Endor 2010

Pilchowicki Endor jest wydarzeniem z tradycjami. Organizowany od ośmiu lat, jest jedyną w swoim rodzaju formą spotkania fanów Gwiezdnych wojen, gdzie nie ma oficjalnego programu, nikt nie przygotowuje żadnych prelekcji, a jedynym celem jest integracja ludzi z całego fandomu… na wielu płaszczyznach. Głównym organizatorem jest Banita, który co roku udostępnia swoją działkę w Pilchowicach, by fani mogli rozpalić ognisko, napić się piwa i innych trunków oraz oddać swobodnym dyskusjom na miliard różnych tematów, począwszy od filmów pokroju Zębów i Ludzkiej stonogi, a skończywszy na czynnościach fizjologicznych Tremayne’a.

Endor 2010, ósma już edycja, był moim debiutem na tej powszechnie szanowanej imprezie. Wcześniej nie miałem nigdy chęci się tam wybrać, chociażby z racji mojej abstynencji alkoholowej, ale w tym roku wreszcie się przekonałem, że warto jechać nawet pół Polski, by spotkać się z tak wspaniałymi i wartościowymi osobami. I co? I nie żałuję, a wręcz jestem zachwycony formułą spotkania, zgromadzonymi ludźmi i całym przedsięwzięciem, ale może zacznę od początku? O godzinie 11:13 dnia dwudziestego czwartego lipca bieżącego roku wyruszyłem z mojej rodzinnej Legnicy z półpełnym plecakiem, kurtką przeciwdeszczową w ręku i biletem do Gliwic w portfelu, by za dwie godziny spotkać się z (już podaruję sobie wypisywanie imion, bo znów wszyscy będziecie płakać, że nie wiecie o kim mówię) Ravem, Appo i Urthoną z Wrocławia oraz Amadeuszem i Minim z Wielkopolski. Jeżeli wierzyć PKP, przed szesnastą pokonałem dwieście siedemnaście klików w jakże niedocenianych polskich pociągach, płacąc za bilet w jedną stronę niecałe dwadzieścia złotych, co zasługuje na wielkie uznanie, szczególnie biorąc pod uwagę stosunek długości jazdy do ceny do komfortu.

Pod gliwickim dworcem czekali już na nas Jaya, Guf i Girdun, a po chwili pojawił się Mand’alor Immo, któremu co rusz wymyślałem nowe przydomki oraz Radek. Gdzieś mignął nam Tremayne, Death i Vissan, jednak szybko zapakowali się niczym burżuazyjni magnaci w Orzeła Siedem, by dotrzeć do Pilchowic na własną rękę; nam pozostał lokalny przewoźnik, notabene cholernie drogi, o czym trzeba z rozgoryczeniem wspomnieć. Przed piątą zero zero dotarliśmy do naszego docelowego miejsca przeznaczenia, czyli działki Banity, gdzie przywitaliśmy się z gospodarzem i ruszyliśmy do pobliskiego sklepu, by zaopatrzyć się z chleb, napoje gazowane, energetyzujące i alkoholowe oraz coś do upieczenia nad słynnym pilchowickim ogniskiem.

Ósma edycja Endoru była przełomowa pod kilkoma względami, jednak nie mnie jest oceniać te zmiany; akcje z poprzednich ognisk znałem jedynie z opowieści, które urosły do rangi mitów w polskim fandomie, więc nie jestem w stanie obiektywnie podsumować zeszłotygodniowych wydarzeń. Pierwszy raz zabrakło tak zwanej starej gwardii, więc średnia wieku drastycznie się obniżyła, pokazując, że rośnie nowe serce fandomu. Pierwszy raz również postanowiono przełamać monopol ogniska Banity na ostateczne przyrządzanie kiełbasek, gdyż Viciu zabrał ze sobą przenośnego grilla, by móc oddać się przyjemnościom nocnego smażenia przepysznej karkówki, za którą na marginesie muszę podziękować Kubie. Zdaniem uczestników poprzednich edycji, było też o wiele grzeczniej, gdyż nikt nie odpadł, a jedyne osoby, które poszły spać, zrobiły to z własnej, nieprzymuszonej woli, a nie, jak dotychczas, zmuszone przez tak zwaną Moc w płynie.

