.

Prezydent miałby być wybierany przez Zgromadzenie Narodowe i miałby bardzo okrojone kompetencje – np. nie miałby prawa weta (…) Premier chce też zmniejszyć wielkość obu izb parlamentu. Spodziewa się, że nie będzie zgody na jednomandatowe okręgi wyborcze w wyborach do Sejmu, ale ma nadzieję, że uda się je zastosować w wyborach do Senatu. Chciałby natomiast, żeby wybory do Sejmu odbywały się według ordynacji mieszanej.

Zaraz się pojawią głosy krzyczące: przecież Tusk chce tylko zabrać władzę Kaczyńskiemu, co może i jest prawda, ale… No właśnie, zawsze jest to ale, bo mało kto zauważa, że za rok mamy kolejne wybory prezydenckie, które pan Tusk zdecydowanie wygra (no cóż, sam nie będę na niego głosował, ale fakt to fakt). Więc po co zabierać sobie uprawnienia i przywileje? Ano, może pan Tusk i jego świta mają jakieś poczucie obowiązku względem uprawianego zawodu i Ojczyzny, które zmusza ich do postępowania prawego i sprawiedliwego w przeciwieństwie do innych członków Sejmu tudzież Senatu RP. Kiedyś, za starych dobrych czasów przed rozbiorami, posłowie reprezentowali swoich wyborców bezpośrednio, mówiąc na mównicy dokładnie to, co mówił lud, a urząd był niepłatny. Był to zaszczyt dla każdego szlachcica. A dziś? Każdy patrzy tylko na swój stołek i portfel, a jego jedynymi priorytetami jest wskoczenie na wyższą pozycję i zarabianie większej ilości pieniędzy.

Prezydent wybierany przez Zgromadzenie Narodowe? Jedynie ten punkt projektu wywołuje u mnie mieszane uczucia, no, ale przecież gorzej niż jest teraz chyba nie będzie. Załóżmy, że w następnych wyborach wygrają ugrupowania lewicowe (teoria wahadełka politycznego) i obiorą na tron swojego kandydata. Kto to może być? W zeszłym roku dużo mówiło się o pewnym polityku, którego widziałem nawet jako prezydenta, niestety jego nazwisko wypadło mi z pamięci, ale załóżmy, że to właśnie on zostaje wybrany przez Zgromadzenie, w którym przecież przeważa lewica. Okej, super. Wygrywa PO, ewentualnie przedłuża się koalicja PO-PSL, a prezydentem zostaje Donald Tusk – czemu nie? A PiS? Jeśli uda im się wygrać wybory, niech nawet pomnożą urząd Prezydenta RP, by zarówno pan Lech, jak i pan Jarosław mogli się rozkoszować tą – okrojoną, ale zawsze – władzą. Gdy wybory się zbiegają czasowo, wyniki zawsze będą takie same, bo przecież nie pójdziesz zagłosować na lewicowego prezydenta, by tydzień później na wyborach do Sejmu oddać głos na kandydatów z LPR, prawda?

A zmniejszenie liczby posłów i senatorów? Świetna sprawa! 460+100 to zdecydowanie za dużo jak na polską rzeczywistość, gdzie parlamentarzyści nie robią tak naprawdę nic konkretnego i jedynie pobierają państwowe pieniądze na swoje gigantyczne wypłaty i wyimaginowane biura poselskie. Tylko pojawia się pytanie, co oznacza wyraz zmniejszenie? O 5%? 10%? Połowę? Wizja Sejmu RP z dwustoma posłami jakoś miło działa na moją wyobraźnię – mniej ludzi równa się mniej przekrętów równa się mniej pieniędzy z budżetu na diety równa się więcej pieniędzy na inne rzeczy. Ot, czysta matematyka. Gdy jeszcze pójść za ciosem i zrobić kilka innych rzeczy takich jak chociażby wspomniane wyżej zlikwidowanie chorej instytucji jaką jest Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji czy też uregulowanie prawne ilości wicepremierów, wiceministrów i innych wice-, którzy tylko pożerają miliony złotych. No, ale to na razie tylko projekt, a wiemy jak to bywa z projektami, szczególnie w naszym pięknym kraju, szczególnie w polityce. Jeszcze na koniec, już bez bezpośredniego związku z tematem, link nadesłany przez Immo: klik!. So say we all!