Po co to wszystko?

Nie, nie będę dziś smęcił w miejscu publicznym jakim jest ten blog o moich prywatnych problemach osobistych, co można wywnioskować z tytułu. Fakt, mam zły dzień, już któryś dzień z kolei, ale nie widzę potrzeby dzielić się tym z wami wszystkimi, wybaczcie; kto ma wiedzieć, ten i tak wie. Jak już pewnie zauważyliście, Dziennik pokładowy dorobił się nowej skórki, tym razem jest to zmodyfikowana wpBurn Blue, którą pieszczotliwie przezwałem Capricą (poprzednia była Coruscantem), a która będzie na dniach poddawana kolejnym drobnych przeróbkom, by jak najlepiej i najdłużej służyć temu blogowi. A o czymże dzisiaj będę prawił? Zostawmy ponurą tematykę jakiej się ostatnio trzymam, odpocznijmy od trudnych tematów społeczno-religijnych i przejdźmy do czegoś luźniejszego, co mi poprawi humor. I w tym miejscu wracamy do tytułowego pytania i odpowiadamy na nie w kontekście blogowania. Po co to wszystko piszę, hm?

Ludzie piszą blogi – fakt. Każdy ma swój własny powód, jawny lub skryty, ale trzeba przyznać, że blogosfera wciąż się rozrasta, co mnie osobiście bardzo cieszy, gdyż mam co przeglądać w nudne, samotne wieczory. Swego czasu, w mojej klasie zapanowała moda na bloga (Adam, Artur, dwóch Patryków), przez co WordPress odnotował spory wzrost liczby zakładanych kont z II LO w ciągu tygodnia, ale w miarę upływu czasu, entuzjazm opadł i do tej pory jako-tako utrzymał się chyba tylko blog Artura. Fandom również jet nowoczesny, bo i tutaj coraz więcej osób bierze się do pisania czegoś sensownego. Co mnie cieszy? Ano, fakt, iż blog nie wygląda w polskiej wyobrażeniu tak jak kilka lat wcześniej. Gdy pierwsza wersja Dziennika pokładowego powstawała w czerwcu 2007, wręcz wstydziłem się powiedzieć, że piszę bloga – wtedy równało się to dziecinadzie i różowym fotoblogom (nie żebym przeciw nim coś miał), które zdominowały ówczesnych internet. Dzisiaj również mamy blogośmieci (spójrzmy na laureatów konkursu Blog Roku), to nieuniknione przy mentalności polskich nastolatków, ale przynajmniej dziś nikt nie wstydzi się powiedzieć o blogowaniu – czasami jest to wręcz powód do dumy. Nikogo nie dziwi polityk, znany z telewizji dziennikarz, wykładowca z prestiżowej uczelni czy inna znana persona, która prowadzi prywatny dziennik, a kiedyś byłoby to nie do pomyślenia. Osobiście, wolę czytać blogi znajomych (chociaż wyjątkiem jest Bear McCreary), których liczba stale rośnie i nic nie wskazuje na to, by coś to zmieniło. No dobra, lubię czytać to całe tałatajstwo, ale po jaką cholerę sam piszę?

Jedną z moich najuciążliwszych wad jest to, że dużo mówię. Czasami nawet za dużo. Bierze się to być może z tego, że lubię, gdy ktoś mnie słucha, a internet jest doskonałą platformą do przekazywania informacji i nikt nie może temu zaprzeczyć. Lubię też wyrażać swoje poglądy na wiele tematów, chociażby po to, by usłyszeć opinię innych i móc w razie czego uciec się do ciekawej dyskusji na zdrowe argumenty. Dlatego też Wasze komentarze, moi drodzy, sprawiają mi niemałą przyjemność; może to z boku wyglądać jakbym chciał mieć jak najwyższą ich liczbę (zjawisko powszechnie znane jako zbieranie pokemonów), ale to nie o to chodzi. Satysfakcjonuje mnie rozwinięta dyskusja jaką można było zaobserwować przy tematyce homoseksualizmu, dzisiejszej edukacji, Kościoła czy też mojej abstynencji alkoholowej. Poza tym, każdy autor bloga wie, że liczba komentarzy jakoś poprawia humor; widzimy przez to, że ktoś to w ogóle czyta i ma jakieś zdanie na ten temat, że nie piszemy do ściany, że ma to jakiś sens. Lubię usiąść przed monitorem i poczytać jak wypowiadacie na zaprezentowany przeze mnie temat, bo przecież piszę to dla Was, prawda?