Serdecznie chciałbym w tym miejscy pozdrowić wszystkich uczestników Endoru, gdzie lista obecności wygląda następująco: (alfabetycznie) Amadeusz, Appo, Aquenral, Banita, Bidon, Death, Dev, Girdun, Gunfan, Jaya, Immo, Mini, Radek, Rav, Tremayne, Urthona oraz Vissan. Dodatkowe buziaki należą się ekipie, która nie poszła spać i wytrwała całą tą surrealistyczną noc, gdzie poruszyliśmy wiele bardzo dziwnych tematów, a wiele z nich niekoniecznie nadawałoby się na publikację w takim miejscu. Jestem też pełen podziwu dla ekipy telefonicznej, z którą budziliśmy nasze koleżanki w okolicach od pierwszej do trzeciej w nocy, by przedstawić się jako greccy bogowie, dwunastu apostołów lub inne znane postacie biblijne… W sumie wypadałoby chyba przeprosić wszystkie dziewczęta za przerwanie snu, więc niniejszym bardzo przepraszam za siebie i swoich kolegów.

Endor jest wydarzeniem, które każda osoba uważająca się za część fandomu chociaż raz powinna przeżyć. Cieszę się, że miałem okazję lepiej poznać kilka osób (szczególnie miło rozmawiało mi się z Bidonem i Tremaynem), pośpiewać przy ognisku, spróbować bourbona (Mandalorianie wiedzą, co jest dobre!) i nawet jechać tym cholernym pociągiem ze świetną ekipą. Endor 2011? Och, z prawdziwą przyjemnością się znów wybiorę, mając nadzieję, że przedwczorajszy skład się utrzyma, a i dojdzie kilka starych i nowych twarzy. Za takie właśnie rzeczy kocham fandom i jestem dumny, że jestem jego częścią. Z każdą taką imprezą uświadamiam sobie jak wspaniałymi ludźmi są fajni Gwiezdnych wojen… szczególnie w sytuacjach, które w żaden sposób nie są powiązane z odległą galaktyką. Na koniec jeszcze podziękowania dla Urthony za masę wspaniałych zdjęć i do zobaczenia za rok!

Dni Fantastyki 2010

Mój ostatni tydzień wyglądał zdecydowanie dziwnie, gdyż od wtorku do piątku spędzałem czas w szpitalu na kardiologii (spokojnie, nic mi nie jest), do niedzieli nie spałem nawet jednej minuty, bawiąc się na wrocławskich Dniach Fantastyki, by w końcu odespać te pięćdziesiąt sześć godzin na nogach szesnastogodzinnym snem. Jak minął konwent? Dni Fantastyki 2010, bo o nich będzie mowa przez cały ten sentymentalny wpis, odbyły się w dniach 25-27 czerwca bieżącego roku we wrocławskim CK Zamek w Leśnicy; oprócz tradycyjnych bloków programowych, w tym również gwiezdnowojennego, pojawił się blok fantastyczno-naukowy, który był głównym celem mojej wizyty ze strony prelekcyjnej… Aczkolwiek, tak naprawdę, najważniejszym priorytetem było samo spotkanie się z tymi wszystkimi ludźmi z całej Polski, by spędzić razem te kilka dni w niesamowitej atmosferze, za co czas gorąco podziękować.

Na samym początku chciałem gorąco podziękować Mateuszowi, z którym się widzę niestety dopiero trzeci raz w życiu, a z którym rozmawiam prawie codziennie. Mimo tego, iż nie spełniłeś obietnicy przyjścia po mnie na dworzec, wciąż pozostajesz moim fandomowym bratem i chcę żebyśmy spotykali się jak najczęściej… A nawet jeszcze częściej! Konkurs wiedzowy o Zagubionych był przedni, mimo niektórych dziwnych pytań i nieuznawania naszych odpowiedzi (od kiedy pilot helikoptera jest profesją naukową?) był świetnie spędzoną godziną, która zaowocowała zacnymi nagrodami (ach, ten piąty sezon na dvd) i na miejscu chciałem też znowu pogratulować wszystkim współzawodnikom oraz Hani z Wojtkiem, z którymi zajęliśmy trzecie miejsce. A skoro jesteśmy przy tym, podziękowania imienne lecą również do Patryka, który był drugą osobą odpowiedzialną za konkurs, a który wytrzymywał ze mną tyle czasu bez narzekania. No i przyszedł po mnie na dworzec, więc wielki plus dla całego Otwocka!

