Nadchodzi coś mrocznego

Zaskoczony ciepłym przyjęciem mojego krótkiego opowiadania Poranek, postanowiłem jeszcze raz spróbować swoich sił jak autor, czego konsekwencją jest poniższy tekst. Karol doskonale stwierdził, że Poranek nie nadaje się do kontynuacji, więc możecie się bezpiecznie (to jest, bez czytania poprzedniego) zanurzyć w nowym świecie wykreowanym w ciągu ostatnich dwóch dni. Motywacja? Trzeba wspomnieć o książce Myszy i ludzie Johna Steinbecka, szóstym sezonie Zagubionych i utworze Something Dark is Coming Beara McCreary’ego – mniej i bardziej wyraźne nawiązania będą się pojawiały z czasem. Oczywiście to tylko część pierwsza, a reszta spokojnie leży na moim twardym dysku, czekając na odpowiedni moment na opublikowanie.

***

NADCHODZI COŚ MROCZNEGO, PROLOG
AUTOR: KRZYSZTOF REWAK

     Nadchodzi coś mrocznego.

     Ta irracjonalnie prosta, lecz trudna w ogólnym zrozumieniu i pojęciu myśl nie dawała mi spokoju przez całe moje życie, pojawiając się w czeluściach mojego mózgu w najmniej spodziewanych momentach i odbierając mi radość istnienia oraz jakiekolwiek poczucie bezpieczeństwa. Moja matka twierdziła, że to były pierwsze słowa, jakie wypadły z moich ust, rówieśnicy, których niestety nie mogłem nigdy nazwać przyjaciółmi, unikali mnie jak tylko mogli, nie ukrywając strachu przed moją osobą, a ja sam brzydziłem się tego nachalnego przeświadczenia od nadchodzącej zgubie. Duchowni większości religii z pewnością nazwaliby mnie opętanym, psychiatrzy ? chorym psychicznie, a ja byłem najzwyklejszym w świecie facetem, którego nawiedzało niewytłumaczalne ponure stwierdzenie czegoś abstrakcyjnego i surrealistycznego.

     Miałem kiedyś sen. Z mojego punktu widzenia mogłoby się wydawać, że trwał on eony, że przespałem narodziny i powolne śmierci wszystkich gwiazd we wszechświecie, że zanurzony w astralnej naturze snu wpadłem w zapętloną w nieskończoność wstęgę Möbiusa, tułając się w niebycie czasoprzestrzeni. W ów śnie, a był to z definicji prawdziwy koszmar, a za razem najgorsze przeżycie jakiego doświadczyłem, umierałem na miriady sposobów, włączając w to te najbrutalniejsze i najbardziej krwawe, zaczynając od śmiertelnych chorób, poprzez straszliwe wypadki, a kończąc na niemożliwych do wyobrażenia sytuacjach, których nawet nie potrafię powtórzyć. Za każdym razem, gdy umierałem, moja dusza przedostawała się do kolejnego ciała, bym mógł powtórzyć cały proces innym sposobem, bym mógł dłużej odczuwać straszliwe męczarnie i katusze. Wrażenie fizycznego bólu było niczym innym jak wyobrażeniem ? byłem tego pewien, ale nie to było najgorsze; najdotkliwsze piętno zostawiały na mnie mentalne tortury, które musiałem znosić, wiedząc, że następne wydarzenia będą tylko gorsze. Po tym koszmarze obudziłem się z wrzaskiem i zauważyłem, że cała moja rodzina obserwuje mnie z nieukrywanym przerażeniem. Zlany potem, przemęczony i złamany psychicznie, uświadomiłem sobie, że rzeczywiście coś mnie opętało, a ślady krwi na moim ciele utwierdziły mnie w tym przekonaniu. Matka moja, osoba bardzo pobożna i wychowana w tradycji chrześcijańskiej, najchętniej zapomniałaby o więzach krwi i wyrzuciła z rodzinnego domu, ale ojciec, człowiek odważny i skrycie wątpiący w istnienia sił nadprzyrodzonych, odwiódł ją od tego pomysłu i zaopiekował się mną należycie.

