Dni Fantastyki 2010

Mój ostatni tydzień wyglądał zdecydowanie dziwnie, gdyż od wtorku do piątku spędzałem czas w szpitalu na kardiologii (spokojnie, nic mi nie jest), do niedzieli nie spałem nawet jednej minuty, bawiąc się na wrocławskich Dniach Fantastyki, by w końcu odespać te pięćdziesiąt sześć godzin na nogach szesnastogodzinnym snem. Jak minął konwent? Dni Fantastyki 2010, bo o nich będzie mowa przez cały ten sentymentalny wpis, odbyły się w dniach 25-27 czerwca bieżącego roku we wrocławskim CK Zamek w Leśnicy; oprócz tradycyjnych bloków programowych, w tym również gwiezdnowojennego, pojawił się blok fantastyczno-naukowy, który był głównym celem mojej wizyty ze strony prelekcyjnej… Aczkolwiek, tak naprawdę, najważniejszym priorytetem było samo spotkanie się z tymi wszystkimi ludźmi z całej Polski, by spędzić razem te kilka dni w niesamowitej atmosferze, za co czas gorąco podziękować.

Na samym początku chciałem gorąco podziękować Mateuszowi, z którym się widzę niestety dopiero trzeci raz w życiu, a z którym rozmawiam prawie codziennie. Mimo tego, iż nie spełniłeś obietnicy przyjścia po mnie na dworzec, wciąż pozostajesz moim fandomowym bratem i chcę żebyśmy spotykali się jak najczęściej… A nawet jeszcze częściej! Konkurs wiedzowy o Zagubionych był przedni, mimo niektórych dziwnych pytań i nieuznawania naszych odpowiedzi (od kiedy pilot helikoptera jest profesją naukową?) był świetnie spędzoną godziną, która zaowocowała zacnymi nagrodami (ach, ten piąty sezon na dvd) i na miejscu chciałem też znowu pogratulować wszystkim współzawodnikom oraz Hani z Wojtkiem, z którymi zajęliśmy trzecie miejsce. A skoro jesteśmy przy tym, podziękowania imienne lecą również do Patryka, który był drugą osobą odpowiedzialną za konkurs, a który wytrzymywał ze mną tyle czasu bez narzekania. No i przyszedł po mnie na dworzec, więc wielki plus dla całego Otwocka!

Amadeuszowi już kiedyś powiedziałem, że ożeniłbym się z nim, gdyby któreś z nas było kobietą i wciąż się trzymam tego stwierdzenia… No, chyba, że któremuś z nas wpadnie do głowy idiotyczny pomysł operacji, co raczej by mnie nieco odrzuciło… Uhm… Nieważne, zapomnijmy o tym. Bardzo było mi miło poznać Miszę, wielkie dzięki za ten cały spędzony razem czas, wspólne posiłki i wszystko inne, czego nie jestem w stanie wymienić, bo zabraknie mi miejsca w bazie danych na taką ilość informacji. Do zobaczenia za tydzień, kochany! Tymkowi też się oczywiście należy wielki, heteroseksualny buziak, bo również mnie gorąco przywitał na dworcu zwalającym z nóg uściskiem i karteczką Nie masz nuk, lol, a później dotrzymywał towarzystwa przez cały, długi, pięćdzisięciosześciogodzinny Dzień Fantastyki. Panowie, dzięki Wam Wielkopolska staje się jednym z moich ulubionych województw i chcę się w końcu wybrać na jakieś Wasze spotkanie!

Michał stał się bohaterem konwentu, więc chciałem złożyć hołd Hernánowi Cortésowi, trzykrotnemu wszechwładcy Chile, Urugwaju, Ekwadoru, Paragwaju, Argentyny i Peru, mając nadzieję na ponowne go spotkanie w przyszłości. Szkoda, że nie udało Ci się trafić na mój konkurs wiedzowy o Battlestarze, bo miałbyś szansę go wygrać, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo być może zwyciężysz w nim na następnym konwencie! Skaj zasłużył sobie jeszcze na dodatkowe podziękowanie i gorącego całusa za odwiedzenie mnie w szpitalu, kiedy to poprowadziliśmy naprawdę przyjemną rozmową na nerdowskie tematy. Ojciec Cortésa, Marcin, przybył z Mroźnej Północy i jestem nadzwyczaj usatysfakcjonowany zawarciem tej jakże ekscytującej znajomości z tak barwną osobą jaką jest polski odpowiednik doktora House’a. Żal wyciska z fok ostatnie łzy, że nie mogliśmy sobie zrobić wspólnego zdjęcia (zarówno chwalebnego Kantyna Teamu, jak i zespołu diagnostycznego), ale nadrobimy to w przyszłości, obiecuję.

