Witamy w Mieście Obietnicy

Promises Broken (2009)

Battlestar może i jest najlepszym serialem fantastyczno-naukowym jaki kiedykolwiek zrealizowano, ale jest inna produkcja, która bezkompromisowo bije Galacticę na głowę, szczególnie jeśli chodzi o podstawę fabularną. Chodzi mi oczywiście o The 4400, czyli niedocenianą produkcję CBS z lat 2004-2007, która przez naprawdę długi czas była moim ulubionym serialem, a i wciąż zajmuje w moim sercu ważne miejsce. Trudno wszystko pokrótce opisać, bo główna fabuła oś fabularna skręcała czasami w dziwne miejsca, ale postaram się Wam wyjaśnić główne wątki, bym spokojnie przeszedł do właściwej recenzji. W postapokaliptycznej przyszłości światem rządzi brutalna i potężna elita, która zwyciężyła w Wojnie. Opozycjoniści porywają dokładnie 4400 ludzi z przeszłości, konkretnie z przełomu XX i XXI wieku, wstrzykują do ich organizmów sztuczny neuroprzekaźnik, wywołując nadprzyrodzone zdolności, po czym odstawiają ich zbiorowo do 2004 roku. Kilkanaście zdarzeń doprowadza w końcu do tego, że Jordan Collier, zmartwychwstały lider 4400, przejmuje rządowy zapas promcyny, owego neuroprzekaźnika z przyszłości, rozpoczynając swój plan dystrybucji, który ma uratować świat przed czyhającą w przyszłości Katastrofą. Jedynym mankamentem jest jedna z właściwości promcyny: zabija ona połowę ludzi, którzy biorą zastrzyk. Gdy młody Danny Farrell podejmuje decyzję i wstrzykuje sobie ową substancję do krwi, zyskując zdolność rozprzestrzeniania promycyny przez powietrze, pogrąża całe Seattle w chaosie. Ruch Colliera przejmuje inicjatywę, nazywając metropolię Miastem Obietnicy i odcinając się od struktur rządowych. Ostatnią sceną ostatniego odcinka jest Tom Baldwin, główny bohater, agent NTAC i pośrednik między teraźniejszością i przyszłością, siedzący we własnym domu i kontemplujący zażycie promycyny. I w takim właśnie miejscu USA Network zostawiło nas wszystkich na lodzie, serial skasowano z ramówki i nigdy byśmy nie dowiedzieli jak to wszystko się kończy…

Welcome to Promise City (2009)

… ale od czego jest pojęcie expanded universe? Napisano cztery książki z serii The 4400. Akcja dwóch pierwszych rozgrywa się podczas drugiego i trzeciego sezonu serialu, ale dwie następne opowiadają już o zdarzeniach po The Great Leap Forward i na tych pozycjach chcę się dzisiaj skupić. Welcome to Promise City Grega Coksa i Promises Broken Davida Macka to, nie oszukujmy się, tak zwane must-read dla każdego fana czterech-czterystu. Przykro mi to pisać, ale jestem na dzień dzisiejszy chyba jedyną osobą w Polsce, która przeczytała owe powieści, a reprezentują one ze sobą naprawdę wysoki poziom. Zaskoczyło mnie to, ale obaj panowie wykonali kawał dobrej roboty i wyraźnie widać, że zależało im na spójności ze światem przedstawionym. Rozwiązują się wątki (niestety nie wszystkie) z serialu, których nie dało się zrealizować albo zniknęły bez słowa wyjaśnienia w połowie show: powraca Dennis Ryland, którego ostatnio widzieliśmy w trzecim sezonie, widzimy, co się dzieje z Richardem Tylerem po jego zesłaniu do więzienia, przewijają nam się Pasażerowie, którzy przewijali się przez wszystkie sezony i aż miło czytać te nazwisko: Heather Tobey, Gary Navarro, Orson Bailey, Tess Doerner, Lewis Mesirow, Lindsey Hammond… Niestety stosunkowo dawno oglądałem The 4400 (co zamierzam niedługo nadrobić), więc nie wyłapałem wszystkich smaczków, ale nieraz się uśmiechnąłem widząc jak autorzy popisują się swoją wiedzą, nawiązują do prawie każdego odcinka (a to szarlotka z Evanston, a to No Exit PJa, nie mówiąc już o incydencie z inhibitorem). Głównymi bohaterami wciąż pozostają Tom Baldwin i Diana Skouris, ale na pierwszy plan wysuwają się też inni, których raczej nie spodziewałem się znów zobaczyć: Richard Tyler czy Jed Garrity.