Amadeuszowi już kiedyś powiedziałem, że ożeniłbym się z nim, gdyby któreś z nas było kobietą i wciąż się trzymam tego stwierdzenia… No, chyba, że któremuś z nas wpadnie do głowy idiotyczny pomysł operacji, co raczej by mnie nieco odrzuciło… Uhm… Nieważne, zapomnijmy o tym. Bardzo było mi miło poznać Miszę, wielkie dzięki za ten cały spędzony razem czas, wspólne posiłki i wszystko inne, czego nie jestem w stanie wymienić, bo zabraknie mi miejsca w bazie danych na taką ilość informacji. Do zobaczenia za tydzień, kochany! Tymkowi też się oczywiście należy wielki, heteroseksualny buziak, bo również mnie gorąco przywitał na dworcu zwalającym z nóg uściskiem i karteczką Nie masz nuk, lol, a później dotrzymywał towarzystwa przez cały, długi, pięćdzisięciosześciogodzinny Dzień Fantastyki. Panowie, dzięki Wam Wielkopolska staje się jednym z moich ulubionych województw i chcę się w końcu wybrać na jakieś Wasze spotkanie!

Michał stał się bohaterem konwentu, więc chciałem złożyć hołd Hernánowi Cortésowi, trzykrotnemu wszechwładcy Chile, Urugwaju, Ekwadoru, Paragwaju, Argentyny i Peru, mając nadzieję na ponowne go spotkanie w przyszłości. Szkoda, że nie udało Ci się trafić na mój konkurs wiedzowy o Battlestarze, bo miałbyś szansę go wygrać, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo być może zwyciężysz w nim na następnym konwencie! Skaj zasłużył sobie jeszcze na dodatkowe podziękowanie i gorącego całusa za odwiedzenie mnie w szpitalu, kiedy to poprowadziliśmy naprawdę przyjemną rozmową na nerdowskie tematy. Ojciec Cortésa, Marcin, przybył z Mroźnej Północy i jestem nadzwyczaj usatysfakcjonowany zawarciem tej jakże ekscytującej znajomości z tak barwną osobą jaką jest polski odpowiednik doktora House’a. Żal wyciska z fok ostatnie łzy, że nie mogliśmy sobie zrobić wspólnego zdjęcia (zarówno chwalebnego Kantyna Teamu, jak i zespołu diagnostycznego), ale nadrobimy to w przyszłości, obiecuję.

Pierwszy raz dziękuję publicznie moim legniczanom, gdyż zawsze robiłem to na naszym prywatnym forum, jednak czas przełamać tę dziwną formę, więc Łukasz zaczyna nową tradycję. Bezsenność we Wrocławiu najwyraźniej nie jest tylko moim problemem, ale nawet ja nigdy nie miałem blackouta w łazience. Okazało się, że chłopak jest wybitnym nauczyciele pokory, kiedy to zbił litrową butelkę wódki truskawkowej innych legniczan, za co Wojtek chciał go wyrzucić z naszego fanklubu. Nie rozumiem do teraz ja można było zapomnieć imienia Daniela Graystone’a, ale jestem pewnie podziwu względem wygłoszonej przez Hanię prelekcji. Fizyka kwantowa jakoś mnie trochę rozbudziła w niedzielny poranek, profesjonalne wykonanie zachwyciło (od dzisiaj sam będę robił takie prezentacje!), więc jestem w stanie powiedzieć, że była to najlepsza prelekcja na jakiej byłem, o! No i bardzo przyjemnie było się tę plazmę krawkowo-gluonową, nie powiem, że nie. Wojtkowi, który siedział ze mną zdecydowaną większość konwentu, również gorąco dziękuję, a moim marzeniem jest by więcej takich ludzi jeździło z Legnicy na konwenty. Pełny profesjonalizm i zdrowe podejście, oto czego potrzebuje każdy fan!