Pierwszy raz dziękuję publicznie moim legniczanom, gdyż zawsze robiłem to na naszym prywatnym forum, jednak czas przełamać tę dziwną formę, więc Łukasz zaczyna nową tradycję. Bezsenność we Wrocławiu najwyraźniej nie jest tylko moim problemem, ale nawet ja nigdy nie miałem blackouta w łazience. Okazało się, że chłopak jest wybitnym nauczyciele pokory, kiedy to zbił litrową butelkę wódki truskawkowej innych legniczan, za co Wojtek chciał go wyrzucić z naszego fanklubu. Nie rozumiem do teraz ja można było zapomnieć imienia Daniela Graystone’a, ale jestem pewnie podziwu względem wygłoszonej przez Hanię prelekcji. Fizyka kwantowa jakoś mnie trochę rozbudziła w niedzielny poranek, profesjonalne wykonanie zachwyciło (od dzisiaj sam będę robił takie prezentacje!), więc jestem w stanie powiedzieć, że była to najlepsza prelekcja na jakiej byłem, o! No i bardzo przyjemnie było się tę plazmę krawkowo-gluonową, nie powiem, że nie. Wojtkowi, który siedział ze mną zdecydowaną większość konwentu, również gorąco dziękuję, a moim marzeniem jest by więcej takich ludzi jeździło z Legnicy na konwenty. Pełny profesjonalizm i zdrowe podejście, oto czego potrzebuje każdy fan!

Bardzo było miło mi w końcu poznać Paulinę, która według kantynowego drzewa genealogicznego jest moją córką. Cóż, być może to patologia, że widzimy się dopiero pierwszy raz w życiu, chociaż bardziej chore mogłoby się wydawać to, że jest ode mnie jedynie dwa lata młodsza, ale niczemu to nie przeszkadza. Cholernie się cieszę, że wyruszyłaś w świat, by spotykać się z resztą fandomu i fajnie się wśród nas zaaklimatyzowałaś, do zobaczenia na wakacjach! A skoro jesteśmy przy rodzinie, trzeba wspomnieć o Michale, któy jest adoptowanym bratem mojego szwagra po nieżyjącej już żonie. Jak będziesz studiował we Wrocławiu, pewnie będziemy się spotykać częściej, ale podziwiam Cię za to, że po konwencie miałeś jeszcze czas na koncert. Ja już bym dawno umarł.

Artykuł zaczyna się niepokojąco wydłużać, a ja w głowie jedynie skreślam nazwiska tych, którym jeszcze muszę napisać parę zdań. Na pewno muszę wspomnieć o Szymonie, który znalazł niesamowity bodziec do stanu błogości jakim było smyranie mojej klatki piersiowej. Świetnie było Cię znowu, spotkać i mam nadzieję, że niedługo znów się jakoś zobaczymy, stary. Przykro mi, że nie wziąłem tego Battlestara i przeproś ode mnie Sylwię, ale to wina polskiej służby zdrowia, o! Kto tu jeszcze był niesamowity? Ach, jakże mogłem zapomnieć o parze, bez której to wszystko byłoby niemożliwe? Iza i Karol umożliwiają nam spotkanie się, dobrą zabawę i świetne spędzenie czasu, gdyż czuwają nad organizacją i trzymają to wszystko w garści; nie wyobrażam sobie konwentu bez Was i nie chcę nawet na takowym kiedykolwiek być.