Faktycznie, samo pisanie również sprawia mi satysfakcję, ale nigdy nie robiłbym tego dla siebie. Po przez prowadzenie prywatnego bloga mógłbym sobie coś udowadniać, ale… Po co, czy miałoby to jakikolwiek głębszy sens? Czy i tak nie wystarczająco utrudniam sobie życie i poddaję samego siebie kolejnym próbom? Moi drodzy, poprzez Dziennik pokładowy możecie mnie lepiej poznać i zrozumieć (albo przynajmniej się starać zrozumieć), ale także zobaczyć, że nie jestem taki, na jakiego mogę wyglądać na pierwszy rzut oka. Żeby to jakoś ładnie zakończyć, powiem, że The Plan and Razor mnie nie zawiódł, Caprica mi się coraz bardziej podoba, psychicznie przygotowuję się na Pyrkon i Dni Fantastyki 2010, a także ogólnie jestem zadowolony z większości płaszczyzn mojego życia. Wkrótce wreszcie kupię tę domenę, by Dziennik lepiej wyglądał w sieci (planowany adres to aquenral.net – inne opinie mile widziane), skończę dopieszczać nową skórkę i zacznę Was zasypywać kolejnymi dywagacjami na wszelaki temat. Obyście to przetrwali i mieli zawsze chwilkę czasu na przeczytanie i skomentowanie kolejnego artykułu. So say we all!

Porażka roku

Jeśli jesteście stałymi czytelnikami moich dywagacji na wszelakie tematy, z pewnością zauważyliście prośbę o głosowanie na Dziennik pokładowy w onetowskim konkursie Blog Roku 2009, w którym miałem, a w zasadzie wciąż mam, wątpliwy zaszczyt uczestniczyć. Nie no, okej, idea jest dobra, bo warto promować świetnych bloggerów i ich dzieła, ale wykonanie pozostawia wiele do życzenia. Wczoraj zagadała do mnie, poprzez komunikator Gadu-Gadu, autorka bloga Szelest Stron, Ewelina Dziubińska, która startuje w mojej kategorii w owym konkursie. Doszliśmy razem do wniosku, że Blog Roku jest źle skonstruowany, że niektórzy ludzie nie rozumieją przesłania, że potrzebne byłyby zmiany. Tak, zmiany są bolesne i zawsze ciągną ze sobą koszta, ale niosą również możliwość ewolucji i widmo poprawienia dziedziny, której się tyczą. Ale dlaczego w ogóle narzekam?

Spójrzmy na pierwszą dziesiątkę blogów w kategorii Ja i moje życie, w której startuję. Pierwsze miejsce zajmuje blog nieuleczalnie chorej osoby, trzecie należy do matki (jeśli dobrze rozumiem) zmarłego dziecka, później znów się powtarzają motywy zmarłych i chorych. Zdaję sobie sprawę, że wyjdę teraz na bezwzględnego drania bez uczuć, ale muszę to publicznie napisać, bo korci mnie to od samego początku trwania owego konkursu. Powinna powstać osobna kategoria dla, nie bójmy się tego stwierdzić, sierot życiowych, których popularność blogów bazuje jedynie na współczuciu, bo nie przedstawiają one ze sobą żadnej wartości merytorycznej. Tak, zdaję sobie sprawę, że ludzie przechodzą swoje osobiste tragedie, muszą czasami przejść przez piekło i chcą się tym z innymi podzielić, ale… dlaczego to jest tak celebrowane przez internetową społeczność? Przykro mi, że ludzie cierpią, ale jaki jest sens opisywania tego wszystkiego? Przez takie oto pamiętniki, prawdziwe blogi przegrywają w niezdrowej rywalizacji pomiędzy ludzkim współczuciem a potrzebą zdobywania informacji. I nie chodzi mi wcale o to, że nie jestem już nawet w pierwszej dziesiątce (cóż, 30. miejsce też jest dobre), bo nie zależy mi już jakoś szczególnie na zwycięstwie, ale to jest, najzwyczajniej w świcie, nie fair, a ja nie lubię, gdy coś przeczy ogólnie przyjętym standardom.