     Cały następny dzień, od wschodu do zachodu Słońca, spędziłem w bezpiecznym domu, bojąc się wyjść i spotkać ze światem zewnętrznym, z którym kontakt mógłby się dla mnie skończyć tragicznie. Zacząłem rozmyślać nad sensem życia, popadłem w głęboką depresję, a na domiar złego, znów pojawiła się owa nawiedzająca mnie sentencja; wiedziałem, że nadchodzi coś mrocznego, jednak nie potrafiłem nawet określić cóż to takiego, nie wspominając nawet o pełnej interpretacji. Nie chciałem zasypiać, bałem się, ale zmęczony trudną i niespokojną nocą, usnąłem na chwilę, by powrócić do koszmaru.

     Następnej nocy również.

     I następnej.

     I jeszcze następnej.

     Moja wewnętrzna odporność psychiczna została doszczętnie zniszczona, moje poczucie bezpieczeństwa definitywnie zanikło, wszystkie emocje zostały wypaczone. Byłem złamanym człowiekiem, zniszczonym przez kaprys Boga, genetykę lub zwykły niefart, budzącym się co dzień po potwornym koszmarze i muszącym sobie radzić z rzeczywistością przez pryzmat introspekcyjnych doświadczeń. I w tym straszliwym momencie uświadomiłem sobie, że rzeczywiście odstaję od wszystkich innych ludzi, nie tylko pod względem psychicznym, ale również fizycznym. Straszliwe koszmary zdały się być katalizatorem (a może przyczyną?) dziwnej genetycznej anomalii, która w moim mniemaniu postawiła mnie na równi z samym Bogiem. Ja, cierpiący za nocy nieludzkie katusze, zostałem obdarzony darem, do którego ludzkość dążyła od zawsze. Długi czas nie mogłem w to uwierzyć, całymi dniami przeżywając na nowo nocne koszmary i nie mając czasu na dłuższe refleksje, ale w końcu uświadomiłem sobie prawdę: w niewytłumaczalny dla mnie sposób, stałem się nieśmiertelny.

Śmierciożercy

Plakat promocyjny

Ostatnio mało czytam. Na mojej półce przy łóżku leży rozpoczęta w październiku Diuna Herberta, Roland Stephena Kinga, bożonarodzeniowe prezenty w postaci Cieni Mindora i dwóch ostatnich tomów Nocy Coruscant (których nawet jeszcze nie otworzyłem), Opowieści wampiryczne, w których zostało mi do przeczytania jedno, ostatnie opowiadanie oraz Lalka Prusa. Na półce z książkami leży jeszcze dziewięć książek, przez które nie udało mi się przebrnąć, między innymi sławetne Dzieci Jedi Barbary Hambly czy Zwycięstwo na Centerpoint Allena. Jako fan Gwiezdnych wojen, chcąc, nie chcąc, jestem osobą dużo czytającą, ale niestety zamyka się to raczej w jednym gatunku literackim, czyli w prozie fantastyczno naukowej, od której z rzadka uciekam. Ale przejdżmy do właściwego tematu, okej? W zeszłym tygodniu w polskich księgarniach pojawiła się najnowsza pozycja z tegoż uniwersum, czyli Szturmowcy śmierci (w oryginale Death Troopers) Joe Schreibera, a mnie wczoraj wreszcie udało się ich zakupić. Zacząłem czytać po dziewiątej wieczorem i się zakochałem.

Mam mieszane uczucia co do książkowych horrorów. Zacznijmy może od tego, że nawet średnio przepadam za filmami, ale swoje korzenie ma to w tym, iż kino ostatnich lat koncentruje się na gore(wtf?), które mnie zdecydowanie brzydzi. Jeszcze rok temu zastanawiałem się jak książka może kogokolwiek przestraszyć i za radą koleżanki wypożyczyłem ze szkolnej biblioteki znane i lubiane w świecie Lśnienie Kinga. Och, król horroru, jak go nazywają, jakoś mnie nie oczarował. Książka była zwyczajnie nudna, ale postanowiłem się nie łamać i zabrać się za coś innego. Graham Masterton pisał bardzo ciekawie, ale to były raczej thrillery, a nie czystogatunkowe horrory, no, niestety. Dlatego, gdy usłyszałem o pierwszej pozycji ze świata Gwiezdnych wojen będącą horrorem dla dorosłych czytelników (tak, mam świadomość istnienia serii Galaxy of Fear) coś we mnie drgnęło. Z jednej strony, miałem nadzieję na coś epickiego, czegoś, przez co polubię książkowe horrory, z drugiej – bałem się, że znów dostanę nudny gniot, które pewnie i tak nie skończę.