Radkowi (któremu nie chciało się wymyślać nicka) i Wojtkowi (Mand’alorowi, któremu nie okazuję szacunku, krzycząc Cześć, Wojtku!) podziękuję razem, wybaczcie, ale jakoś jesteście połączeni na stale w mojej podświadomości. Żałuję, że nie mogłem się zjawić na Waszym konkursie, gratuluję pierwszego miejsca, które robi z Was osoby mające największą wiedzę o Gwiezdnych wojnach w Polsce i chcę, żebyśmy spotykali się jak najczęściej, bo to wstyd, że średnio wypada nam jedno spotkanie na pół roku. Zostańmy na chwilę jeszcze przy Śląsku, bym mógł podziękować Tomkowi, z którym niby już się poznałem na zeszłorocznych DeeFach, ale nigdy nie mieliśmy okazji lepiej się poznać poza Kantyną. Obściskiwanie na powitanie gęsto owłosionego olbrzyma z maczugą nigdy nie było jakoś moim priorytetem życiowym, tak samo jak rysowanie serduszek na jego plecach i obserwowanie jak hasa po szkolnych korytarzach w samej bieliźnie, ale poznanie tak ciekawej osoby, która trzyma się swego zdania do końca i nikogo nie udaje, by zdobyć znajomych jest wystarczającą rekompensatą za ekscentryczne zachowania.

Kasiu i Miśku, cieszę się, że chociaż z Wami widuję się stosunkowo często, jednak każde kolejne spotkanie jest dla mnie balsamem dla duszy, hihi. Tak się składa, że cholernie Was lubię i smucę się nad tym, że Kasia mieszka ponad dwieście klików stąd… Chociaż, z drugiej strony, daje jej to rzadsze okazje nazywania mnie zdrobniałymi nazwami owoców i narzekaniem, że się nie ogoliłem. A na poważnie, wielki buziak jeszcze się należy za wizytę w szpitalu (dwukrotną!) i perspektywę przyszłych spotkań. Następni w kolejce do publicznego podziękowania będą Bartek z Kubą, którzy są również podstawą dobrego konwentu, a także Maciek, Aleksander i reszta wrocławskiego fanklubu.

Wybaczcie mi już za zbiorowe podziękowania, ale przeraża mnie ilość tekstu powyżej. Tak więc, buziaki do Legnicy, skąd przyjechali (oprócz powyższych) Daniel, Kacper, Tomek i Wojtek. Nie mogę pominąć Wałbrzycha, który wysłał jedynie dwuosobową ekipę, jednak udało mi się miło pogadać z Arkiem; Częstochowa również nie popisała się wielką delegacją, ale jestem zaszczycony, gdyż mogłem spotkać się z Dawidem. Super było zobaczyć wszystkich ze Śląska (Daria, Mikołaj, Dawid, Marzena z Pawłem oraz wszyscy inni) ze szczególnym wyróżnieniem dla Bartka, który użył swoich magicznych zdolności, aby moja wuwuzela zniknęła na prawie cały czas trwania konwentu oraz dla Samuela, z którym się nie pożegnałem, bo jestem zwykłym huncwotem. Wielkopolska też była niczego sobie, więc po buziaku dla Jana, Łukasza, Mateusza i całej reszty wesołej ekipy, gdzie muszę wyszczególnić Bartka, który odwalił kawał dobrej roboty, relacjonując cały konwent na żywo przez Twittera. Kraków też ładnie dopisał i ślę gorące pozdrowienia dla Marcina, mając nadzieję, że wkrótce do Was wpadnę. Nie mogę oczywiście zapomnieć o Pawle, Adamie, Marcie z Radkiem i każdej jednej duszyczce, które przewinęły się przez leśnicki Zamek, a o których zapomniałem tutaj wspomnieć.

Uff, mam nadzieję, że nikt nie poczuje się urażony, jeśli nie pojawił się na powyższej liście, ale pamięć ludzka jest zwyczajnie zawodna i mogłem najnormalniej w świecie o kim zapomnieć, jednak nie myślcie, że nie lubię Was i nie będę dziękował za wspólnie spędzony czas. Przykro mi, że nie wszyscy, którzy mieli jechać, przyjechali, tyczy się to szczególnie delegacji legnickiej, szkoda mi też tych, którzy z góry zapowiadali, że się nie pojawią (Kraków, Goleniów), a wielki buziak należy się dla wyżej wymienionego Raya, który pojawił się mimo wcześniej rezygnacji na forum Bastionu. Poza tym wspaniałą robotę odwalił Urthona, fotografując wszystkich przez całe trzy dni, zapisując tym samym wszystko w historii, którą raczej nie będziemy dzielili się z naszymi dziećmi.