OSTRZEŻENIE PRZED SPOILERAMI
W poniższej sekcji znajduje się streszczenie obu książek.

Welcome to Promise City zaczyna się już po Wielkim Krok Naprzód. Seattle jest już formalnie Miastem Obietnicy, Jordan Collier jest królem na zamku, a p-pozytywni wszędzie się panoszą. Szalony p-pozytywny grabarz i agentka NTAC postanawiają dokończyć dzieło Danny’ego Farrella i używając swoich zdolności, klonują ciało chłopaka wraz ze zdolnością wytwarzania wirusa promcyny. Tymczasem Collier odbija Richarda Tylera z rządowego tajnego więzienia dla p-pozytywnych i wykorzystuje go jako zawodowego zabójcę, który poluje na Oznaczonych, wciąż panoszących się po świecie. Promises Broken jest bezpośrednią kontynuacją poprzedniej książki. Armia Stanów Zjednoczonych otacza Miasto Obietnicy, jednak Jordan wcale nie chce wywoływać wojny. Gdy kryzys przeradza się w otwarty konflikt na ostrą amunicję, a rząd USA wykorzystuje do walki nadżołnierzy ze zdolnościami, Collier broni miasta za wszelką cenę. Trójka pozostałych przy życiu Oznaczonych buduje w kooperacji z Dennisem Rylandem broń opartą na antymaterii, która ma niszczyć wiązania promycyny, pozbawiając ludzi zdolności. Ryland nie wie, że agenci z przyszłości mają inny cel. W ostatnim starciu wszystko, dosłownie wszystko, będzie zależało od decyzji podjętej przez Toma Baldwina.

KONIEC SPOILERÓW
W tym miejscu kończy się streszczenie obu książek.

Koniec Promises Broken jest większym cliff-hangerem niż The Great Leap Forward, a ostatnie zdanie brzmi: Here ends the First Saga of The 4400. Niestety, z tego co widzę na Amazonie, nie ma jeszcze żadnych zapowiedzi kolejnych powieści z cyklu, które niewątpliwie chciałbym przeczytać. Mam szczerą nadzieję na kontynuację, bo serial z pewnością już nie wróci, a książki szybko i przyjemnie się czyta, a autorzy potrafią stworzyć niesamowity klimat. Pierwsza opisywana powieść otrzymuje ode mnie 6/10, a druga – 8/10, ale polecam wszystkim, którzy widzieli serial, bo to po prostu trzeba przeczytać, o. Więc so say we all i We’re not a threat, we’re salvation. The world will have to deal with us.

Jack fabularny

UWAGA: KONTYNUACJA WĄTKU
Poniższy temat jest rozwinięciem wcześniejszego wpisu (14/09/2009)

Czymże jest ów Jack? Przy okazji omawiania pierwszego sezonu Fringe’a, zdefiniowałem Jacka fabularnego jako bohatera pełniącego ważną funkcje w dziele, aczkolwiek nie lubianego przez odbiorcę. Nazwa pochodzi od głównej pozytywnej postaci w serialu J. J. Abramsa, Zagubieni, Jacka Shepharda – lekarza, który cudem przeżył katastrofę samolotu linii Oceanic i znalazł się na tajemniczej Wyspie. Internetowy słownik angielsko-polski podaje takie tłumaczenie:

1: jack (rodzaj wtyczki stosowanej do podłączenia urządzeń audio-wideo)
2: (owoc podobny do owocu drzewa chlebowego)
3: podnośnik; lewar
4: członek; wacek (penis) – Jack

Nie rozumiem dlaczego twórcy wprowadzają motyw Jacka w większości dzieł fabularyzowanych, nieważne czy chodzi o książki, filmy czy seriale. Zauważyłem, że większa część odbiorców darzy antypatią ów bohaterów, jednak zawsze znajdą się wyjątki – ot, kwestia gustu. Z tego, co zaobserwowałem w internecie, amerykańscy odbiorcy nie przywiązują większej wagi do bohaterów i dbają jedynie o to, by było dużo eksplozji, głośna muzyka, ładne, roznegliżowane kobiety i sceny seksu. Postanowiłem zgłębić istotę motywu Jacka w rożnych formach kultury, począwszy od literatury, skończywszy na serialach.