Bardzo było miło mi w końcu poznać Paulinę, która według kantynowego drzewa genealogicznego jest moją córką. Cóż, być może to patologia, że widzimy się dopiero pierwszy raz w życiu, chociaż bardziej chore mogłoby się wydawać to, że jest ode mnie jedynie dwa lata młodsza, ale niczemu to nie przeszkadza. Cholernie się cieszę, że wyruszyłaś w świat, by spotykać się z resztą fandomu i fajnie się wśród nas zaaklimatyzowałaś, do zobaczenia na wakacjach! A skoro jesteśmy przy rodzinie, trzeba wspomnieć o Michale, któy jest adoptowanym bratem mojego szwagra po nieżyjącej już żonie. Jak będziesz studiował we Wrocławiu, pewnie będziemy się spotykać częściej, ale podziwiam Cię za to, że po konwencie miałeś jeszcze czas na koncert. Ja już bym dawno umarł.

Artykuł zaczyna się niepokojąco wydłużać, a ja w głowie jedynie skreślam nazwiska tych, którym jeszcze muszę napisać parę zdań. Na pewno muszę wspomnieć o Szymonie, który znalazł niesamowity bodziec do stanu błogości jakim było smyranie mojej klatki piersiowej. Świetnie było Cię znowu, spotkać i mam nadzieję, że niedługo znów się jakoś zobaczymy, stary. Przykro mi, że nie wziąłem tego Battlestara i przeproś ode mnie Sylwię, ale to wina polskiej służby zdrowia, o! Kto tu jeszcze był niesamowity? Ach, jakże mogłem zapomnieć o parze, bez której to wszystko byłoby niemożliwe? Iza i Karol umożliwiają nam spotkanie się, dobrą zabawę i świetne spędzenie czasu, gdyż czuwają nad organizacją i trzymają to wszystko w garści; nie wyobrażam sobie konwentu bez Was i nie chcę nawet na takowym kiedykolwiek być.

Radkowi (któremu nie chciało się wymyślać nicka) i Wojtkowi (Mand’alorowi, któremu nie okazuję szacunku, krzycząc Cześć, Wojtku!) podziękuję razem, wybaczcie, ale jakoś jesteście połączeni na stale w mojej podświadomości. Żałuję, że nie mogłem się zjawić na Waszym konkursie, gratuluję pierwszego miejsca, które robi z Was osoby mające największą wiedzę o Gwiezdnych wojnach w Polsce i chcę, żebyśmy spotykali się jak najczęściej, bo to wstyd, że średnio wypada nam jedno spotkanie na pół roku. Zostańmy na chwilę jeszcze przy Śląsku, bym mógł podziękować Tomkowi, z którym niby już się poznałem na zeszłorocznych DeeFach, ale nigdy nie mieliśmy okazji lepiej się poznać poza Kantyną. Obściskiwanie na powitanie gęsto owłosionego olbrzyma z maczugą nigdy nie było jakoś moim priorytetem życiowym, tak samo jak rysowanie serduszek na jego plecach i obserwowanie jak hasa po szkolnych korytarzach w samej bieliźnie, ale poznanie tak ciekawej osoby, która trzyma się swego zdania do końca i nikogo nie udaje, by zdobyć znajomych jest wystarczającą rekompensatą za ekscentryczne zachowania.

Kasiu i Miśku, cieszę się, że chociaż z Wami widuję się stosunkowo często, jednak każde kolejne spotkanie jest dla mnie balsamem dla duszy, hihi. Tak się składa, że cholernie Was lubię i smucę się nad tym, że Kasia mieszka ponad dwieście klików stąd… Chociaż, z drugiej strony, daje jej to rzadsze okazje nazywania mnie zdrobniałymi nazwami owoców i narzekaniem, że się nie ogoliłem. A na poważnie, wielki buziak jeszcze się należy za wizytę w szpitalu (dwukrotną!) i perspektywę przyszłych spotkań. Następni w kolejce do publicznego podziękowania będą Bartek z Kubą, którzy są również podstawą dobrego konwentu, a także Maciek, Aleksander i reszta wrocławskiego fanklubu.