Death Troopers zrobili w Stanach furorę. Premiera książki była poprzedzona wielką kampanią reklamową, której, co prawda, nie możemy porównywać do tego, co uświadczyliśmy przy Mocy wyzwolonej, jednakże to była jedynie część całego projektu multimedialnego, a Szturmowcy to tylko zwykła powieść. Pojawiły się plakaty ze świetną grafiką autorstwa Indiki, powstał suplement do gry Star Wars: Galaxies, potworzyło się mnóstwo in- i out-univerowych źródłem, chociażby konto TK 329 na Twitterze. Schreiber nawet opublikował soundtrack do książki. Medialna burza przetoczyła się przez amerykański rynek, a przez dziwną polityką wydawniczą Amberu, powieść pojawiła się w Polsce trzy miesiące po światowej premierze. Przez pierwszy tydzień nie było jej w legnickim Empiku, ale wczoraj pojawił się jeden egzemplarz, który natychmiastowo zakupiłem. Książkę przeczytałem w dwie godziny, co może jest spowodowane jej minimalistyczną objętością, ale przejdźmy do konsensusu.

Aquenral ocenia
Fabuła: 8+/10.
Dialogi: 7/10.
Opisy: 8+/10.
Klimat: 10/10.
Ogółem: 8+/10.

Szturmowcy śmierci wciągnęli mnie niesamowicie i odnowili moją wiarę w horrorystów. Książka jest krótka, dziwnie zbudowana, jeśli chodzi o rozdziały, które mają niekiedy po trzy strony, z początku trochę nudzi, ale muszę przyznać, że to jedna z najlepszych pozycji spod znaku Gwiezdnych wojen, przebija ją jedynie Stover ze swoim Zdrajcą i ewentualnie któryś Luceno, Traviss bądź Reaves. Najciekawsze jest to, że czytając, nie mamy wrażenia, że jesteśmy w odległej galaktyce; rzecz mogłaby się dziać w każdym uniwersum, w każdej rzeczywistości, gdyby nieco pozmieniać nazwy własne. Jedynym wątkiem, który rzuca się w oczy i jest dany jakby na siłę (co nie znaczy, że przeszkadza), jest pojawienie się Hana Solo i Chewbaccy, którzy wprowadzają atmosferę Starej Trylogii. I gdyby wszystkich Rodian, Wookieech i Dugów zamienić na ludzi, a niszczyciel gwiezdny na jakiekolwiek inne laboratorium, byłaby świetna powieść dla każdego czytelnika, bo, powiedzmy sobie szczerze, niewielu sięgnie po książkę z logiem Star Wars. Ale wróćmy do fabuły… Najlepsze jest to, że wszystko jest ładnie i w miarę racjonalnie wytłumaczone; jakoś nie podobała mi się idea zombie w odległej galaktyce, ale muszę przyznać, że Schreiber nieźle z tego wybrnął. Stworzył też całkiem ciekawych bohaterów z doktor Cody na czele, którą chciałbym jeszcze kiedyś zobaczyć w jakiejś książce. Ale największą zaletą Szturmowców… jest ich klimat. Krótkie rozdziały, mroczna atmosfera, wyważone dialogi i momentami makabryczne opisy nadają całej książce niesamowitą atmosferę grozy. Czytając to w nocy, w całkowitej ciszy, ma się wrażenie jakbyś sam znalazł się na opuszczonym gwiezdnym niszczycielu Vector i szedł pustym korytarzem, bojąc się, co Cię znajdzie za następnym zakrętem. Powraca imperialny wydział broni biologicznej z Galaxy of Fear, autor widocznie wystarczająco zgłębił galaktykę, gdyż pojawiają się tak mało znane rasy jak Paaerdaugowie, wspomina się o Dniu Życia, a akcja jednego rozdziału rozgrywa się na Galantosie. Nie ma upychanych na siłę wstawek o podmiotach znanych z filmów, co uparcie stosuje w swoich książkach Michael Reaves, a co mi się zdecydowanie nie podoba.