Moje pierwsze spotkanie z Jackiem? Może zabrzmi to dziecinnie, ale był to Czerwony Wojownik w młodzieżowym serialu Power Rangers oraz również czerwony Toa w zabawkowej serii Bionicle – obaj byli liderami swoich formacji, aczkolwiek nigdy za nimi nie przepadałem, uważając, że są przereklamowani (ach, te przemyślenia w wieku siedmiu lat!); zawsze wolałem Zielonego Wojownika i niebieskiego Bionicle’a. Potem przyszła szkoła podstawowa i zaczęła się moja pasja Gwiezdnymi wojnami, która trwa do dziś. Dla mnie rzeczą niepojętą jest fakt, iż główny bohater Starej Trylogii i większości książek w EU, czyli Luke Skywalker, jest idealnym typem Jacka. Irytuje swoim zachowaniem, wyglądem oraz prezentacją, udaje wielkiego Jedi, nie mając pojęcia o Mocy, a później wyrywa najgorętszą laskę w galaktyce, wygrywa kilka wojen i staje się wielkim mistrzem Zakonu. Jedynie w kilku momentach zżyłem się z postacią: podczas czytania Poświęcenia, gdy Caedus zamordował Marę, a także po lekturze trzeciego zeszytu Invasion, gdzie przedstawili Skywalkera w bardzo ładny sposób. Ileż można eksploatować jedną postać? Niech w końcu umrze i zostawi miejsce dla kogoś ciekawszego.

Battlestar miał cyklicznych Jacków: szczerze mówiąc, początkowo nie lubiłem Kary Thrace, ale szybko się przekonałem, że stanie się jedną z ulubionych postaci. Lee Adama był znośny to momentu bitwy o Nową Capricę i zniszczenia Pegausa - w tym momencie stał się pełnoetatowym Jackiem, dzieląc tą funkcję z panią prezydent Laurą Roslin, której nie lubiłem od pilota. Innym, bardzo dobrym przykładem, jest serial The 4400, gdzie znienawidzoną postacią był syn federalnego agenta, Kyle Baldwin, który spędził kilka odcinków w śpiączce, po czym zamordował Jordana Colliera, wziął zastrzyk promycyny i myślał, że jest fajny. O Zagubionych chyba nie muszę wspominać, prawda? Jack Shephard cieszy się popularnością w Stanach Zjednoczonych, ale mnie już zbrzydło jego ciągłe „Musimy uciec, musimy uciec? Wracajmy na Wyspę!„, ale postać Kate Austen również toczy się po równi pochyłej w dół. Ileż można wracać do Jacka i płakać, gdzie jest Aaron? FlashForward jest natomiast świetnym serialem, który dopiero się rozpoczął, ale bohaterowie są tak bezpłciowi, że nie da się wskazać konkretnego Jacka (z drugiej strony nie lubię tej całej Olivii). Fringe wciąż się utrzymuje i nie ma żadnego antybohatera, ale agentka Dunham staje się coraz nudniejsza. Mam nadzieje, że szybko coś z tym zrobią i serial wróci na dawne tory.

Inną sprawą jest anty-Jack, czyli bohater drugo- lub trzecioplanowy, którego pokocha każdy widz. Czyż nie tak było z Remusem Lupinem w cyklu książek o Harrym Potterze? Idealnym przykładem jest Romo Lampkin z Battlestara, który pojawia się tylko kilka razy, ale kradnie serca wszystkich. To samo tyczy się Chewbaccy, Karla Agathona czy Jordana Colliera. No dobra, koniec narzekania. Wiem, że przesadzam, określając to wszystko jednym, na dodatek głupim terminem, ale każdy może sobie pozwolić na odrobinę humoru w życiu. Całość należy potraktować raczej humorystycznie i nie brać do serca. No i broń Boże przed używaniem zwrotu Jack fabularny w miejscach publicznych – nie każdy zrozumie, wierzcie mi. So say we all!