Konwenty zaliczam do dni, które są jednymi z najlepszych w moim życiu. Na ten wynik składa się wiele czynników, a są to prelekcje, budowa programu, organizacja, baza noclegowa i jej wyposażenie, ale na pierwszym miejscu stawiam ludzi, którzy są podstawą każdego konwentu i dla którym jedzie się czasami taki kawał drogi, by tylko się spotkać i pośmiać we wspólnym towarzystwie. Zwykła osoba spotkana na ulicy nie zrozumie więzi jaka łączy wszystkich przez te trzy dni, być może nas wyśmieje, możliwe, że popuka się jedynie w czoło, ale z pewnością nie pomyśli, że to może by wspaniałe. Jesteśmy przecież tylko bandą fanatyków, a na dodatek widzimy się maksymalnie dwa razy w roku, więc jak mogą wyglądać relacje między takimi ludźmi? Przecież to chore, głupie i dziecinne… Całe szczęście, że oprócz takich osób są jeszcze świetni ludzie, którzy jeżdżą na konwenty, a gdyby fani byliby szerzej rozwiniętą grupą społeczną, tworzyliby najlepszą z najlepszych.

Żeby to zrozumieć, wystarczy zjawić się w takim miejscu i poczuć magię konwentu. Zawiążą się znajomości, które być może dotrwają do końca żywota, ktoś być może spotka swoją przyszłą ukochaną, a kto inny podbije Chile – gdzie indziej można tego doświadczyć? Widzę na przykładzie swoich znajomych i rodziny, że zwykli ludzie tego po prostu nie rozumieją, ale także nie chcą rozumieć (no, poza paroma wyjątkami) używając tak zwanego argumentu kobiecego brzmiącego bo tak! Warto pojechać na konwent, przyszłoroczne Dni Fantastyki, StarForce, Pyrkon czy cokolwiek innego, chociażby dla spojrzenia na to z innej perspektywy. Ja kiedyś postanowiłem spróbować i uważam, że była to świetna decyzja, która kilka rzeczy w moim życiu i we mnie zmieniła. Na lepsze.

Człowiek wiary, człowiek nauki

Niecały rok temu mój wpis o in vitro nosił identyczny tytuł, ale nie mogłem się powstrzymać przed ponownym jego użyciem. Jest to oczywiste i wyraźnie widoczne dla wszystkich fanów Zagubionych nawiązanie do pierwszego odcinka drugiego sezonu oraz do postaci Johna Locke’a, tytułowego człowieka wiary, oraz doktora Jacka Shepharda reprezentującego człowieka nauki. Ale nie, dzisiejszy wpis z pewnością nie będzie skupiał się na przygodach rozbitków z lotu 815 (na to przyjdzie czas jutro, tuż po wielkim finale serii), a raczej na otaczającej nas rzeczywistości. A sam tytuł? Ano, to przecież tylko ładny cytat, który idealnie pasuje do poniższych rozważań.

Lekcja religii, bodajże zeszły piątek. Zastanawiamy się z Wojtkiem nad różnymi, niekoniecznie związanymi z lekcją rzeczami, aż wypływa niecodzienna refleksja. Nawiązując do dzisiejszego tytułu, Wojtek nazywa sam siebie człowiekiem nauki, stając opozycyjnie do Patryka (znanego poniekąd jako Zayne), który jest idealnym przykładem człowieka wiary. A ja? Zostałem nazwany hybrydą (fantastyka naukowa uczy nas, że hybrydy są zazwyczaj mesjaszami i zbawicielami), która balansuje na krawędzi obu światów i w zasadzie reprezentuje wartości obu wyżej wymienionych typów osobowości. Nie zaprzeczę, bo poniekąd to prawda, a dodatkowo potwierdza to wyznawaną przez mnie teorię o niedualistycznej naturze świata, gdzie oprócz mocno wyeksponowanej czerni i bieli, mamy cały zakres odcieni szarości. W żadnym wypadku nie przyjmuję do wiadomości binarnych rozwiązań, gdzie brakuje miejsca na jakiekolwiek okazanie swojej indywidualności i wyrażenie osobowości, która przecież w każdym człowieku jest inna. Moglibyśmy tutaj podyskutować na temat roli jednostki w dzisiejszym, zdegenerowanym społeczeństwie, ale to chyba już temat na inny artykuł.

