Nie matura, lecz chęć szczera…

Maj trwa sobie w najlepsze (chociaż pogoda na to nie wskazuje w żadnym wypadku), gdzieś tam podobno kwitną kasztany, a zgraja młodych ludzi próbuje zdać testy maturalne zwane dumnie egzaminem dojrzałości. Wszystko to jeszcze przede mną, bo podchodzę do niego za rok, ale poczułem jakiś wewnętrzny imperatyw, by nawiązać do tego jakże wdzięcznego tematu i poznęcać się psychicznie nad biednymi humanistami, którzy biadolą nad obowiązkową maturą z matematyki. O, i to właśnie będzie motywem przewodnim dzisiejszego wywodu, w którym nie będę się koncentrował na krytykowaniu humanistów (och, przecież i ja do nich po części należę) jak twierdzą niektórzy z Was, ale spojrzę na temat w miarę obiektywnie i wysunę odpowiednie wnioski.

Nie matura, lecz chęć szczera zrobi z Ciebie oficera mówi stare porzekadło, którego korzenie sięgają ery głębokiego komunizmu, a które jest w dzisiejszych czasach tak… nieprawdziwe. Niestety, jak to w Polsce bywa, przeszliśmy z jednej skrajności, którą było niedocenianie posiadania wiedzy ponadprogramowej (zdana matura i studia były powodem do zdziwienia), w drugą, gdzie prawie każdy młody człowiek czuje niezidentyfikowaną potrzebę zdania egzaminu maturalnego i uczęszczania na jakąś, czasami jakąkolwiek uczelnię. Cóż, sam wybieram się na studia, ale dlatego, że tego zdecydowanie chcę, widzę konkretne powody oraz, nie oszukujmy się, jestem po prostu zdolny. Poziom edukacyjny dzisiejszych dzieci spada na łeb, na szyję, co jest bardzo smutne, a nie możemy temu w żaden sposób zaradzić; owe dzieci są coraz głupsze, nie mają wyobraźni, nie potrafią logicznie myśleć… Gdybym był złośliwszy, zdefiniowałbym ich dwoma słowami: współcześni humaniści.

Nie, nie chcę obrażać humanistów, naprawdę. Problem w tym, że w ciągu ostatnich lat zawieruszyła się gdzieś definicja humanisty jako człowieka wszechstronnie uzdolnionego, który w małym palcu ma całą wiedzę matematyczną, przyrodniczą, związaną z literaturą, kulturą i wszystkim innym. A dziś? Nie ma co ubierać następującego zdania w ładne słówka, bo niczemu to nie pomoże: dzisiejszy humanista, a przynajmniej przykładowy osobnik wyciągnięty z grupy stu osób uważających się za humanistów, to zwykły nieuk, który nie radzi sobie z matematyką. Nie potrafię liczyć, cholera, zostanę humanistą! Fakt, może trochę hiperbolizuję, ale sami wiecie jak wygląda sytuacja, prawda?

I w tym miejscu znów wracamy do tematu matury. W tym roku wreszcie przywrócono obowiązkowy egzamin z matematyki dla wszystkich zdających. Nie ukrywam, że to jedno z najlepszych posunięć Ministerstwa od wielu, wielu lat, a jakby lepiej się przyjrzeć, może i najlepsze. No i mamy wielki płacz, lament, zgrzytanie zębów, bo tysiące humanistów boi się o swoją przyszłość. Ludzie, do cholery! Przecież matematyka jest podstawą wszystkiego w dzisiejszym świecie i nie macie szans bez jej znajomości przetrwać. Tutaj mógłbym napisać i ze dwa akapity na ten temat, ale kto to przeczyta? Piąty maja, dzień matury, setki tysięcy maturzystów z przerażeniem spogląda na swoje arkusze, po czym… Okazuje się, że Ministerstwo przygotowało dobry dowcip.

