Jedno życie, drugie, trzecie…

Wczoraj rozpoczął się Wielki Post – dla informatyków okres niewybrednych żartów (skoro przed Wielkanocą jest POST, to czy przed Bożym Narodzeniem jest GET?), dla większości ludzi na świecie najzwyklejsze dni w roku, a dla rzymskich katolików, w domyśle i mnie, czas oczekiwania na śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa oraz głęboka refleksja nad życiem, śmiercią, miłością i całą resztą trudnych zagadnień. Już kilkakrotnie dywagowałem tutaj na pierwszy z powyższych tematów, ostatniego nie zamierzam w ogóle poruszać, ale zawsze można dłużej zastanowić się nad śmiercią, bo trzeba przyznać, iż to materiał bardzo dobry na rozważania. Już jakiś czas mnie gryzie tematyka kary śmierci, a, że ostatnio lubicie trudne tematy, postanowiłem wyrazić moją opinię. No, zatem zaczynajmy.

Jak mogliście zauważyć przy moim poprzednim wpisie, jestem zdeklarowanym i zatwardziałym liberałem z lewicowymi odchyłami, co przekłada się na moje przekonania i czyny, jednak nic nie jest nigdy jednokolorowe, więc jakaś część mnie przejawia konserwatywne poglądy, które nawet mnie czasami przerażają (uf, długie zdanie). Tak właśnie jest z moim stosunkiem do kary śmierci, bo w zasadzie powinienem się jej sprzeciwiać, ale w jakiś przewrotny sposób jestem jej zwolennikiem. Tak, widzę już te komentarze (a raczej chciałbym je widzieć), gdzie wypominacie mi, że kara śmierci nie jest żadnym rozwiązaniem, że jest nieodwracalna, co jest złe w przypadku pomyłki systemu sądowniczego, i w końcu, że jest sprzeczna ze wszystkim, w co wierzymy. Tak, zdaję sobie z tego wszystkiego sprawę, ale mimo wszystko myślę, że czasami nie ma innej alternatywy. Weźmy dla przykładu sprawę z zeszłego tygodnia, gdzie siedemnastoletni gówniarz zabił policjanta w warszawskim tramwaju. Morderca, bo inaczej w miejscu publicznym nazwać go nie możemy, pójdzie teraz za kraty, gdzie zostanie poddany tak zwanemu procesowi resocjalizacji. I, powiedzcie mi, proszę, co to da? Za kilka lat wyjdzie na wolność za dobre sprawowanie, po czym znowu kogoś zabije; już abstrahuję od faktu, że za zamordowanie funkcjonariusza państwowego, nieważne czy na służbie czy po, każdy powinien otrzymywać dożywocie… albo tytułową karę śmierci.

Oko za oko, ząb za ząb – kłania się kodeks Hammurabiego. Wiem, że był on nieco zbyt restrykcyjny, szczególnie w odniesieniu do naszych cywilizowanych czasów, ale przewidywał karę śmierci jako odpowiedź na morderstwo. Bo jakże inaczej można ukarać człowieka, który dopuścił się najbardziej karygodnej zbrodni? Nawet dożywotnie więzienie nie będzie jakąś wybitną męczarnią, a na dodatek to ja będę musiał owego mordercę opłacać z własnych pieniędzy. Nie, dziękuję. Dlaczego nie można by odpłacić mu pięknym za nadobne i ukrócić i jego żywot? Przecież można to zrobić humanitarnie, zastrzykiem z szybko działającą trucizną, ewentualnie na krześle elektrycznym, jeżeli takowy sposób byłby możliwy. A co jeśli okaże się, że jednak był niewinny? Nie wiem czy za niewinną można uznać osobę, która w publicznym miejscu, na oczach tuzina ludzi zadźgała bezbronnego policjanta; nie mówię przecież o zlikwidowaniu więzień i poddawania wszystkich karze śmierci. Przecież to nie jest też odpowiedź na wszystko, a tym bardziej realnie odpowiednią karą.

W gruncie rzeczy, wprowadzenie kary śmierci do Polski wiele by nie zmieniło. Abstrahując od tego, że zerwalibyśmy z milion umów międzynarodowych, nasze rodzime sądy nie chciałyby skazywać winnych na ten rodzaj kary. Fakt, zawsze znalazłby się jakiś porywczy sędzia, ale… to nie na nasze realia. Może to i brutalne, ale czyż nasz świat nie jest właśnie taki? Kończę, bo niestety muszę jeszcze załatwić kilka spraw, więc na koniec chciałem tylko pozdrowić Karola (wszystkiego najlepszego!) i tradycyjnie krzyknąć so say we all!