Jak to jest, że samozwańczy ludzie nauki toczą boje do upadłego z ludźmi wiary? Jako człowiek wierzący i praktykujący katolik, jestem niemiłosiernie zirytowany coraz bardziej szerzącym się sztucznym ateizmem w środowiskach inteligenckich, gdzie ludzie twierdzą, że jedyną wiarą jest nauka, która może wszystko logicznie wyjaśnić. Jako pasjonata fizyki i informatyka-amatora, ale także osobę ogólnie wykształconą w wielu kierunkach, drażni mnie ciągła walka tak zwanych ludzi wierzących z wszelakim postępem i rozwojem cywilizacyjnym, z nowinkami technologicznymi i z postępującymi badaniami w prawie każdej dziedzinie naszego życia. Nieraz spotykałem się z opinią, gdzie wielce inteligentna osoba pyszniła się, iż jedynie ludzie głupi i zaślepieni wierzą w siły nadprzyrodzone. Czy wiara, która jest integralną częścią naszego życia, ale, co najważniejsze, a zapominane, naszą prywatną sprawą, ma jakikolwiek wpływ na nasze postrzegania świata doczesnego? Nie sądzę, aby to, że wierzę w zmartwychwstanie Chrystusa sprzed dwóch tysięcy lat mogło jakoś zakłócać moją percepcję, zdolność logicznego myślenia czy przepływ impulsów w synapsach. Tym bardziej nie klasyfikuje mnie to jako osoby głupiej, bo to moja osobista decyzja poparta prywatnymi powodami. Jestem tolerancyjny, więc czyjkolwiek ateizm nie przeszkadza mi w żadnym stopniu, ale po cholerę kogoś obrażać albo namawiać do zmiany przekonań? Czy nie przypomina Wam to czegoś, czego ateiści najbardziej nie lubią u chrześcijan, czyli prób przymusowej chrystianizacji? Czy istnieje taki wyraz jak ateizacja?

Druga strona też nie jest taka tolerancyjna i miłosierna, jak mogłoby się wydawać po przeczytaniu powyższego akapitu. Kościół może i wyewoluował przez ostatnie dwa tysiące lat, ale niektóre zwyczaje i poglądy pozostały niezmienione od średniowiecza. Oficjalne poparcie dla nauki to kpina, coraz to nowsze zdobycze technologiczne są negowane i wręcz zabraniane przez Kościół, nakleja się etykietki grzechu, bałwochwalstwa i zła, by wszystko usprawiedliwić. Ciemnogród trwa sobie w najlepsze, odmawiając sobie postępu w imię niezrozumiałej dla mnie idei. Czyż nie łatwiej jest nazwać naukowca bezbożnikiem i go publicznie wykląć za jego osiągnięcia niż zmieniać całe kościelne prawo? Ludzie wiary niestety dzielą się na kilka kategorii, a fanatycy to najgorsza z nich; nie dość, że otwarcie walczą z postępującą technologią i rozwijającą się cywilizacją, to jeszcze nie akceptują mniej wierzących ludzi, podpierając się Biblią, gdzie Jezus otwarcie popierał dualistyczną naturę świata.

Szkoda, że na tym dziwnym świecie nie ma wielu ludzi, którzy reprezentują pozytywne cechy obu postaw? Takich, którzy nie boją się iść do przodu, nie walczą z postępem, wiedzą, czego chcą i potrafią do tego dojść, ale także takich, którzy wierzą, potrafią mieć nadzieję i żyć zgodnie ze swoim sumieniem. Takich, którzy są zwyczajnie dobrze. Takich, którzy nie narzucają nikomu niczego niezgodnego z ich przekonaniami, a jednak potrafią wyrazić swoją opinię w cywilizowany sposób, nie ogniem i mieczem, nie serią przekleństw, ale logicznymi argumentami i dyskusją na poziomie. Do zobaczenia po drugiej stronie.

Czerwone niebo nad nami

Sezon serialowy 2009/2010 definitywnie się kończy: z Human Targetem już się pożegnaliśmy, Lost i Fringe mają finały w tym tygodniu, za dwa tygodnie koniec FlashForwarda, a dziś jesteśmy świadkami zakończenia pierwszego sezonu najnowszej produkcji ABC jaką jest V. Sezon był krótki, bo zawierający jedynie dwanaście odcinków, ponadto włodarzy stacji przerwali emisję po czwartym odcinku, robiąc tym samym czteromiesięczna przerwę. V (znane w Polsce jako Goście) to reimaginacja popularnego w latach osiemdziesiątych zeszłego stulecia serialu o inwazji obcych i formującym się ruchu oporu ze strony ludzi. Czy nowe V spełniło swoją rolę?