Podsumowanie? Jest to jedna z najlepszych książek, które noszą na okładce znak Star Wars, bardzo dobry horror i świetna rozrywka na zimową noc. Fakt, jest może za krótka, ale ma niesamowity klimat, który wynagradza naprawdę wszystko. Polecam ją wszystkim, naprawdę, bo to kawał dobrej, współczesnej literatury. Z niecierpliwością czekam na prequel, również autorstwa Schreibera, który ma sie pojawić pod koniec tego roku. So say we all.

Witamy w Mieście Obietnicy

Promises Broken (2009)

Battlestar może i jest najlepszym serialem fantastyczno-naukowym jaki kiedykolwiek zrealizowano, ale jest inna produkcja, która bezkompromisowo bije Galacticę na głowę, szczególnie jeśli chodzi o podstawę fabularną. Chodzi mi oczywiście o The 4400, czyli niedocenianą produkcję CBS z lat 2004-2007, która przez naprawdę długi czas była moim ulubionym serialem, a i wciąż zajmuje w moim sercu ważne miejsce. Trudno wszystko pokrótce opisać, bo główna fabuła oś fabularna skręcała czasami w dziwne miejsca, ale postaram się Wam wyjaśnić główne wątki, bym spokojnie przeszedł do właściwej recenzji. W postapokaliptycznej przyszłości światem rządzi brutalna i potężna elita, która zwyciężyła w Wojnie. Opozycjoniści porywają dokładnie 4400 ludzi z przeszłości, konkretnie z przełomu XX i XXI wieku, wstrzykują do ich organizmów sztuczny neuroprzekaźnik, wywołując nadprzyrodzone zdolności, po czym odstawiają ich zbiorowo do 2004 roku. Kilkanaście zdarzeń doprowadza w końcu do tego, że Jordan Collier, zmartwychwstały lider 4400, przejmuje rządowy zapas promcyny, owego neuroprzekaźnika z przyszłości, rozpoczynając swój plan dystrybucji, który ma uratować świat przed czyhającą w przyszłości Katastrofą. Jedynym mankamentem jest jedna z właściwości promcyny: zabija ona połowę ludzi, którzy biorą zastrzyk. Gdy młody Danny Farrell podejmuje decyzję i wstrzykuje sobie ową substancję do krwi, zyskując zdolność rozprzestrzeniania promycyny przez powietrze, pogrąża całe Seattle w chaosie. Ruch Colliera przejmuje inicjatywę, nazywając metropolię Miastem Obietnicy i odcinając się od struktur rządowych. Ostatnią sceną ostatniego odcinka jest Tom Baldwin, główny bohater, agent NTAC i pośrednik między teraźniejszością i przyszłością, siedzący we własnym domu i kontemplujący zażycie promycyny. I w takim właśnie miejscu USA Network zostawiło nas wszystkich na lodzie, serial skasowano z ramówki i nigdy byśmy nie dowiedzieli jak to wszystko się kończy…

Welcome to Promise City (2009)