Kopalnia odkrywkowa

Siedzę przed monitorem, pod ręką mam klawiaturę i myszkę, obok paczkę żelek, a na uszach słuchawki z Bearem McCrearym i Michaelem Giacchino, ale nie mam zielonego pojęcia, co napisać. W podręcznym schowku WordPressa mam już sześć szkiców przeróżnych artykułów, między innymi o Gwiezdnych wojnach, katolicyzmie, częstotliwości ogłaszania żałoby narodowej, filmach fantastyczno-naukowych, a nawet o klockach lego, jednak, znając mnie, nigdy nie ujrzą one światła dziennego z powodu mojego wypalenia. Niby mam mnóstwo czasu, bo ani się nie uczę, nie mam zajęć pozaszkolnych czy korków, ale nic mi się nie chce. Gdzieś tam czytam o celibacie na lekcję religii, przygotowuję sobie prelekcję na Inne Sfery czy spotykam się ze znajomymi, ale brak czegoś konkretnego mnie dobija; jestem we wczesnym stadium grypy, ergo jestem na wszystko zły, czego konsekwencją może być chaotyczność poniższego tekstu, za co z góry przepraszam. Ale przejdźmy do rzeczy…

Ktoś wpadł na pomysł, by zwiększyć bezpieczeństwo energetyczne naszego kraju i całkowicie uniezależnić się od innych państw (czyt. Rosji), a co jest najlepszym wyjściem? Farma elektrowni wiatrowych pod Legnicą? Reaktor atomowy w Legnickim Polu? A może inne alternatywne źródło energii? Nie, w czyjejś głowie zrodziła się iście wspaniała myśl, by stworzyć kopalnię odkrywkową, która powstanie na terenie zagłębia legnicko-lubińskiego. Gdybym mieszkał na jakiejś Suwalszczyźnie – pewnie bym nawet przyklasnął, bo co mnie obchodzą ludzie na drugim krańcu Polski? Ale tak się składa, że mieszkam w tej nieszczęsnej Legnicy (notabene bardzo lubię to miasto i nie chcę się z nim rozstawać w taki sposób) i wychodzi na to, że w przeciągu kilku następnych lat miejsce to zmieni się nie do poznania. Rzucę trzema linkami, jednym stricte encyklopedycznym, drugim, który przekierowuje na akcję Stop Odkrywce oraz trzecim, który przenosi na blog mojego znajomego, Mateusza Góraka, z czego do dwóch ostatnich się zaraz odniosę: #1, #2 i #3.

Mapa planowanej odkrywki

Cóż, można powiedzieć, że to presja tłumu czy podążanie za owczym pędem, ale również jestem za akcją Stop Odkrywce (chociaż nie tyle za samą akcją, co za ideą). Powiem prosto i wyraźnie: nie chcę mieć brudnej, śmierdzącej i zasyfionej Legnicy. Ci wszyscy projektanci i inżynierowie mogą sobie mówić, że to nowoczesna inwestycja, która nie zniszczy środowiska, ale zapominają o jednej rzeczy: podstawą egzystencji takowej kopalni jest destrukcja naturalnego ekosystemu. Poza tym jestem stuprocentowym przeciwnikiem wszelkiego rodzaju wysiedlania mieszkańców, do którego ma dojść w najbliższej przyszłości. Tak się po prostu nie robi, to nie fair wobec wszystkich tych ludzi. A odnośnie bloga pana Góraka: to smutne, że tak patrzysz na to przedsięwzięcie, bo świat – mimo wszystko – nie kręci się tylko wokół pieniędzy. Czy uważasz, że powinno się wyrzucać ludzi z ich własnych domów, by zbudować molocha, który zrujnuje całe dolnośląskie środowisko, z którym i tak już nie jest najlepiej? Miejsca pracy? Wolałbym zdecydowanie budowę elektrowni atomowej, ale jestem świadom tego, że większość ludzi nie poprze i tej inicjatywy, ale o tym już kiedyś pisałem.

Powoli przekonuję się także do proekologicznej postawy Unii Europejskiej, która najprawdopodobniej będzie czynnikiem hamującym budowę kopalni. Polska, już w tym momencie, przekracza swój limit wydzielania CO2, a wierzcie mi, że taka odkrywka wcale nie zmniejsza wydobycia dwutlenku węgla. Skoro udało się powstrzymać słynną w całym świecie budowę drogi przez Dolinę Rospudy (tutaj akurat się nie zgadzam ze stanowiskiem UE), to tym bardziej polscy inżynierowie otrzymają zakaz budowy tejże kopalni. W tym momencie wszyscy mieszkańcy wsi, które znajdują się na planowanym terenie budowy, strajkują i pikietują, jakby to miało w czymkolwiek pomóc, ale podobno ma odbyć się referendum. Cóż, chyba każdy domyśli się jaki będzie jego wynik?