Na dzień dzisiejszy, jest to mój zdecydowany faworyt w kończącym się sezonie, bijąc Capricę czy wyżej wspomnianych Zagubionych. Nie ukrywam też tego, że Wijce, jak ich pieszczotliwie określam, zauroczyli mnie do tego stopnia, że przebili moją ukochaną historię o 4400, wręcz zakochałem się w wykreowanym świecie przedstawionym i nie mogę doczekać się kontynuacji. Więc o co chodzi? Mamy oklepany motyw przybycia obcej rasy, która jest oczywiście o niebo lepiej rozwinięta cywilizacyjnie i technologicznie od nas. Wyglądają jak my, zachowują się jak my, rozlokowali swoje statki nad największymi miastami Ziemi i zaoferowali pomoc we wszystkich dziedzinach życia, począwszy od oferowania darmowych świadczeń medycznych, skończywszy na dzieleniu się nieskończonymi źródłami energii. Wydawać by się mogło, że to cud (co zresztą jest wielokrotnie poruszane w różnoraki sposób), ale okazuje się, że przyjaźnie nastawieni Przybysze są niewolnikami totalitarnego reżymu królowej Anny, w rzeczywistości bliżej im do gadów niż ssaków, a ich zamiary wcale nie są takie zacne. Formuje się ruch oporu zbudowany z ludzi i grupy Obcych, którzy sprzeciwiają się rządom i fikcyjnej błogości od królowej-matki, lecz wszystko działa w głębokiej konspiracji, a niczego nieświadomi ludzie żyją w przekonaniu o błogosławieństwie w postaci pojawienia się dwudziestu dziewięciu okrętów nad ich głowami.

Cóż, motyw oklepany, ale twórcy nieźle sobie z tym poradzili. Już w pierwszym odcinków padają słowa: Stary, to prawie jak w Dniu Niepodległości, nawiązując do popularnego filmu o podobnej tematyce. W porównaniu do starej wersji z lat osiemdziesiątych, wprowadzono kilka zmian, jednak ogólny motyw pozostał ten sam: Przybysze, udając ludzi, próbują doprowadzić ludzkość do zagłady. Tutaj jednak ruch oporu jest jedynie malutką grupką zwaną Piątą Kolumną, która ma nikłe szanse na zwycięstwo. Co zasługuje na pochwałę? Zdecydowanie kreacje głównych bohaterów, które od razu są akceptowane przez widza, a które wyróżniają się ze wszystkich innych seriali. Erica Evans (w tej roli nadzwyczajna Elizabeth Mitchell, czyli Juliet Burke z Zagubionych) jest agentką federalną, która zostaje włączona do formacji pomagającej Przybyszom, jednak jest gorliwą działaczką Piątej Kolumny i jako jedna z niewielu zna prawdę o Przybyszach. Ryan Nicols (Morris Chestnut) to afroamerykański biznesmen, którzy w rzeczywistości jest zbuntowanym Przybyszem, jednym z bojowników oryginalnego ruchu oporu, a jego działania w przeszłości spowodowały skutki widoczne w czasie teraźniejszym dla serialu. Ojciec Jack Landry (tutaj genialny Joel Gretsch, czyli agent Tom Baldwin z 4400) jest natomiast katolickim księdzem, który przez przypadek dowiaduje się o niecnych zamiarach Przybyszów. V wyróżnia się spośród masy innych seriali czymś, co określiłbym brzydko jako recykling aktorów. Twórcy postanowili nie rekrutować jedynie nowych twarzy, co jest zwyczajem wśród współczesnych metod castingu, przez co na planie pojawia się mnóstwo nowych twarzy, o których zdążyliśmy już zapomnieć, a które wywołują w naszych sercach przyjemne ciepło. Takim oto sposobem, jako główni bohaterowie pojawiają się, oprócz wyżej wymienionych, Morena Baccarin jako Anna (Firefly, StarGate), Laura Vandervoort jako Lisa (Supernatural), ale także Nicolas Lea (agent Krycek z Z Archiwum X), Michael Trucco (Sam Anders z Battlestar Galactici), Alan Tudyk (Firefly), Samantha Ferris (The 4400) czy Rekha Sharma (Galactica). I takie coś właśnie lubię! Trzeba też wspomnieć o niesamowitym i nadzwyczajnym Charlesie Mesure w roli Kyle’a Hobbesa, który raz na zawsze zmienia definicję najlepszej postaci drugoplanowej.