… ale od czego jest pojęcie expanded universe? Napisano cztery książki z serii The 4400. Akcja dwóch pierwszych rozgrywa się podczas drugiego i trzeciego sezonu serialu, ale dwie następne opowiadają już o zdarzeniach po The Great Leap Forward i na tych pozycjach chcę się dzisiaj skupić. Welcome to Promise City Grega Coksa i Promises Broken Davida Macka to, nie oszukujmy się, tak zwane must-read dla każdego fana czterech-czterystu. Przykro mi to pisać, ale jestem na dzień dzisiejszy chyba jedyną osobą w Polsce, która przeczytała owe powieści, a reprezentują one ze sobą naprawdę wysoki poziom. Zaskoczyło mnie to, ale obaj panowie wykonali kawał dobrej roboty i wyraźnie widać, że zależało im na spójności ze światem przedstawionym. Rozwiązują się wątki (niestety nie wszystkie) z serialu, których nie dało się zrealizować albo zniknęły bez słowa wyjaśnienia w połowie show: powraca Dennis Ryland, którego ostatnio widzieliśmy w trzecim sezonie, widzimy, co się dzieje z Richardem Tylerem po jego zesłaniu do więzienia, przewijają nam się Pasażerowie, którzy przewijali się przez wszystkie sezony i aż miło czytać te nazwisko: Heather Tobey, Gary Navarro, Orson Bailey, Tess Doerner, Lewis Mesirow, Lindsey Hammond… Niestety stosunkowo dawno oglądałem The 4400 (co zamierzam niedługo nadrobić), więc nie wyłapałem wszystkich smaczków, ale nieraz się uśmiechnąłem widząc jak autorzy popisują się swoją wiedzą, nawiązują do prawie każdego odcinka (a to szarlotka z Evanston, a to No Exit PJa, nie mówiąc już o incydencie z inhibitorem). Głównymi bohaterami wciąż pozostają Tom Baldwin i Diana Skouris, ale na pierwszy plan wysuwają się też inni, których raczej nie spodziewałem się znów zobaczyć: Richard Tyler czy Jed Garrity.

OSTRZEŻENIE PRZED SPOILERAMI
W poniższej sekcji znajduje się streszczenie obu książek.

Welcome to Promise City zaczyna się już po Wielkim Krok Naprzód. Seattle jest już formalnie Miastem Obietnicy, Jordan Collier jest królem na zamku, a p-pozytywni wszędzie się panoszą. Szalony p-pozytywny grabarz i agentka NTAC postanawiają dokończyć dzieło Danny’ego Farrella i używając swoich zdolności, klonują ciało chłopaka wraz ze zdolnością wytwarzania wirusa promcyny. Tymczasem Collier odbija Richarda Tylera z rządowego tajnego więzienia dla p-pozytywnych i wykorzystuje go jako zawodowego zabójcę, który poluje na Oznaczonych, wciąż panoszących się po świecie. Promises Broken jest bezpośrednią kontynuacją poprzedniej książki. Armia Stanów Zjednoczonych otacza Miasto Obietnicy, jednak Jordan wcale nie chce wywoływać wojny. Gdy kryzys przeradza się w otwarty konflikt na ostrą amunicję, a rząd USA wykorzystuje do walki nadżołnierzy ze zdolnościami, Collier broni miasta za wszelką cenę. Trójka pozostałych przy życiu Oznaczonych buduje w kooperacji z Dennisem Rylandem broń opartą na antymaterii, która ma niszczyć wiązania promycyny, pozbawiając ludzi zdolności. Ryland nie wie, że agenci z przyszłości mają inny cel. W ostatnim starciu wszystko, dosłownie wszystko, będzie zależało od decyzji podjętej przez Toma Baldwina.

KONIEC SPOILERÓW
W tym miejscu kończy się streszczenie obu książek.

Koniec Promises Broken jest większym cliff-hangerem niż The Great Leap Forward, a ostatnie zdanie brzmi: Here ends the First Saga of The 4400. Niestety, z tego co widzę na Amazonie, nie ma jeszcze żadnych zapowiedzi kolejnych powieści z cyklu, które niewątpliwie chciałbym przeczytać. Mam szczerą nadzieję na kontynuację, bo serial z pewnością już nie wróci, a książki szybko i przyjemnie się czyta, a autorzy potrafią stworzyć niesamowity klimat. Pierwsza opisywana powieść otrzymuje ode mnie 6/10, a druga – 8/10, ale polecam wszystkim, którzy widzieli serial, bo to po prostu trzeba przeczytać, o. Więc so say we all i We’re not a threat, we’re salvation. The world will have to deal with us.