W zeszłym roku zwyciężyła dziewczynka, która opisywała swoje życie po śmierci ojca. Spójrzmy: kiepska platforma do blogowania, paskudny wystrój, mnóstwo brzydkich reklam, zero gramatyki, składni, poprawności ortograficznej czy interpunkcyjnej. Ale jednak zwycięzca, czyli, jakby nie patrzeć, wzór do naśladowania. Gdyby wszystkie blogi wyglądały tak jak ten, już dawno przestałbym przeglądać lokalną blogosferę. No cóż, niestety, ale wygrywa ludzka słabość do ludzkiej słabości (tak, wiem jak to brzmi) i prawdziwy blog nie ma żadnych szans ze zmarłymi i nieuleczalnie chorymi, a ludzi zasługujących na palmę pierwszeństwa jest co nie miara. Ech, jest jednak tak jak jest i nic z tym nie zrobimy, chociaż bardzo ucieszyłbym się z kategorii dla połamańców, którą można by dyplomatycznie nazwać, chociażby, Problemy życiowe.

A skoro jesteśmy przy konkursach, dziękuję wszystkim dobrym duszom, które wysłały tego esemesa na mnie, dzięki czemu piastuję trzydzieste miejsce, o! Z dniem dzisiejszym startuję w kolejnym konkursie, miejmy nadzieję, że pozbawionym niezdrowej rywalizacji. So say we all!

Życie w internecie

Dlaczego używamy internetu? A może właściwe pytanie powinno zabrzmieć: po co używamy internetu? Ano, komunikujemy się z ludźmi i nawiązujemy nowe znajomości, odbieramy i wysyłamy pocztę elektroniczną, udzielamy się na portalach społecznościowych, przelewamy pieniądze, kupujemy przedmioty na aukcjach, ewentualnie łamiemy prawo, ściągając filmy i muzykę. Osobiście nie wyobrażam sobie życia bez dostępu do sieci, aczkolwiek uzależniony nie jestem (nawet robiłem test, o!), z czego bardzo się cieszę. Trzy tygodnie temu wspominałem o fenomenie portalu społecznościowego nasza-klasa.pl, jakże popularnego w polskiej społeczności internetowej, a dzisiaj chciałbym poruszyć temat ogólnego zachowania w Internecie, włączając w to netykietę oraz pojęcie anonimowości w sieci.

Standardowo, wpierw kilka zdań dotyczących mojego prywatnego życia i własnych obserwacji. Moja pierwsza zapisana obecność w internecie: 7 grudnia 2004 roku, czyli dzień, w którym zarejestrowałem się na Bastionie. Wcześniej z pewnością musiałem coś robić, ale nie było to raczej nic konstruktywnego ani tym bardziej mądrego. Pierwszą stronę internetową o Yuuzhan Vongach (niektórzy może jeszcze ją pamiętają) opublikowałem 3 kwietnia 2005; jakiś czas później powstało moje pierwsze forum (ach, ten serwis fora.pl. Bodajże do 2008 używałem tylko nicka Yun-Yuuzhan, po czym przechrzciłem się na Aquenrala. Dopiero od kilku miesięcy nauczyłem się bezproblemowo używać w internecie własnego imienia i nazwiska – zawsze mi się to źle kojarzyło, miałem jakieś obawy przed ujawnianiem publicznie prywatnych danych. Więc dlaczego zmieniałem zdanie? Po pierwsze: względy formalne, bo czasami po prostu trzeba podać wszystkie personalia. Po drugie: kwestia estetyki, bo o ileż ładniej (i profesjonalniej) wygląda nagłówek bloga z napisem Autor: Krzysztof Rewak zamiast nic niemówiącego Autor: Aquenral? Poza tym media, które tak bardzo ostrzegają przed zagrożeniami płynącymi z sieci, przewrażliwiły większą część społeczeństwa, która uważa, że internet jest siedliskiem pedofilów, zboczeńców i złodziei. Tak, zdaję sobie sprawę, że takie osoby istnieją (notabene nigdy nie miałem z nimi styczności), ale jaka to jest część internautów? Przypuszczam, że promile w skali całego polskiego społeczeństwa.