Mnie matura podstawowa (którą i tak muszę zdać) zajęła niecałe pół godziny, gdzie zrobiłem wszystkie zadania z tematów, które braliśmy do tej pory w szkole. Przy drugim zadaniu rozpłakałem się ze śmiechu, żeby po chwili znaleźć czas na smutną refleksję. Jeżeli czegoś takiego wymagają na maturze, jaki ona reprezentuje poziom? Mówi się, że zrobili takie proste zadania, by każdy zdał, a ja się pytam dlaczego? Przecież nie każdy musi mieć maturę, cholera. Jeżeli w założeniach każdy ma ją zdać, jaki jest sens jej istnienia? To tylko marnotrawienie czasu, sił, środków i pieniędzy. Ech, naprawdę zawiodłem się na tegorocznej maturze, po prostu jest mi przykro. A jeszcze gorsze jest to, że są ludzie, którzy jej nie zdają, a to już jest nie lada wyczyn. Skoro nie chcecie obowiązkowej matematyki, po co w ogóle szliśmy do liceum ogólnokształcącego, hę? Do zobaczenie po drugiej stronie, o!

Witamy na lekcji religii

Siedzę bezczynnie w domu, dumając nad milionem przeróżnych spraw, przeglądając Twittera i zasłuchując się w McCrearym… i uznałem, że muszę coś napisać. Nadarza się okazja, mam mnóstwo wolnego i właściwie niespożytkowanego czasu, a poza tym, pozwoli mi to się trochę odprężyć i zapomnieć o innych troskach. Wziąłem się zatem do przeglądania starych artykułów w poszukiwaniu motywacji i znalazłem opisujący mnie Dzień z życia, gdzie oprócz miliarda poruszanych spraw, wspominam o bezsensie instytucji lekcji religii w polskich szkołach. A skoro tematy okołoreligijne zawsze są mile widziane, a ja się tym samym odstresuję, postanowiłem się rozpisać właśnie na ten ciekawy (a jakże inaczej?) temat. Może na początek powiem, że sam na lekcje religii uczęszczam od zawsze i jakoś nigdy mi to nie przeszkadzało, ale od jakiegoś czasu mam pewne obiekcje nawet nie dotyczące programu czy sposobu prowadzenia lekcji, co do samej idei. O, i zaczyna się robić ciekawie!

W klasie matematyczno-informatyczno-fizycznej, do której mam przyjemność uczęszczać, program przewiduje w drugiej klasie licealnej dwie godziny rozszerzonej fizyki (z zasadzie trzy, ale dwie są połową klasy), dwie informatyki i dwie religie. Można by rzec, że to trochę dziwne, ale brnijmy dalej w te paradoksy. W trzeciej klasie odpadają nam wszystkie (a przynajmniej większość) przedmiotów niezwiązanych z wybranym przez nas profilem, wobec czego zostaniemy jedynie w językiem polskim i angielskim, matematyką, informatyką, fizyką… wychowaniem fizycznym i właśnie religią (jak to mawiają: coś dla ciała i coś dla ducha). Prawda, liczba godzin przedmiotów ścisłych skoczy nam diametralnie, nawet dwukrotnie w niektórych przypadkach, ale sam fakt z obecności religii pozostawia pewien… niesmak? No, kurczę, będzie to klasa maturalna, więc powinniśmy się skupić na tym, co naprawdę jest dla nas ważne, a nie wydziwiać z wliczającą się do średniej katechezą. To jest właśnie chore w tym wszystkim: zajęcia te powinny być nieobowiązkowe, nie powinno być na nich ocen i nie powinny wymagać od ucznia niczego więcej niż chwili refleksji. Dzisiaj każdy jest z góry zapisywany na religię i ewentualnie może się z niej wypisać, a ja się pytam: dlaczego? Czy nie powinno być przypadkiem na odwrót? Jeżeli czuję potrzeby chodzenia na zajęcia – zapisuję się i chodzę. Gdy ksiądz czy katecheta rozumie system to pół biedy; gorzej, gdy wmówi sobie, że jego przedmiot jest najważniejszy i wymaga od uczniów niestworzonych rzeczy, zniechęcając ich tym samym do lekcji, wiary, a nawet Boga. Ile osób u nas w klasie się już wypisało z powodu prowadzącego lekcje? Sporo, i to jest właśnie smutne.