Wybaczcie mi już za zbiorowe podziękowania, ale przeraża mnie ilość tekstu powyżej. Tak więc, buziaki do Legnicy, skąd przyjechali (oprócz powyższych) Daniel, Kacper, Tomek i Wojtek. Nie mogę pominąć Wałbrzycha, który wysłał jedynie dwuosobową ekipę, jednak udało mi się miło pogadać z Arkiem; Częstochowa również nie popisała się wielką delegacją, ale jestem zaszczycony, gdyż mogłem spotkać się z Dawidem. Super było zobaczyć wszystkich ze Śląska (Daria, Mikołaj, Dawid, Marzena z Pawłem oraz wszyscy inni) ze szczególnym wyróżnieniem dla Bartka, który użył swoich magicznych zdolności, aby moja wuwuzela zniknęła na prawie cały czas trwania konwentu oraz dla Samuela, z którym się nie pożegnałem, bo jestem zwykłym huncwotem. Wielkopolska też była niczego sobie, więc po buziaku dla Jana, Łukasza, Mateusza i całej reszty wesołej ekipy, gdzie muszę wyszczególnić Bartka, który odwalił kawał dobrej roboty, relacjonując cały konwent na żywo przez Twittera. Kraków też ładnie dopisał i ślę gorące pozdrowienia dla Marcina, mając nadzieję, że wkrótce do Was wpadnę. Nie mogę oczywiście zapomnieć o Pawle, Adamie, Marcie z Radkiem i każdej jednej duszyczce, które przewinęły się przez leśnicki Zamek, a o których zapomniałem tutaj wspomnieć.

Uff, mam nadzieję, że nikt nie poczuje się urażony, jeśli nie pojawił się na powyższej liście, ale pamięć ludzka jest zwyczajnie zawodna i mogłem najnormalniej w świecie o kim zapomnieć, jednak nie myślcie, że nie lubię Was i nie będę dziękował za wspólnie spędzony czas. Przykro mi, że nie wszyscy, którzy mieli jechać, przyjechali, tyczy się to szczególnie delegacji legnickiej, szkoda mi też tych, którzy z góry zapowiadali, że się nie pojawią (Kraków, Goleniów), a wielki buziak należy się dla wyżej wymienionego Raya, który pojawił się mimo wcześniej rezygnacji na forum Bastionu. Poza tym wspaniałą robotę odwalił Urthona, fotografując wszystkich przez całe trzy dni, zapisując tym samym wszystko w historii, którą raczej nie będziemy dzielili się z naszymi dziećmi.

Konwenty zaliczam do dni, które są jednymi z najlepszych w moim życiu. Na ten wynik składa się wiele czynników, a są to prelekcje, budowa programu, organizacja, baza noclegowa i jej wyposażenie, ale na pierwszym miejscu stawiam ludzi, którzy są podstawą każdego konwentu i dla którym jedzie się czasami taki kawał drogi, by tylko się spotkać i pośmiać we wspólnym towarzystwie. Zwykła osoba spotkana na ulicy nie zrozumie więzi jaka łączy wszystkich przez te trzy dni, być może nas wyśmieje, możliwe, że popuka się jedynie w czoło, ale z pewnością nie pomyśli, że to może by wspaniałe. Jesteśmy przecież tylko bandą fanatyków, a na dodatek widzimy się maksymalnie dwa razy w roku, więc jak mogą wyglądać relacje między takimi ludźmi? Przecież to chore, głupie i dziecinne… Całe szczęście, że oprócz takich osób są jeszcze świetni ludzie, którzy jeżdżą na konwenty, a gdyby fani byliby szerzej rozwiniętą grupą społeczną, tworzyliby najlepszą z najlepszych.