Żarówka żarówce nie równa

Zgodnie z unijną dyrektywą, żarówki tradycyjne mają być całkowicie wycofane z rynku do 2016 roku. Proces jest podzielony na kilka etapów. Już z początkiem roku szkolnego 2009 roku, we wszystkich krajach UE wycofane zostaną żarówki 100-watowe i te o większej mocy oraz wszystkie żarówki matowe (tak zwane mleczne). W przyszłym roku znikną ze sklepów żarówki 75-watowe, w 2011 roku 60-watowe, zaś 1 września 2012 roku – żarówki 40- i 25 watowe. (źródło)

Standardowa żarówka

Unia Europejska czasami mnie przeraża. Jestem globalistą, popieram organizacje międzypaństwowe, ale to, co niekiedy się odstawia, zdecydowanie mi się nie podoba. A jedną z takich rzeczy z pewnością jest wycofanie z rynku standardowych, tradycyjnych żarówek na rzecz pochodnych oraz całkowity zakaz ich sprzedaży wprowadzany malutkimi krokami. Rys historyczny: Joseph Wilson Swan patentuje w Anglii pierwszą żarówkę w 1878 roku; rok później patent amerykański otrzymuje Thomas Edison (notabene większość ludzi jemu właśnie przypisuje ten wynalazek). W ciągu następnych stu lat żarówka pojawia się w każdym domu w cywilizowanej części świata, stając się nieodłącznym elementem domowego ogniska. No, ale przecież Unia zatrudnia hordy tak zwanych naukowców, którzy lepiej od nas wiedzą, co jest dla nas dobre. Jeden z drugim najwyraźniej się umówili z koncernami produkującymi świetlówki czy inne badziewie, czego konsekwencje będziemy wkrótce ponosić my wszyscy, gdyż jesteśmy zmuszeni zrezygnować z tradycyjnego oświetlenia. To tak, jakby zakazać nam rozpalania ognia!

Osobiście używam w większej części domu żarówek standardowych, chociaż przy łóżku mam lampę halogenową, w kuchni frakkin’ kompaktowe lampy fluorescencyjne (tzw. żarówki energooszczędne), a na antresoli – w ramach eksperymentu – żarówki LED. I muszę przyznać, że jedynie pierwsze dwie mi odpowiadają, bo zarówno kompakty, jak i LED, są nie do wytrzymania. Jeżeli macie nieszczęście używać tych źródeł świata to wiecie jaki to ból, jeżeli nie – wkrótce się przekonacie. Maja one słabe światło, które drażni oczy, poza tym jest zimne, a otaczająca żarówkę aura przypomina atmosferę szpitala. Aż przechodzą dreszcze, gdy na to patrzysz. No i jeszcze zapomniałbym o fakcie, że tysiąclumenowa żarówka diodowa kosztuje podobno, bagatela, prawie dwieście złotych. Denerwujący jest też wydłużony czas oczekiwania na samo włączenie światła oraz zalecenia, by szybko go nie wyłączać. Śmiem twierdzić, że ani kompakty, ani LED nie przyjmą się w polskich kuchniach czy łazienkach, bo są najzwyczajniej w świecie niepraktyczne. A kto używa niepraktycznych rzeczy?

Tutaj może – i powinno – pojawić się pytanie po co w ogóle zmieniać żarówki? Oficjalny powód, a raczej przykrywka, to wciąż powracająca sprawa ochrony środowiska i wszechobecna ekologia. Ileż można? Ja rozumiem, że można bronić lasów, wieszać się na drzewach i te sprawy, ale trzeba mieć umiar. Unia Europejska chce być na topie i zabrania używania tych złych żarówek, bo one pobierają tak strasznie dużo energii, tak? Dla jest to jedna wielka machinacja, działania jakiegoś potężnego lobby, a znając życie – pewnie masonów, Żydów, Cylonów lub satanistów (albo i wszystkich naraz!), którzy chcą opanować świat poprzez kompakty. Ludzie, opamiętajcie się! Nie sądzę, aby ludzie się dostosowali szybko do dyrektyw unijnych; prędzej rozwinie się czarny rynek żarówek (jak to dumnie brzmi!), gdzie będzie można kupić po kryjomu popularną stuwatówkę, dyskretnie zamienić spojrzenia, schować pod płaszcz, by wyciągnąć ją w domu i cieszyć się ciepłym, jasnym światłem. So say we all!