Nie jestem zwolennikiem usunięcia religii z programu, co to, to nie. Jestem człowiekiem wierzącym i chciałbym czasami porozmawiać o swojej wierze, ale… No właśnie, zawsze musi być to cholerne ale. Zdążyłem już zauważyć, że prowadzący lekcje są – co tu ukrywać? – po prostu nawiedzeni, zaślepieni przez ortodoksję i nie przyjmujący żadnych argumentów czy prawd; dyskusja z takimi ludźmi to prawdziwa udręka, ale muszę przyznać, że lubię się w nią włączyć. Poprawia mi to humor, ot co. Gorzej, gdy ów katecheta popełnia karygodne błędy merytoryczne lub teologiczne (a zdarzają się i tacy!), po czym wymaga powtarzania ich i nie przyjmuje do wiadomości informacji o swojej pomyłce. I tutaj właśnie leży pogrzebany pies: gdy uczymy się o faktach, nie ma sprawy. Gorzej jest z dogmatami, szczególnie, że sporo osób, a w tym ja, po prostu się z nimi nie zgadza, a z całą pewnością nie będę powtarzał czegoś, co jest sprzeczne z moimi wartościami lub wierzeniami. A sam fakt, że dostajemy za to wszystko oceny jest po prostu żałosny. To może lepiej od razu nam zrobić testy na naszą pobożność, stawiać jedynki za grzechy i oceniać naszą wiarę? Rozumiem, że jakoś trzeba uczniów motywować, ale ocenami?

Co mogłoby być dobrą alternatywą? To, co powtarzam zawsze, gdy tylko zejdę na ten temat: religioznawstwo. Nawet obowiązkowy (pal sześć) przedmiot, gdzie świecki nauczyciel uczyłby o wszelakich religiach świata. Taka lekcji tolerancji, nawet wyglądająca jak wiedza o kulturze czy podstawy przedsiębiorczości w wymiarze jednej lub dwóch godzin na cały cykl edukacyjny. Nie kłócilibyśmy się o metafizyczne idiotyzmy, młodzi ludzie zyskaliby jakąś świadomość wszechrzeczy, a do kościoła przecież zawsze można pójść po szkole – drzwi otwarte są tam zawsze, a księża nie odmówią rozmowy w trudnej sytuacji. Ale żeby to zmienić, musielibyśmy zmienić wpierw rząd, najlepiej na lewicowy, który nie boi się kościelnej oligarchii i zakonu Ojca Dyrektora z Torunia. Ale zanim do tego dojdzie, minie kilka ładnych lat… So say we all!

Widmo gimnazjum

Gdybyśmy zapytali greckiego obywatela sprzed dwóch i pół tysiąca lat czy pójdzie z nami do gimnazjum, ten z chęcią założyłby sportową togę i wszedłby do siłowni (gr. gymnásion oznacza miejsce służące gimnastyce^). Dzisiejsze gimnazjum, czyli edukacyjna placówka przejściowa między szkołą podstawową a szkołą średnią, powstało na mocy reformy szkolnictwa z 1999 roku i jest, moim skromnym zdaniem, największą porażką polskiej edukacji i polityki Ministerstwa Edukacji Narodowej, które jako uczeń liceum serdecznie pozdrawiam. Rzecz jasna, dzisiejsze gimnazjum nie ma nic wspólnego ze starogrecką siłownią – ku ścisłości. Tak się złożyło, że mimowolnie jestem uczestnikiem programu edukacyjnego 6-3-2/3/4 (sześć lat podstawówki, trzy lata gimnazjum i zawodówka/LO/technikum), który zastąpił komunistyczny system 8-3/4/5. Maturę piszę za rok, kończąc tym samym obowiązkową edukację do 18 roku życia, więc mogę z ręką na sercu powiedzieć, że zdecydowanie wolałbym kształcić się w wyżej wspomnianym systemie 8-3/4/5.