Żeby to zrozumieć, wystarczy zjawić się w takim miejscu i poczuć magię konwentu. Zawiążą się znajomości, które być może dotrwają do końca żywota, ktoś być może spotka swoją przyszłą ukochaną, a kto inny podbije Chile – gdzie indziej można tego doświadczyć? Widzę na przykładzie swoich znajomych i rodziny, że zwykli ludzie tego po prostu nie rozumieją, ale także nie chcą rozumieć (no, poza paroma wyjątkami) używając tak zwanego argumentu kobiecego brzmiącego bo tak! Warto pojechać na konwent, przyszłoroczne Dni Fantastyki, StarForce, Pyrkon czy cokolwiek innego, chociażby dla spojrzenia na to z innej perspektywy. Ja kiedyś postanowiłem spróbować i uważam, że była to świetna decyzja, która kilka rzeczy w moim życiu i we mnie zmieniła. Na lepsze.

Pyrkon 2010: kochamy Stocznię Fondor!

» UWAGA!
» Wpis zawiera materiał sentymentalny i odnoszący się do prywatnego życia autora.

Ich habe meine Wochenende in Posen verbracht… Wczoraj wróciłem z trzydniowego Pyrkonu 2010 i chyba nadszedł się podzielić refleksjami na ten temat. Było zacnie (przepraszam za użycie tego słowa, Amadeusz), chociaż wolę, gdy konwent jest nieco bliżej i bardziej kameralny. Nie będę streszczał wszystkich wydarzeń, prelekcji czy konkursów, bo to mija się z ostatecznym celem, którym są tradycyjne podziękowania. Pozwólcie, że wpierw podziękuję tym, którym jeszcze nigdy nie miałem okazji dziękować, czyli osobom, które poznałem dopiero w Poznaniu tudzież nawiązałem jakąkolwiek głębszą relację (och, spędzenie z kimś nocy nie zawsze oznacza to samo). Zatem…

  • Amadeuszu (znany również jako Edward Cullen tudzież Robert Pattinson)! Kochany, dziękuję Ci za to, że mogliśmy się wreszcie spotkać, pogadać jak ludzie, pośmiać się ze wszystkiego… Na Tatooine jakoś nie mieliśmy okazji, by się bliżej poznać, a szkoda, bo jesteś świetnym kompanem i cholernie się cieszę, że spędziliśmy razem cały ten czas. No, poza tym jestem Twoją Bellą i musisz o tym pamiętać! Do zobaczenia na Przystanku Jedi, Dniach Fantastyki, w Egipcie i na wakacjach w Legnicy! A, no i dzięki za postarzenie (rocznik ’88, yeah!)
  • Patryku, Moofem zwany – miło poznać kolejnego Kantynowicza, z którym w internecie zna się od przynajmniej pół roku, a nigdy nie widziało się go na oczy. Należy Ci się wielki, przyjacielski (czyli czysto heteroseksualny) całus za poranną mszę w niedzielę, jestem zaskoczony Twoją dziwaczną umiejętnością wykręcania nogi i pełen podziwu, że chciało Ci się samemu jechać z tej frakkin’ Warszawy (tak, wiem, z Otwocka). I niech ginie!
  • Szymonie (znany również jako TW Bolku), wreszcie mogłem Cię uściskać, cieszysz się? Jakoś nie udało nam się podywagować na tematy stricte nerdowskie, na co tak liczyłeś, ale kiedyś to jeszcze, mam nadzieję, nadrobimy. Szkoda, że nie masz już swoich włosów, jakie widziałem na zdjęciach z poprzednich konwentów czy spotkań, ale może kiedyś odrosną, hę? Do zobaczenia w czerwcu!
  • Yahoo, niestety zwinął się w sobotni wieczór, aczkolwiek również zasługuje na pełne podziękowania. Janie, jesteś swój chłop, w sumie tyle mam do powiedzenia! Bardzo miło było mi Cię poznać i cieszę się, że chciało Ci się poświęcać czas na legnickiego dziwaka, który zabrania Ci przeklinać, hihi.
  • Aedinie, czyli nie Wojtku, a Wojciechu (skoro tak wolisz), który jesteś tylko o rok ode mnie starszy, a wyglądasz na dobre dwadzieścia dwa – rozmowa z Tobą o trzeciej w nocy na tematy wszelakie była… interesująca, o. Jakoś nigdy nie miałem okazji z Tobą pogadać, chociaż widzimy się na każdym konwencie – dziwne, nieprawdaż? Następnym razem to nadrobimy, obiecuję.
  • Mihoo (jak wynika z ksywy – Michale), mój serdeczny kolego ze szkolnej ławy, miło było, tylko szkoda, że tak krótko. Gdyby nie nasze przypadkowe spotkanie w Picollo, żałowałbym, że zamieniłem z Tobą tylko kilka słów i nawet się nie pożegnałem, ale najwyraźniej los chciał inaczej. Mam nadzieję, że pojawisz się w czerwcu we Wrocławiu i będziemy mogli podyskutować na spokojnie.
  • tę krótką listę kończy Bartek-Burzol, aczkolwiek wcale to nie oznacza, że jest w jakiś sposób gorszy. Żałuję, że jakoś prawie w ogóle nie mieliśmy okazji pogadać, ale wszystko można nadrobić; szkoda, że konwenty nie trwają tydzień, można by było wszystko ogarnąć (tak, zdaję sobie sprawę, że niektórzy mogliby w trakcie takowych nawet i umrzeć, hihi). Do zobaczenia we Wrocławiu!