Człowiek a fikcja

Jesteśmy tylko ludźmi, prawda? Każdy człowiek, czasami wypierając się tego wszystkimi siłami, w głębi duszy skrywa cząstkę, która chciałaby być niezwyciężona, wszechmocna, najlepsza. Niektórzy to ukrywają, inni okazują nazbyt otwarcie, jeszcze inni mają kompleks Mesjasza, jednak mimo to, każdy, po cichu, gdy czyta książkę czy ogląda film, patrzy na jednego z bohaterów i myśli, że sam mógłby taki być. Spróbujcie zaprzeczyć, ale najpierw pomyślcie sami czy nigdy nie zdarzyło Wam się przyrównać do bohaterów fikcyjnych? Chciałem dzisiaj poruszyć ten temat, bo jest to zjawisko rozpowszechnione na wielką skalę, mimo iż mało kto się do tego przyznaje, bojąc się jakiegoś odrzucenia, co w naszym społeczeństwie bywa nagminne. W każdym siedzi ukryte dziecko, które chce być jakimś rycerzem, księżniczką czy innym czarodziejem; to już nie moja sprawa, ale to fakt. Zacznijmy może ode mnie.

Dużo czytam, a nawet bardzo dużo. Nasze społeczeństwo powoli się degeneruje, o czym często wspominam, a czego konsekwencją jest między innymi to, iż coraz mniej ludzi czyta książki. Czytasz książkę? Ale jesteś głupi – z pewnością można usłyszeć od każdego jot pe na ulicy. Cóż, skoro inteligencja jest niemodna, to dlaczego czytanie miałoby być? Ale dobra, wróćmy do tematu. Czytając, bardzo często wczuwam się w bohatera. Jest to zachowanie mimowolne, jednak bardzo częste, przynajmniej w moim wypadku. Mam tak od dawna, ale bardzo rzadko moim ulubionym bohaterem jest główna postać, która ratuje świat, ale raczej któraś z szarych eminencji, tajemniczych obrońców, coś w ten deseń. Dla przykładu, gdybym miał być postacią z Władcy pierścieni, byłbym oczywiście Aragornem. To samo przy cyklu Harry Potter – może sam Potter jest mi bliższy, chociażby z racji wieku, ale zawsze wolałem się identyfikować z Syriuszem czy ostatecznie z Voldemortem aka Tomem Riddlem. W przypadku książek gwiezdno-wojennych jest z deka inaczej. Bardzo często wczuwam się w postać Jacena Solo, ale to dopiero od czasów Zdrajcy. Również niczego sobie jest Kal Skirata, którego jako-tako podziwiam ze względu na charakter.

Tu dochodzimy do ciekawego wniosku, jakim jest fakt, iż często mimowolnie upodabniamy się do fikcyjnych postaci. Znam przypadki, które przesadziły, uważając się za wcielenia nieistniejących osób bądź też wprost mówiących, że wzorują swoje życie na ów postaci. Nie no, bez przesady, ale to już jest tak zwany ostry hardcore i spaczenie umysłu. Nie przesadzajmy. Na sobie jednak zauważam, że bardzo lubię postaci do bólu cyniczne i sarkastyczne, które w głębi serca okazują się dobrymi ludźmi. Przykłady? Ano, niech będzie James „Sawyer” Ford z Zagubionych czy dr Perry Cox z Hożych doktorów. Oboje początkowo nienawidzeni, jednak okazują się postaciami pozytywnymi. Myślę, że tak na to patrzę, bo sam nie jestem osobą, która wszystkich chwali za byle gówno i nadużywam (och, tak, stanowczo nadużywam) ironii, więc jakoś identyfikuje się z ów bohaterami. Jednak osoby, które mnie naprawdę znają, wiedzą, że jestem osobą tolerancyjną, czasami bezinteresowną, a co najgorsze, altruistą wierzącym w ludzi.

Sarkazm to najniższa forma dowcipu, za to najwyższa forma inteligencji

- Oskar Wilde

W sumie głupio pisać, ale mam słabość do długowłosych mężczyzn; oj, zabrzmiało gejowsko. A poważnie mówiąc, często też identyfikuję się właśnie z bohaterami, którzy mają długie włosy, takie jakieś dziwne przyzwyczajenie. Dlatego też właśnie Sawyer i Faraday z Zagubionych wiodą prym w liście ulubionych bohaterów serialu, a od dobrych dwóch lat w moim avatarze prawie zawsze znajduje się Jordan Collier z The 4400.

Dobra, mam nadzieję, że Was nie zanudziłem dzisiaj, ale nie można przecież codziennie wyżywać się nad społeczeństwem, prawda? Następnym razem przygotuję coś ciekawszego, coś, co będzie można obficie skomentować, ale tymczasem żegnam. Trzeba czekać na wenę twórczą.