Nasza-klasa.pl przyspieszyła proces upubliczniania danych osobowych w sieci – fakt. Z jednej strony to dobrze (przynajmniej wiem jak nazywają się ludzie znani mi tylko z for tudzież fandomu), z drugiej jednak ludzie często popadają z pierwszej skrajności (przesadna ochrona nawet imienia) w inną i mówią o sobie wszystko, co tylko mogą. W taki oto sposób można poznać daty urodzenia, numery telefonów, adresy, a nawet numery PESEL, co zdecydowanie nie powinno pojawiać się w miejscach publicznych. Trzeba pamiętać o zasadzie ograniczonego zaufania, bo internet to nie tylko znajomi i ludzie o dobrych chęciach. Tak, trochę kłóci się to z powyższym akapitem, ale nikt nigdy nie mówił, żeby mówić o sobie wszystko, bo zawsze może znaleźć się ktoś, kto to źle wykorzysta. Pomyśl logicznie: co może Ci zaszkodzić podanie imienia i nazwiska w sieci? Teoretycznie (i czasami praktycznie, dzięki naszej-klasie) ktoś może najwyżej znaleźć Twoje konto na jakimś portalu społecznościowym i to wszystko. Jeśliś rozważny – nic stanie Ci się żadna fizyczna, psychiczna ani metafizyczna krzywda. Data urodzenia? Okej, czemu nie? Przecież miło jest dostać życzenia urodzinowe od internetowych znajomych. I jak może Ci to zaszkodzić? Trzeba zawsze ocenić sytuację i nie trwać w uporze: Nie, nie podam prawdziwego nazwiska, bo nie – to jest najwyżej śmieszne, a zaniża poziom Twojej wiarygodności w sieci. Ja witam każdego nieznajomego na Gadu-Gadu miłą, grzeczną i kulturalna formułką: Imię, nazwisko i sprawa; gdy nie odpowie, wyłączam rozmowę. Nie będę przecież rozmawiał ze strumieniem zero-jedynek – chcę wiedzieć, że po drugiej stronie jest żywy człowiek.

Internet to dziwne miejsce i trzeba pamiętać, że nigdy nie jest się tu anonimowym. Niepodawanie nazwiska i ukrywanie się pod nickiem mogło być popularne w latach 90. ubiegłego wieku, ale czy dziś ma jakikolwiek sens? Wiadomo – nick musi być, o wiele szybciej jest kontaktować się z innymi w taki właśnie sposób, szczególnie, że chociażby fandom składa się z setek osób, a imiona mają tendencją do powtarzania się. Anonimowość w sieci jest mitem, bo zawsze znamy twój adres IP, a odpowiednie służby mogą w mgnieniu oka zlokalizować Twój komputer, więc po co to wszystko? Nie spotkasz żadnego pedofila, prędzej trzynastoletnią idiotkę na Gadu-Gadu lub chłopaka, który szuka ludzi do formującego się fanklubu Gwiezdnych wojen. Używajmy internetu rozważnie i nie bójmy się podpisać.

Pozdrawiam, Krzysztof Rewak.
So say we all!