Dlaczego? Pierwszą i najważniejszą dla mnie rzeczą jest samoświadomość polskich gimnazjalistów. Tak, wiem, sam byłem owym gimnazjalistą, więc wspominam o tym, czego sam uświadczyłem i nie chcę nikogo obrazić; za uogólnienia z góry przepraszam. Przeciętny gówniarz kończy szkołę podstawową i idzie do gimnazjum z rejonu – edukacja jest obowiązkowa na tym etapie życia, więc szkoła, chcąc, nie chcąc, musi go przyjąć, nawet gdy będzie miał średnią dwa koma jeden i 3/40 punktów na egzaminie. Mamy losowanie, prawie jak w Dużym Lotku, w którym niczego nieświadomi absolwenci podstawówek trafiają do rożnych klas, zazwyczaj nie mając wpływu na to, gdzie się dostaną. W taki oto sposób powstają klasy, w których występuje zrównoważony odsetek uczniów o zróżnicowanym poziomie wiedzy. Nie muszę chyba mówić, że jest to paskudne rozwiązanie: dzieci mają na siebie zły wpływ, brakuje zdrowej konkurencji wśród dobrych uczniów, kiełkuje przemoc, nietolerancja i wszystko to, czego dzieciaki nie powinny uświadczyć w tym wieku. Niektóre szkoły wychodzą temu naprzeciw i robią klasy profilowane (rozszerzony język, sportowa…), czego konsekwencją zawsze jest klasa, gdzie trafią najgorsi uczniowie, średnia ocen oscyluje tam w granicach dwa koma pięć, a testy wypadają około dwudziestu punktów na sto. Oczywiście nic nie rodzi się samo z siebie, a przecież to nie placówka powoduje to wszystko. Gówniarzeria wychodząca z podstawówki (13 lat) wbija sobie do główek przeświadczenie o własnej dorosłości związane z przejściem do innej szkoły. Skończyłem podstawówkę – jak to dumnie dla nich brzmi. A skoro są już dorośli, mogą swobodnie przeklinać, używać przemocy, sięgają po piwo, a później wódkę, fajki i dragi.

Nawet nie wiem jak dziękować Bogu za to, że mnie uchronił przed tym wszystkim. Oczywiście chodziłem do gimnazjum (Gimnazjum nr 1 przy Zespole Szkół Ogólnokształcących nr 2 imienia Jana Pawła II w Legnicy), ale nigdy nie czułem potrzeby dostosowania się do środowiska i nie skończyłem jak poniektórzy. Nie czułem się jako dorosły, przynajmniej nie tak jak moi rówieśnicy, chociaż nie ukrywam, że miałem niejasną samoświadomość tego, że jestem od nich dojrzalszy psychicznie: nie musiałem pić alkoholu dla szpanu, nie chodziłem palić za szkołę, nie chodziłem z każdą dziewczyną z mojej klasy. Nie mówię, że każdy przez to przechodzi, ale szkoła gimnazjalna z reguły degeneruje ludzi, niszczy w nich to, co najlepsze. Gdybym był dwa lata więcej w podstawówce i rok więcej w liceum, myślę, że lepiej bym na tym wyszedł – intelektualnie, psychicznie i moralnie.

Jak ostatnio wspominałem, programy edukacyjne kilku przedmiotów nie są dostosowane do dzisiejszych realiów – zatrzymały się przy systemie 8-3/4/5. Niepotrzebnie uczymy się tego samego po trzy razy (historia, języki obce, przedmioty przyrodnicze), kilkakrotnie czytamy te same lektury (mitologia grecka, Kamizelka czy Pan Tadeusz) i wciąż doświadczamy niekompatybilności międzyszkolnej, bo w przykładowej Dwójce nie przerobiono tego, co było w Siódemce. Gimnazjum głównie powtarza to, co było w podstawówce, chociaż wprowadza kilka znacznych zmian, między innymi rozbicie przyrody na chemię, fizykę, biologię i geografię. Od tego roku jest także obowiązkowy drugi nowożytny język obcy, co w zasadzie jest dobrą rzeczą, chociaż z doświadczenia wiem, że szkoła nikogo nie nauczyła języka. Młodzież jest zbuntowana, nie chce się uczyć, a nauczyciele czasami wręcz się boją przychodzić na lekcje. Gdybym miałbym być nauczycielem (pozdrowienia dla Seva!), w życiu nie chciałbym nauczać w gimnazjum. A gdybym miał wybrać czy chcę się kształcić w systemie 6-3-2/3/4 czy też 8-3/4/5, bez wahania wybrałbym ten drugi. So say we all!