Owszem, widzę wszystkie niedociągnięcia, ale jakoś mnie nie rażą jak innych. Przybysze wdarli się do mojego serca i zagnieździli się w nim na dobre, zajmując miejsce obok ukochanej przeze mnie Galactici. Nie ma co porównywać obu seriali, bo to całkiem inna kategoria, ale Wijce mają w sobie to niezidentyfikowane jeszcze przeze mnie coś, co powoduje, że jestem ich oddanym i zapalonym fanem. Może to klimat, który przez wszystkie odcinki jest tak gęsty, że można zawiesić siekierę w powietrzu nim przesyconym? Może to właśnie powrót ulubionych aktorów, bo gdzie indziej zobaczyłbym Joela Gretscha skoro The 4400 skasowano? A może to tylko fakt, że łatwo utożsamić się z bohaterami? Nie wiem, naprawdę nie mam zielonego pojęcia, ale Przybysze ciągną mnie do siebie mimo wszystko. Muzyka, chociaż nie wyeksponowana, jest magiczna, co można odczuć chociażby w ostatniej scenie Red Sky, gra aktorska też niczego sobie (pomijając kreacje Przybyszów na okrętach, szczególnie postaci Anny i Marcusa), więc do czego można by się przyczepić? Ano, jest taka jedna rzecz…

Sure back then, the effects were kind of cheesy, but I loved it (…) – śpiewał Dave Doré w A New Crew in Town. Efekty specjalne to najdziwniejsza część całej produkcji jeśli chodzi o Gości. Potężne krążowniki Przybyszów majestatycznie unoszą się nad ziemskimi miastami i wyglądają niesamowicie; niekiedy zapierają dech w piersiach. Na mojej tapecie na pulpicie od dwóch tygodni widnieje okręt nad Moskwą i jest najzwyczajniej w świecie epicki. To samo tyczy się wahadłowców Wijców, które są piękne w swej prostocie. Ach, te poczwórne dysze silników napędzanych niebieską energią, mmm… Niczego sobie też były tak zwane Poszukiwacze, nie narzekam też na holograficzną technologię, której używa się tu na potęgę. I w tym miejscu kończą się zachwyty, a zaczyna tradycyjne, polskie narzekanie, a jest na co narzekać. Porzekadło mówi, że trzeba oceniać wnętrze, nie bacząc na to, co widzimy z zewnątrz, ale w takim razie efekty są tragiczne. Wnętrza krążowników są okropne, ktoś musiał spieprzyć jakiś algorytm, bo ściany i podłogi nie zawsze nadążają za poruszającymi się postaciami, a niektóre technologiczne nowinki jak Przeżeracz czy iglaste łózko są tragicznie wyrenderowane, co pozostawia jedynie niesmak i odrobinę smutku, bo przecież można by to zrobić lepiej. Trzeba jednak pamiętać, że to tylko komercyjna ABC, a wszyscy chyba pamiętają sztandarowy przykład ichniejszych efektów specjalnych: łódź podwodną w Zagubionych.

Podsumowanie? Pomimo kilku wad, uważam, że to najlepszy serial tego sezonu. Może to się zmieni po finale Zagubionych, jednak ich nieklimatyczny szósty sezon jest przyćmiony przez inwazję Przybyszów. Nie mogę się doczekać jakże odległego listopada, kiedy to Wijce powrócą z drugim sezonem i mam nadzieję, że będzie intensywniej. Więcej wybuchów, więcej jaszczurek, więcej ruchu oporu, więcej Hobbesa – to mnie usatysfakcjonuje w pełni. Zapraszam wszystkich na moją prelekcję na temat serialu na zbliżających się Dniach Fantastyki we Wrocławiu, a tych, którzy jeszcze nie widzieli albo zatrzymali się w połowie, zachęcam gorąco do kontynuacji. Warto, naprawdę, chociażby dla samego, zaskakującego Red Sky. W komentarzach proszę o używanie zaspoilerowanego tekstu, by nie zepsuć zabawy innym. V otrzymuje ode mnie mocne 9/10, gdzie jeden punkt ucieka za efekty specjalne wewnątrz statków i grę aktorską pani Baccarin. We are of peace. Always.