Pozwolę sobie jeszcze wymienić te kilka osób, którym wręcz obowiązkowo należą się indywidualne podziękowania – inaczej byłaby to chyba obraza mogąca zakończyć się śmiertelnymi konsekwencjami. Cóż, nie będę jakoś długo smęcił, bo i tak wiecie, że Was wszystkich kocham, ale co trzeba napisać, zostanie napisane, o!

  • Kto pierwszy? Ano, Michał zwany Skajem (i teraz wszyscy patrzą w niebo, yeah), czyli, jak to mawia Bolek, mój ulubiony nerd. Wpłynęły już wnioski, by mianować Cię honorowym członkiem legnickiego fanklubu Gwiezdnych wojen, bo jako jeden z nielicznej garstki konwentowiczów spędziłeś mnóstwo czasu z tak zwanym festynem w pełnej krasie i nawet wydawałeś się być z tego faktu zadowolony. Pamiętaj, że trzeba słyszeć nic innego niż deszcz… No i jot pe na sto procent!
  • Radku, nie wiem dlaczego, ale w moim odczuciu w ogóle nie pasujesz na pierwszy rzut oka do wizerunku typowego uczestnika konwentów, co najprawdopodobniej możesz potraktować jako komplement. Oczywiście nie zmienia to faktu, że bardzo miło się z Tobą spędza czas oraz rozmawia na wszystkie tematy, mimo, iż jestem tylko gówniarzem, który nie oddaje starszemu wygodniejszego krzesła. Mam nadzieje, że na Dniach Fantastyki zrobimy jakąś porządną prelekcję, no i do zobaczenia w maju!
  • skoro Aedin to Wojciech, Immo jest Wojtusiem! Jestem niesamowicie zaszczycony, że mogę rzucać butem w samego potężnego Mand’alora i jeszcze żyję po dokonanym zamachu. Cieszę się, że relacje na linii Yuuzhan Vongowie – Mandalorianie nie prowadzą ku żadnej wojnie, chociaż przyjemnie porzucałoby się żukami w Mando-gejów (nie wspominam o amphistaffach z wiadomych przyczyn); tak, wiem, że nie lubisz, gdy tak się o Was mówi. W maju mam nadzieję pojawić się na Czarnym Śląsku, więc trzymaj się, ner vod!
  • Iza i Karol, czyli Łedżissu – nie podziękuję Wam, bo przyjechaliście w sobotę i w ogóle Was nie widziałem… Ech,takich rzeczy to chyba się nawet w żartach nie mówi. Po prostu kocham Wasze towarzystwo i naprawdę żałowałem, że nie było Was w piątek i nie dołączyliście do naszego kółka przyjaciół kobaltu przed gwiezdnowojennym sleeproomem, ale cieszę się, że w ogóle przybyliście (chociaż tutaj podziękowania należą się chyba tylko Izabeli, prawda?) i podyskutowaliśmy w pociągu powrotnym. Muszę natomiast laboratoryjnie potwierdzić wyrażenie Wasz konwent > inny konwent.
  • Kubie (czyli Appo) wyrazy podziękowania należą się za wewnętrzną przemianę jaką przeszedł od ostatniego roku. Jak przez cały czas miałem do Ciebie obojętny stosunek, krótką chwilę zdecydowanie działałeś mi na nerwy, to teraz jesteś dobrym kompanem do rozmów i bezalkoholowego konwentowania. No i buziak za poranną mszę z Moofem! Mawia się, że…
  • … wszystko zostaje w rodzinie, tak? Bartek, czyli Rav, teraz mówię do Ciebie: Wracaj do cyrku, kobieto z brodą! Das ist traurig, że byłeś jedynym przedstawicielem Elity Dziewięć-Jeden, ale przynajmniej wiemy, że stawiacie na ilość, a nie na jakość. No i dzięki Tobie zapamiętałem najważniejszy wyraz w całym języku niemieckim: wcześniej wymienione: traurig.
  • Ragnusie, szczerze mówiąc, niestety nie pamiętałem jak masz na imię (teraz już zapamiętam, że brzmi ono Łukasz), co jednak nie przeszkodziło w kilku krótkich dysputach na tematy Battlestara i Caprici, które były bardzo owocne i sympatyczne. Przykro mi, że geneza konfliktu legnicko-bydgoskiego tkwiła na Twoich plecach, ale to było dawno temu i nieprawda. Daj mi znać, gdy będziecie robili te koszulki i do zobaczenia po drugiej stronie!
  • Karolu_Hellrunerze, który swoje imię umieściłeś w nicku, konwenty bez Ciebie to również nie konwenty. Wielki buziak za konkurs battlestarowy, chociaż masz dwa minusy: jeden za ścięcie włosów, drugi za to, że nie spałeś razem z nami; hihi, gdyby życie byłoby logiczne, miałbyś plusa. Izolacja i brak kontaktu najczęstszą przyczyną cierpienia, pamiętaj!
  • Tymku w wersji Mini, dziękuję Ci z całego serca za nauczenie mnie pieśni bojowej Stocznia Fondor, a nie dziękuję za nieprzyniesienie mi mojej strzykawki z promycyną! Przyjeżdżaj w kwietniu do Wrocławia i następnym razem pojaw się na swojej prelekcji, będzie fajnie, serio.

Ciekawi mnie kiedy wszyscy się przyzwyczają, że używam ich imion zamiast nicków? Kacper znowu będzie jęczał, pewnie strzeli tak zwanego focha, że kolejny raz pomijam Legnicę przy podziękowaniach, ale… Cóż, to jest po prostu za dużo wszystkiego. Poza tym, powiedzmy sobie szczerze, jakoś nie spędzałem z Prakseum dużo czasu, bo na konwencie wolę towarzystwo ludzi, których widuję dwa razy w roku, aczkolwiek naprawdę, naprawdę, naprawdę dziękuję i ślę wielkiego buziaka do każdego z Legnicy, czyli dla Moonwalkera (zwanego również Kacperossem), Wszelaka, Herkaya, Fixera, Azzedara, Dzikiego, Daali i Rodzyna. No, a poza tym dla wszystkich innych, z którymi się widziałem, witałem, rozmawiałem i spędzałem czas: Misiek, Yuri, Guf i Jaya, Akashka, Urthona, Death, Vigo, Ki-Adi, Kamila, Rusis, a także ekipy śląska, bydgoska, toruńska i wielkopolska, uczestnicy nieszczęsnej battlestarowej wiedzówki, ludzie, których męczyliśmy rozmowami telefonicznymi (Ludwik, Ray i Onoma) oraz wszyscy inni, z którymi miałem okazję się spotkać, a nie wymienił ich powyżej. Soł sej łi ol!